Uncategorized

Izrael ujawnił wojnę domową w Białym Domu Trumpa

Guy Goldstein

Trzy frakcje twierdzą, że to właśnie one definiują hasło „America First”. Izrael obnażył podziały między nimi — i pokazał, która wizja wygrywa

Trzy obozy walczą o kontrolę nad polityką zagraniczną prezydenta USA Donalda Trumpa i nie zgadzają się praktycznie w żadnej kwestii.

Jedyne, co je łączy, to słynna czapka.

Hasło „Make America Great Again” unosi się nad wszystkimi trzema frakcjami. To zresztą całkiem wygodne, bo skoro wszyscy noszą ten sam slogan, można ich z niego rozliczyć. A slogan ten składa konkretną obietnicę: Ameryka ma być potężniejsza. Trzymajmy każdą z tych grup za słowo i obserwujmy, co się stanie – szybko wyjdzie na jaw, że dwie z nich noszą te słowa na głowie, robiąc w praktyce coś zupełnie przeciwnego.

Obóz Wycofania: Bezpieczna, lecz malutka

Pierwsze ugrupowanie chce sprowadzić amerykańską potęgę z powrotem do kraju. Jego najgłośniejsi rzecznicy stoją na zewnątrz budynku: Tucker Carlson, Marjorie Taylor Greene, Steve Bannon – cały ten populistyczny chór, który każde wysłanie grupy lotniskowców traktuje jak zdradę „zapomnianych Amerykanów”. Wewnątrz Gabinetu Owalnego ich naturalnym sprzymierzeńcem jest wiceprezydent JD Vance, choć jego lojalność zaczyna się chwiać, gdy na stole pojawia się perspektywa realnego konfliktu.

Ich doktryna to „fortyfikacja”: przestańmy marnować siły Ameryki na strzeżenie cudzych granic, uszczelnijmy własne, zbudujmy wysokie mury i pozwólmy światu radzić sobie samemu. To najbardziej dosłowne odczytanie hasła „America First”, jakie można sobie wyobrazić. Właśnie dlatego cieszy się ono tak ogromnym wzięciem w jedynej grupie fokusowej, która naprawdę się liczy: w intuicji samego prezydenta co do nastrojów jego twardego elektoratu.

Rzecz w tym, że twierdza odstrasza tylko tak długo, jak długo stacjonująca w niej armia jest w stanie sięgnąć wzrokiem poza horyzont. Wystarczy zwinąć projekcję siły, a bezpieczna forteca natychmiast zmienia się w geopolityczną próżnię. Świat nie zamiera w bezruchu, gdy ty wylewasz fundamenty pod własne mury. Miejsce, które opuszczasz, nie będzie grzecznie na ciebie czekać; natychmiast rozgości się w nim Pekin, Moskwa albo Teheran – i żadne z nich nie zamierza trzymać dla ciebie rezerwacji. W zderzeniu z obietnicą wypisaną na czapce „Obóz Wycofania” czyni Amerykę bezpieczną i małą. Bezpieczną na krótką chwilę, małą na zawsze.

Frakcja ta kontroluje zresztą znacznie mniej, niż sugerowałby generowany przez nią hałas. Kiedy Trump postanowił włączyć się w wojnę Izraela z Iranem, Carlson trzykrotnie zjawiał się w Gabinecie Owalnym, próbując go od tego odwieść. Trump wysłuchał go, pokiwał głową, po czym i tak wydał rozkaz zbombardowania Iranu. Następnie wyszedł do dziennikarzy i nazwał ludzi, którzy na niego naciskali, „odklejonymi” i nielojalnymi. „MAGA to ja” – stwierdził Trump. MAGA to nie tamta dwójka.

