
Nachum Kaplan
Kraj, w którym strzela się do synagog, nie ma prawa pouczać świata o tolerancji.
Są chwile, kiedy naród spogląda w lustro i mierzy się z niewygodną prawdą, która patrzy na niego z powrotem. Kanada przeżywa właśnie taką chwilę.
Prawda nie jest ani subtelna, ani skomplikowana i nie wymaga kolejnej komisji, rady doradczej, okrągłego stołu, procesu konsultacyjnego ani badania finansowanego przez rząd. Prawda o Kanadzie jest taka, że zawiodła swoją społeczność żydowską w sposób, w jaki zadowolone z siebie społeczeństwa zawsze zawodzą mniejszości: stopniowo, publicznie i jednocześnie twierdząc, że wszystko pozostaje pod kontrolą.
Co najgorsze, dowody nie pochodzą od organizacji żydowskich, izraelskich urzędników ani konserwatywnych komentatorów. Pochodzą one od kanadyjskiego premiera Marka Carneya, który niedawno przyznał, że Kanada „zawodzi kanadyjskich Żydów”, ponieważ antysemityzm wzrósł do poziomu niespotykanego od czasów II wojny światowej.
Kiedy premier kraju publicznie przyznaje, że państwo zawodzi jedną ze swoich najmniejszych i najbardziej bezbronnych mniejszości, jest to druzgocący akt oskarżenia.
Przez dziesięciolecia Kanada budowała swój wizerunek jako światowego wzorca wielokulturowości. Amerykanie byli hałaśliwi. Europejczycy – skostniali. Kanadyjczycy mieli być oświeceni, tolerancyjni, otwarci i w pewnym sensie lepsi.
Ta mitologia zderza się teraz z rzeczywistością, w której strzela się do synagog, atakuje szkoły żydowskie i rzuca bomby zapalające w żydowskie domy modlitwy.
Rzeczywistość wygląda tak, że żydowscy studenci są zastraszani na kampusach uniwersyteckich. Wygląda tak, że Żydzi ukrywają swoją tożsamość w miastach, w których ich dziadkowie czuli się kiedyś całkowicie bezpiecznie po ucieczce przed okropnościami Europy.
Statystyki są oszałamiające. Żydzi stanowią około jednego procenta ludności Kanady, a jednak ponad dwie trzecie wszystkich przestępstw z nienawiści na tle religijnym — liczba podana przez samego Carneya — jest skierowanych przeciwko nim. Wyobraźmy sobie jakąkolwiek inną mniejszość, która znosi coś choćby w najmniejszym stopniu porównywalnego.
Wyobraźmy sobie, że jeden procent Kanadyjczyków byłby celem 70 procent przestępstw z nienawiści. Wywołałoby to ogólnokrajowe oburzenie. Pojawiłyby się przepisy nadzwyczajne, relacje na pierwszych stronach mediów i niekończące się przemówienia polityczne.
Jednak gdy ofiarami są Żydzi, reakcja jest anemiczną mieszanką wahania, dwuznaczności i szukania wymówek.
Kanadyjska klasa polityczna przez lata przekonywała samą siebie, że antysemityzm był zjawiskiem historycznym, które miało miejsce gdzie indziej – w Europie, w przeszłości, wśród neonazistów, skinheadów i mało znanych ruchów skrajnych. Ta analiza jest teraz beznadziejnie przestarzała. Rzeczywistość upokorzyła wszystkich, którzy wciąż się jej trzymają.
Dzisiejsi antysemici rzadko noszą buty z cholewami i nie wywodzą się z jednego nurtu politycznego. Dzisiejszy antysemityzm przybiera postać aktywizmu, ukrywa się pod akademickim żargonem i jest sprzedawany jako sprawiedliwość społeczna. Czasami udaje antysyjonizm, stosując wobec państwa żydowskiego standardy, których nikt nie śmiałby zastosować wobec jakiegokolwiek innego narodu.
Skutki są katastrofalne.
Od 7 października 2023 roku Kanada doświadcza gwałtownego wzrostu wrogości wobec Żydów. Instytucje żydowskie wymagają bezprecedensowych środków bezpieczeństwa. Demonstracje często przekraczają granicę między krytyką polityki rządu izraelskiego a jawnym zastraszaniem Żydów. Kampusy, które nieustannie chwalą się inkluzywnością, stają się coraz mniej przyjazne dla żydowskich studentów.
Ten schemat jest aż nadto widoczny. Jedynymi osobami udającymi, że tego nie dostrzegają, są ci, którzy mają polityczny interes w odwracaniu wzroku. Rzeczywiście, jednym z najbardziej wymownych aspektów kryzysu antysemityzmu w Kanadzie jest to, jak obawy Żydów traktuje się jako kwestię do negocjacji.
