Uncategorized

„The Guardian” i jego dżihadystyczna retoryka

Autor: Sally Prag

„Al Guardian de la Fascismo” znów to zrobił!

Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że moja ostatnia wypowiedź na temat „The Guardian” była naprawdę ostatnią. Zapewniam, że nie sprawia mi przyjemności poświęcanie tej gazecie jakiejkolwiek uwagi. Jednak pośród milionów tekstów pełnych islamistycznej, antysyjonistycznej i antysemickiej retoryki, pojawił się najnowszy „artykuł opiniotwórczy” w tej szmatławiejącej publikacji. Tekst autorstwa amerykańskiego publicysty Kennetha Rotha idealnie wpisuje się w techniki propagandy antyizraelskiej, doprowadzone niegdyś do perfekcji przez Hitlera, a później Stalina.

Roth wielokrotnie przyjmuje w nim za pewnik tezy wysoce sporne, pomija niewygodne fakty i przedstawia czytelnikom relację, która z analizą ma niewiele wspólnego – to czysta propaganda.

Ogłaszanie zakończenia debaty, zanim się zaczęła

„Ludobójstwo” było w ostatnich latach najbardziej kontrowersyjnym zarzutem. Choć wiele organizacji, w tym Komisja Śledcza ONZ czy Amnesty International, publikowało raporty używające tego terminu, istnieje również ogrom dowodów wskazujących na brak obiektywizmu autorów tych dokumentów. Co więcej, ludobójstwo to pojęcie prawnie zdefiniowane – o jego zaistnieniu może orzec jedynie właściwy organ, a kwestia ta wciąż pozostaje przedmiotem sporu. Nie zapominajmy, że oskarżyciel – Republika Południowej Afryki – prosił o przedłużenie terminu na przedstawienie dowodów.

Tymczasem artykuł rozpoczyna się od wzmianki o „ludobójstwie Izraela w Strefie Gazy”. Nie „tym, co wielu określa mianem ludobójstwa”, lecz po prostu: ludobójstwo. To nie jest wybór stylistyczny, lecz stwierdzenie faktu w sprawie, która jest przedmiotem intensywnej debaty międzynarodowej. Podobnie traktowane są terminy „apartheid”, „czystki etniczne” czy „zbrodnie wojenne”. Artykuły opiniotwórcze mogą zawierać śmiałe tezy, ale nigdy nie powinny ignorować złożoności i niepewności w tak poważnych kwestiach.

Historia zaczynająca się tam, gdzie jest to wygodne

Roth przedstawia Benjamina Netanjahu jako osobę, która „oszukała” Donalda Trumpa, wciągając go w wojnę z Iranem i sabotując negocjacje. Czytelnicy otrzymują niewiele wyjaśnień, dlaczego kolejne rządy Izraela oraz amerykańskie administracje traktowały ambicje jądrowe Iranu i jego regionalną sieć sojuszników jako zagrożenie egzystencjalne. Można dyskutować, czy akcja zbrojna była błędem, ale nie można uczciwie oceniać polityki Izraela, udając, że te obawy wzięły się znikąd. Brak kontekstu – dziesięcioleci ataków rakietowych, wojen zastępczych i gróźb ze strony Teheranu – manipuluje czytelnikiem.

7 października jako zbieg okoliczności

Sposób, w jaki Roth przedstawia wydarzenia z 7 października, jest uderzający. Wspomina o nich mimochodem, jedynie w kontekście krytyki Netanjahu, który miał być zbyt zajęty własnymi projektami, by dostrzec zagrożenie. Najkrwawsza masakra Żydów od czasów Holokaustu – moment zwrotny dla izraelskiego bezpieczeństwa – została niemal zlekceważona. Mord ponad 1200 osób, branie zakładników, systematyczna przemoc seksualna i spalanie całych rodzin żywcem nie zyskały tu należytej wagi moralnej. Czytelnik łatwo wyobrazi sobie, jak dziwnie wyglądałaby próba opisania amerykańskiej polityki po 11 września przy niemal całkowitym pominięciu samych ataków.

Selektywne porównania

Artykuł sugeruje, że Izrael powinien wydać swojego demokratycznie wybranego premiera Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu, przywołując przykład wydania Slobodana Miloševicia. To porównanie demokratycznego państwa broniącego się przed terrorem do reżimu skazanego za systematyczne czystki etniczne nie jest neutralną obserwacją. To zabieg retoryczny mający na celu narzucenie wniosku, zanim czytelnik sam oceni dowody.

Demonizacja

Najbardziej zszokował mnie fragment, w którym Roth sugeruje, że niechęć Izraela do ufania Palestyńczykom na Zachodnim Brzegu czy w Gazie wynika z uprzedzeń, a nie z doświadczeń związanych z bezpieczeństwem. Twierdzi on, że Izrael postrzega Palestyńczyków jako „z natury agresywnych”. To niebezpieczne uproszczenie, oparte na stereotypach, które nie znajduje poparcia w faktach, a jednak zostało opublikowane przez „The Guardian” jako prawda objawiona.

Historie, które znikają

Równie wymowne jest to, co w „Guardianie” nie istnieje. 26 czerwca Palestyńczycy w Strefie Gazy protestowali przeciwko rządom Hamasu, ryzykując brutalne represje. Te demonstracje pokazały, że wielu mieszkańców Gazy postrzega Hamas jako oprawców, a nie obrońców. Czytelnicy „The Guardian” prawdopodobnie o tym nie wiedzą, gdyż gazeta w tym samym czasie publikowała liczne artykuły krytykujące Izrael, całkowicie ignorując sprzeciw Palestyńczyków wobec ich własnych władz.

Aktywizm to nie dziennikarstwo

Obserwuję ostatnio metody radykalnie lewicowych mediów, takich jak kanał „Double Down News”. Działają one niczym sekty: wabią sensacyjnymi nagłówkami, kreują mroczny obraz świata i wskazują jednego, konkretnego wroga – Izrael. Tego typu media zazwyczaj dążą do pozyskania zwolenników i generowania zysków kosztem prawdy.

Oczekujemy jednak, że gazeta o reputacji „The Guardian” będzie przestrzegać standardów dziennikarskich, które wymagają odróżnienia agitacji od rzetelnego przekazu. Jeśli „The Guardian” publikuje teksty jednostronne, które promują demonizację narodu, staje się częścią tej samej machiny propagandowej, którą rzekomo ma prawo recenzować. Uczciwość wymaga uznania faktów, nawet jeśli komplikują one wygodną narrację. Gdy medium nie potrafi już odróżnić analizy od propagandy, oznacza to, że standardy dziennikarskie przestały istnieć.

„The Guardian” i jego dżihadystyczna retoryka


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.