W tym jednym zdaniu mieści się cała prawda o tym obozie: kontroluje szum medialny, ale nie kontroluje decyzji. Poważni publicyści nawołujący do powściągliwości w polityce zagranicznej zrozumieli to już dawno i przestali się do Trumpa przyznawać. Dziś nazywają go po imieniu: jastrzębiem, który po prostu pozwala im się wygadać. Jedyne, czym ten obóz może się realnie ekscytować, to chwilowe pauzy – zawieszenia broni, które zamrażają konflikt zamiast go kończyć, czy trzydniowy rozejm na Ukrainie, idealnie wpasowany w rosyjską paradę wojskową. Ten obóz nieustannie myli chwilową ciszę z lekarstwem.

Obóz Transakcyjny: Wielkość na jeden cykl informacyjny

Drugi obóz chce wielkość po prostu kupić. Steve Witkoff, Jared Kushner, Tom Barrack – ludzie od interesów. To typy, które patrząc na stojący w ogniu region, widzą po prostu stół czekający na negocjacje. Ich teorią jest transakcja. Działaj za pomocą pieniędzy, lewaruj pozycję, nęć korzyściami, a broń trzymaj w kaburze jako ostateczność, która w idealnym scenariuszu nigdy nie ujrzy światła dziennego.

Na papierze wygląda to wręcz olśniewająco. Witkoff wrócił ze swojego tournée po Zatoce Perskiej z ogłoszonymi kontraktami o wartości dwóch bilionów dolarów. Saudyjskie, qatarskie i emiackie fundusze – liczby, które jeszcze tego samego popołudnia idealnie zapełniają nagłówki komunikatów prasowych i spotów wyborczych.

Warto jednak przeczytać słowo ogłoszone jeszcze raz. Ogłoszone miliardy a realne pieniądze na koncie to dwie zupełnie różne sprawy. Deklaracja to tylko emocja z dopisaną cyfrą. Pozostaje w mocy tylko tak długo, jak długo druga strona wierzy, że wciąż możesz zrobić coś, czego ona potrzebuje lub czego się obawia. A to oznacza, że w tych transakcjach nigdy tak naprawdę nie chodziło o pieniądze. Chodziło o brutalną siłę stojącą za nimi – tę samą siłę, którą ten akurat obóz najchętniej zostawiłby zamkniętą w garażu.

Gdy całkowicie wyprzedasz tę siłę, staniesz się po prostu bogatym krajem, który można bezkarnie ignorować. Ta sprzeczność zawsze rozwiązuje się szybko i boleśnie. Dziś, po roku, nadchodzą rachunki. Saudyjskie fundusze po cichu topnieją, duszone przez deficyt budżetowy Królestwa i kapryśne ceny ropy. Z kolei wielka normalizacja relacji z Izraelem, która miała być koroną tego podejścia, została ostatecznie odrzucona – Rijad uzależnił ją od powstania państwa palestyńskiego, którego nikt w tej chwili nie jest w stanie stworzyć.

Komunikaty prasowe były namacalne, ale stojące za nimi deale wciąż pozostają w sferze teorii. W zestawieniu ze sloganem z bejsbolówki „Obóz Transakcyjny” sprawia, że Ameryka wygląda jak absolutny zwycięzca w wieczornym wydaniu wiadomości – i jak łatwy cel w wydaniu porannym.

Obóz Dominacji: Potęga w działaniu

Trzeci obóz chce na tę wielkość uczciwie zapracować i jako jedyny posiada spójną teorię, do czego ta wielkość ma właściwie służyć. Steruje nim sekretarz stanu Marco Rubio. Ich doktryną jest dominacja – koncepcja znacznie starsza niż czerwona czapka i prostsza niż jakikolwiek biznesowy układ.

Władza jest realna tylko wtedy, gdy się z niej korzysta, a szacunek budzi tylko wtedy, gdy stoi za nią rzeczywista siła. Silni, samodzielni sojusznicy są lepsi niż niesamodzielni wasale. Międzynarodowe instytucje zasługują na szacunek wyłącznie wtedy, gdy są użyteczne, a tracą go w sekundę, gdy przestają działać.