Kiedy Żydzi wyrażają strach i umieszczają uzbrojonych strażników przed swoimi synagogami, mówi się im, by docenili szerszy kontekst. Prześladowanym żydowskim studentom mówi się, by zrozumieli, że emocje są silne. Kiedy społeczności żydowskie domagają się ochrony, poucza się je o konkurencyjnych priorytetach.
Każda mniejszość ma prawo do bezpieczeństwa. Z wyjątkiem, jak się wydaje, Żydów.
Ta podwójna moralność stała się charakterystyczną cechą kanadyjskiej polityki. Problemem nie są tylko antysemici – w każdym społeczeństwie są ekstremiści. Głębszym problemem jest otaczający ich ekosystem racjonalizacji.
Zbyt wielu polityków głównego nurtu przez lata traktowało antysemityzm jako wyzwanie wizerunkowe, a nie kryzys bezpieczeństwa publicznego. Był to przykład moralnej pustki.
Wiele uniwersytetów tolerowało zachowania, które zostałyby natychmiast potępione, gdyby były skierowane przeciwko jakiejkolwiek innej mniejszości. Zbyt wielu dziennikarzy podchodziło do nienawiści wobec Żydów ze sceptycyzmem, którego nigdy nie okazaliby w innych przypadkach. Instytucje stały się ekspertami w wydawaniu oświadczeń po atakach, zamiast im zapoviegać.
Konsekwencje są widoczne wszędzie. Tylko w tym roku Kanada była świadkiem szokujących ataków na synagogi, w tym incydentów z użyciem broni palnej w okolicach Toronto.
Zastanówcie się, jak niezwykle brzmiałoby to zdanie jeszcze dziesięć lat temu.
Synagogi. Ostrzelane. W Kanadzie.
Nie w jakiejś niestabilnej dyktaturze czy upadłym państwie, ale w Kanadzie.
Kanada nie jest już tym krajem, jakim była kiedyś, ani tym, za jaki się uważa. A jednak te wydarzenia nie wywołały ogólnokrajowej refleksji, na jaką zasługują.
Powodem jest to, że wielu Kanadyjczyków wciąż ma trudności z postrzeganiem Żydów jako wrażliwej mniejszości. Widzą sukces i dobrobyt, więc zakładają bezpieczeństwo oraz przywileje. Widzą wpływy i zakładają ochronę.
Historia uczy nas dokładnie czegoś przeciwnego.
Żydzi często rozkwitali tuż przed nadejściem katastrofy. Sukces nigdy nie uodpornił społeczności żydowskich na nienawiść. Zazwyczaj ją nasilał.
Kanadyjscy Żydzi zrozumieli to wcześniej niż wielu ich współobywateli i podnieśli alarm. Dostrzegli sygnały ostrzegawcze, które inni zlekceważyli. Zauważyli normalizację retoryki, która wcześniej byłaby uznana za niedopuszczalną. Obserwowali, jak mnożą się teorie spiskowe, obsesja antyizraelska przekształca się w wrogość wobec Żydów, a instytucje nie egzekwują nawet najbardziej podstawowych standardów prawnych, gdy ofiarami są Żydzi.
Wtedy powiedziano im, że przesadzają. Nie przesadzali.
Dzisiaj nawet premier Kanady przyznaje, że zaniepokojeni Żydzi mieli rację przez cały czas.
Na swoją ograniczoną korzyść Carney w końcu uznał powagę tego antysemickiego kryzysu. Ogłosił nowe inicjatywy, finansowanie i mechanizmy doradcze mające na celu walkę z antysemityzmem. Uznanie tego faktu jest mile widziane. Nie jest to jednak to samo, co rozwiązanie.
Pytanie, przed którym stoi Kanada, nie dotyczy tego, czy antysemityzm istnieje – ta debata jest już zakończona. Chodzi o to, czy klasa polityczna posiada wystarczającą siłę, by stawić czoła jego źródłom.
To jest znacznie trudniejsze. Zmierzenie się ze współczesnym antysemityzmem oznacza wejście w konflikt z potężnymi grupami ideologicznymi, z których wiele głosuje na Carneya.
Ta rozmowa staje się szczególnie niewygodna, gdy dotyka kwestii imigracji.
Kryzys antysemicki w Kanadzie nie pojawił się w próżni. Znaczna jego część przybyła wraz z imigracją i importem konfliktów ideologicznych, sekciarskich pretensji oraz antysemickich postaw z części świata, gdzie wrogość wobec Żydów nie jest marginalnym uprzedzeniem, ale normą kulturową. Kanada musi przestać udawać, że każdy system wierzeń jest w równym stopniu zgodny z liberalnymi wartościami demokratycznymi.
Od lat kanadyjskie elity traktują imigrację wyłącznie jako kwestię ekonomiczną i demograficzną. Znaczna mniej chętnie dyskutują o tym, co się dzieje, gdy przybywa duża liczba nowoprzybyłych ze społeczeństw, w których antysemityzm jest powszechny, społecznie akceptowany i często wzmacniany przez instytucje religijne, edukacyjne i polityczne.
Skutkiem tego jest osobliwa forma zbiorowego zaprzeczenia.
Kiedy po 7 października gwałtownie wzrosła liczba incydentów antysemickich, wielu polityków i komentatorów wypowiadało się tak, jakby zjawisko to pojawiło się spontanicznie. Tak jednak nie było. Sygnały ostrzegawcze były widoczne od lat.
Sondaż za sondażem przeprowadzany w różnych częściach Bliskiego Wschodu i szeroko pojętego świata muzułmańskiego dokumentuje głęboko zakorzenione postawy antysemickie. Teorie spiskowe dotyczące żydowskiej władzy, zniekształcanie historii Holokaustu, demonizacja Izraela i jawna wrogość wobec Żydów pozostają powszechne w większości tego regionu. Ludzie nie porzucają automatycznie swoich przekonań w momencie przekroczenia kanadyjskiej kontroli granicznej.
Większość imigrantów przybywa w poszukiwaniu szans i lepszego życia. Wielu z nich staje się wzorowymi obywatelami. Jednak udana integracja wymaga czegoś więcej niż tylko zatrudnienia i pozwolenia na pobyt. Wymaga przyjęcia norm obywatelskich, w tym zasady, że mniejszości mają prawo do bezpieczeństwa niezależnie od różnic religijnych lub politycznych.
Zbyt często kanadyjscy decydenci traktowali integrację kulturową jako krępujący temat, którego najlepiej unikać. W rezultacie pozwolono, by przywiezione uprzedzenia się rozprzestrzeniły, zamiast stawić im czoła wcześnie i bezkompromisowo.
Niewygodną rzeczywistością jest to, że niektóre z najgłośniejszych antyżydowskich demonstracji w Kanadzie w ciągu ostatnich dwóch lat nie przypominały tradycyjnego kanadyjskiego aktywizmu politycznego. Przypominały raczej przeniesienie konfliktów bliskowschodnich na kanadyjskie ulice.
Poważny kraj otwarcie by to przyznał i uznał, że sprowadzanie ludzi z regionów dotkniętych antysemityzmem wymaga równie poważnego zaangażowania w integrację, edukację obywatelską i egzekwowanie prawa. Zamiast tego Kanada często wolała eufemizmy od szczerości.
Odmowa dyskusji na temat związku między islamskim ekstremizmem, nieudaną integracją i rosnącym antysemityzmem nie zmniejszyła napięć. Po prostu uniemożliwiła szczerą dyskusję, pozwalając jednocześnie na narastanie problemu.
Społeczeństwo, któremu brakuje pewności siebie, by bronić własnych wartości, w końcu odkrywa, że tę lukę wypełnią wartości kogoś innego.
Niektóre z najgłośniejszych głosów, które twierdzą, że sprzeciwiają się uciskowi, od lat usprawiedliwiają nienawiść do Żydów. Uniwersytety stały się inkubatorami ekstremizmu, a nie strażnikami otwartej debaty. Oznacza to uznanie, że wielokulturowość bez wspólnych wartości obywatelskich ostatecznie przeradza się w plemienność.
Co najważniejsze, oznacza to zrozumienie, że od przestrzegających prawa obywateli nie należy oczekiwać tolerowania zastraszania tylko dlatego, że jest ono akurat modne politycznie.
Kanadyjscy Żydzi nie potrzebują więcej współczucia ani uznania. Potrzebują ochrony, egzekwowania prawa i wyciągania konsekwencji. Społeczeństwo ujawnia swój prawdziwy charakter poprzez to, jak traktuje mniejszości, gdy staje się to politycznie niewygodne. Według tego standardu Kanada wypadła fatalnie.
Iluzja legła w gruzach. Kanada nie może już dłużej udawać, że to problem kogoś innego, obwiniać marginesu ekstremistów ani chować się za modnymi hasłami. Jej porażka ma charakter systemowy, instytucjonalny i ogólnokrajowy.
Kraj, w którym jeden procent ludności ponosi ciężar przeważającej większości przestępstw z nienawiści na tle religijnym, tonie w kryzysie moralnym tak głębokim jak Rów Mariański.
Dopóki Kanada nie udowodni, że obywatele żydowscy mogą bez obaw chodzić po kampusach, wchodzić do synagog, posyłać dzieci do szkoły i wyrażać swoją tożsamość, każda mowa o różnorodności będzie brzmiała fałszywie.
Pierwszym obowiązkiem cywilizowanego społeczeństwa nie jest celebrowanie różnorodności, ale ochrona swoich obywateli.
Kanada nie zdała tego egzaminu. Jedynym pytaniem jest teraz, czy zamierza nadal go nie zdawać.
Kanada zawiodła swoich Żydów i samą siebie
Kategorie: Uncategorized