Rubio wyłożył to kawa na ławę w lutym na konferencji w Monachium. Użył języka tak precyzyjnie skalibrowanego, że sala biła brawo przesłaniu, które zaledwie rok wcześniej z tych samych krzeseł zostałoby dokumentnie wygwizdane. Ostrzejszą wersję zaprezentował już w grudniu, tłumacząc, że fundamenty, na których dotąd opierała się amerykańska polityka zagraniczna, projektowano dla świata, który bezpowrotnie minął. W Monachium pokazał tę samą doktrynę, tylko z krawędziami oszlifowanymi tak, by nadawała się na salony.

Rubio spędził ostatni rok na przywracaniu zachodniej półkuli pod twarde wpływy Waszyngtonu – i zrobił to bez oglądania się na Izrael. Dociskał Panamę tak długo, aż ta oficjalnie wycofała się z chińskiej „Inicjatywy Pasa i Szlaku” jako pierwszy kraj Ameryki Łacińskiej, a tamtejszy sąd unieważnił Chińczykom koncesję na zarządzanie portami u wejścia do Kanału Panamskiego.

Spektakularna operacja, w wyniku której prezydent Wenezueli Nicolás Maduro został wywieziony z Caracas i trafił prosto do amerykańskiego aresztu, to również jego autorskie dzieło. Chiny grzmiały o „presji i przymusie” – i mieli rację, bo dokładnie o to chodziło. Tu nie było żadnego „ogłaszania deali” i czekania, aż coś z tego wyrośnie. To się po prostu wydarzyło, ponieważ stojąca za tym siła była namacalna.

Owszem, Bliski Wschód to najbardziej ryzykowna i wciąż nieokiełznana karta w tej grze – kruche zawieszenie broni z poturbowanym, pozbawionym przywództwa Iranem trzeszczy w szwach z tygodnia na tydzień. Niemniej supermocarstwo nie musi wygrać każdego rozdania, by mieć mocną kartę, a Panama i Caracas są już zapisanym zyskiem. To zarazem obóz, który toczy realne wojny, ale przegrywa wizerunkowo w mediach – wyłożona wprost doktryna staje się bowiem łatwym celem, który przeciwnicy mogą w każdej chwili zacytować przeciwko tobie.

Gdy w marcu Rubio bez owijania w bawełnę wyjaśnił, że Waszyngton doskonale wiedział o planowanym uderzeniu Izraela i o tym, że ściągnie ono irański odwet na amerykańskie bazy, zdecydował się na uderzenie wyprzedzające, by chronić życie własnych żołnierzy. Choć każde jego słowo było prawdą, partyjna baza natychmiast eksplodowała. Dla ucha tresowanego przez „Obóz Wycofania” sekretarz stanu mówiący o pełnej zbieżności interesów USA i Izraela brzmi jak oficjalne przyznanie się do tego, że ogon macha psem.

Nazajutrz Rubio musiał łagodzić swoje słowa. Sama doktryna jednak drgnęła ani o milimetr. Ściszono jedynie głośniki.

Rynki finansowe i polityczne zauważyły to jednak szybciej niż zdezorientowany elektorat. Gdy na zamkniętym spotkaniu z największymi darczyńcami w Mar-a-Lago Trump rzucił pytanie, kto po nim powinien przejąć stery całego ruchu, sala jednoznacznie wskazała na Rubio, odsuwając Vance’a na boczny tor. W ciągu zaledwie tygodnia bukmacherzy i inwestorzy zaczęli masowo stawiać na szefa dyplomacji. Obóz Dominacji nie przegrywa. Wygrywa po cichu, podczas gdy dwa pozostałe obozy robią wokół siebie mnóstwo hałasu. Choć w realiach tej administracji ciche wygrywanie bywa pozycją znacznie bardziej śliską, niż mogłoby się wydawać.

Bitwa o instynkty prezydenta

Te trzy frakcje nie toczą sporu na jałowym gruncie. Walczą o ucho człowieka, którego własne wewnętrzne instynkty są głęboko podzielone. Każdy z tych obozów ma klucz do innej części jego osobowości.

Ego i charakter Trumpa to czysty Obóz Dominacji. Prezydent musi być bezwzględnie najsilniejszy w pokoju, budzić powszechny strach i absolutny szacunek, a publiczne upokorzenie to dla niego jedyny stan prawdziwego zagrożenia.

Z kolei całe jego życiowe doświadczenie rezonuje z Obozem Transakcyjnym. Spędził dekady na przekuwaniu rzeczywistości w biznesowe układy. Nawet dzisiaj jego deale nie polegają na partnerskich negocjacjach, lecz na wymuszeniu dominacji zamaskowanym uściskiem dłoni: zrób to, czego żądam, a w mediach nazwiemy to obopólną korzyścią.

Jednocześnie jego polityczny nos ciągnie go w stronę Obozu Wycofania. To w końcu ta koalicja wprowadziła go na polityczny szczyt, a w nim samym drzemie całkowicie autentyczna, głęboka niechęć do ugrzęźnięcia w cudzych, niekończących się wojnach. Przecież to on potrafił odwołać gotowy atak odwetowy na Iran na zaledwie dziesięć minut przed uderzeniem, przyznając, że nie potrafiłby udźwignąć świadomości tylu ofiar śmiertelnych.

Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której w jednym człowieku ścierają się dwa potężne, sprzeczne pragnienia: żądza pełnej dominacji i silna potrzeba powrotu do domu. To napięcie definiuje całą dynamikę obecnej władzy. Obóz Transakcyjny karmi to pierwsze pragnienie, ubierając je w atrakcyjne szaty „świetnego biznesu”. Obóz Wycofania żeruje na drugim, nadając mu status nienaruszalnych „zasad”. Jedynie Obóz Dominacji oferuje Trumpowi formułę, w której może zaspokoić oba te instynkty jednocześnie i dumnie nazwać to spójną doktryną stanu.

Najgłębsze instynkty biorą jednak górę wyłącznie przy okazji najważniejszych, strategicznych starć. Potrzeba dominacji Trumpa przesądziła o twardym kursie wobec Iranu – wbrew głośnym protestom jego własnego zaplecza. Jednak wielkie, dziejowe bitwy zdarzają się rzadko. Codzienność to tysiące drobnych spraw: rutynowe umowy, drobne ustępstwa, konflikty regionalne, na które prezydent szkodzi pieniędzy. I w tym codziennym, urzędniczym młynie dwa pozostałe obozy wygrywają znacznie częściej, niż mogłoby się wydawać.

To klasyczny sposób, w jaki mocarstwa tracą swój kurs – nie przez jedną katastrofę, lecz przez tysiąc drobnych decyzji, z których każda z osobna zostaje odtrąbiona jako chwilowy sukces dnia.

I tu wracamy do punktu wyjścia, czyli do słynnej czapki. Hasło „Make America Great Again” od samego początku było obietnicą dotyczącą statusu i prestiżu – obietnicą powrotu do roli imperium, wokół którego reszta świata musi się dopiero poustawiać. Rozliczajmy te trzy obozy z tej konkretnej obietnicy, a pułapka zatrzaśnie się sama. Zwolennicy izolacji i fortyfikacji oddają ten prestiż walkowerem, byle tylko kupić sobie święty spokój. Biznesmeni i negocjatorzy przehandlują go za cenę jednego chwytliwego nagłówka w prasie. Tylko trzeci obóz – ten, który nie boi się budzić strachu – realnie dba o to, co ta czapka faktycznie obiecywała.

Najgłośniejsi krzykacze spod znaku „America First” w tym pokoju realizują w rzeczywistości najprostszą strategię kurczenia się własnego państwa. I bez żenady powiedzą wam to prosto w twarz, krzycząc na całe gardło, z dumnie założoną czerwoną czapką na głowie.

Izrael ujawnił wojnę domową w Białym Domu Trumpa

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.