
Rabin Steven Abraham
O żydowskiej odpowiedzialności moralnej, propagandzie przebranej za sumienie oraz ciężarze prawdy po 7 października
Napisanie tego tekstu zajęło mi trzy dni. Nie dlatego, że trudno było mi ocenić ten felieton – już w ciągu jednego dnia stało się jasne, co z nim jest nie tak. Jednak artykuł Nicholasa Kristofa zawiera w sobie tak wiele aspektów naraz, że ich rozdzielenie wymagało szczególnej cierpliwości.
Kiedy w poniedziałek, 11 maja, w „New York Times” ukazał się tekst pt. „Milczenie w obliczu gwałtów na Palestyńczykach”, przeczytałem go, zamknąłem laptopa i spróbowałem odmówić modlitwę mincha. Wieczorem przeczytałem go ponownie. Następnego ranka – po raz trzeci. Za każdym razem czułem, że chcę zrobić dwie sprzeczne rzeczy jednocześnie: docenić możliwość – o której wiem, że jest realna – że palestyńscy więźniowie w izraelskim areszcie byli poważnie maltretowani, oraz wskazać to, co było w tym artykule ewidentnie błędne. To nie są tożsame zadania. Dopiero teraz udało mi się znaleźć słowa, by uczciwie zająć się oboma.
Im dłużej zastanawiałem się nad tym tekstem, tym wyraźniej rozumiałem, że nie jest to po prostu kolejna kontrowersyjna kolumna w niekończącym się cyklu wiadomości. Ujawniła ona konkretny zestaw nawyków – dotyczących pozyskiwania informacji, przedstawiania spraw i sposobu myślenia – które od dawna rządzą dziennikarstwem Nicholasa Kristofa. Okres po 7 października nie stworzył tych nawyków; jedynie nadał im nowy cel.
Doszedłem do następującego wniosku: właśnie taki jest Nicholas Kristof.
To zdanie nie jest atakiem osobistym. Kristof nie jest karykaturalnym złoczyńcą ani antysemitą w klasycznym tego słowa znaczeniu. Pod wieloma względami uosabia najlepsze instynkty liberalnego dziennikarstwa humanitarnego. Od dziesięcioleci podróżuje po świecie, dokumentując głód, ludobójstwo, handel ludźmi w celach seksualnych oraz represje polityczne. Wypracował sobie wizerunek moralnie świadomego reportera, który zmusza wygodnych czytelników do zmierzenia się z okrucieństwami, które woleliby zignorować. W tym powołaniu tkwi prawdziwa szlachetność.
Istnieje jednak niebezpieczeństwo. Pojawia się ono, gdy współczucie odrywa się od weryfikacji, gdy moralna pilność zastępuje dbałość o dowody, a dziennikarstwo przestaje rzucać światło na rzeczywistość, zaczynając układać ją w archetypy dające emocjonalną satysfakcję. Ciemiężcy i uciemiężeni. Potężni i bezsilni. Ofiary i oprawcy. Gdy tylko historia wpisuje się w te ramy, to one zaczynają wykonywać pracę, którą powinno wykonywać dziennikarstwo.
Tak właśnie wygląda felieton z tego poniedziałku. Podobnie jak znaczna część kariery Kristofa. Pozwólcie, że wyjaśnię, o co mi chodzi.
Najmocniejszym i najbardziej uzasadnionym materiałem – który autor w istocie pomija – są fakty dotyczące Izraela. Izraelska Prokuratura Generalna, po trwającej rok walce o dostęp do informacji publicznej, stwierdziła, że palestyńscy zatrzymani byli ofiarami systematycznej przemocy, głodzenia i zaniedbań medycznych. Organizacje takie jak B’Tselem, Publiczny Komitet Przeciwko Torturom w Izraelu oraz Breaking the Silence szczegółowo udokumentowały ten schemat. Ali Samoudi, palestyński dziennikarz, który stracił 130 funtów w ciągu roku aresztu administracyjnego bez postawienia zarzutów i procesu, jest postacią realną, a jego sprawa stanowi moralną tragedię. Zarzuty w sprawie Sde Teiman wobec izraelskich żołnierzy, uchwyconych na nagraniu podczas znęcania się nad zatrzymanym, zostały wycofane, a premier okrzyknął to zakończeniem „krwawego oszczerstwa”. Minister bezpieczeństwa narodowego Itamar Ben-Gwir otwarcie chwalił się pogarszaniem warunków życia palestyńskich więźniów. Nie potrzeba do tego ani jednego palestyńskiego świadka. To prawda odnotowana w izraelskich aktach. To cheshbon ha-nefesh – rozliczenie duszy – z którym państwo Izrael będzie musiało się zmierzyć.
To właśnie taki felieton mógł napisać Kristof. Nie napisał go jednak.
Zamiast tego oparł swoje najbardziej wybuchowe twierdzenie – że przemoc seksualna jest „zorganizowaną polityką państwową” – na Euro-Med Human Rights Monitor. To organizacja z udokumentowaną historią publikowania niezweryfikowanych oskarżeń o kradzież organów przez Izrael, rzekomych egzekucji pacjentów w szpitalu al-Shifa czy prowadzenia programu szkolenia Palestyńczyków w pisaniu haseł w Wikipedii o „izraelskim ludobójstwie”. To Euro-Med jest źródłem twierdzenia, że IDF systematycznie szkolą psy do gwałcenia palestyńskich więźniów. To właśnie ten „dowód” renomowana gazeta wprowadziła w poniedziałkowy poranek do krwiobiegu amerykańskiego liberalizmu.
Obraz „psów”, szeroko rozpowszechniony przez Kristofa, pochodzi właśnie z tego źródła. Jak wykazał Haviv Rettig Gur, pierwotny autor tego twierdzenia przyznał w swoim podcaście, że nie zostało ono zweryfikowane. To zastrzeżenie jednak po cichu zniknęło, gdy informacja nabrała tempa. Zanim dotarła do „Timesa”, źródło rozpłynęło się w mgle „obserwatorów praw człowieka”, a ślad zawrócił do Euro-Med, który powoływał się na samego siebie. Jak prześledził Eli Kowaz, łańcuch cytowań Kristofa prowadzi do tej samej sieci aktywistów, która służy jako własne potwierdzenie.
Jest to struktura „wypranej” kampanii oszczerstw. Oskarżenie rozprzestrzenia się szybciej niż dowody. Anonimowe zeznania awansują do rangi faktu. Każde powtórzenie dodaje autorytetu, którego pierwotne źródło nigdy nie miało. Kristof nie jest pierwszym, który wpadł w tę pułapkę, ale zrobił to w najbardziej wpływowym dziale opinii anglojęzycznego świata.
Nie będę udawał, że wszystko w felietonie Kristofa jest zmyślone. Jestem winien wam, a także Torze, więcej szczerości. Haviv Rettig Gur podkreśla: doszło do rzeczywistych nadużyć. Nie na skalę sugerowaną przez Kristofa, ale w dziesiątkach, a obecnie prawdopodobnie w kilkuset przypadkach. Sama armia izraelska, w pismach procesowych przed własnymi sądami, nie zaprzeczyła, że te nadużycia są faktem. Wniesiono poważne akty oskarżenia i będzie ich więcej.
Izrael jest suwerennym państwem w stanie wojny. Suwerenne państwa ponoszą porażki, a Izrael ponosi je w sposób wymierny. Raport Biura Obrońcy Publicznego, sprawa Samoudiego, oddalenie sprawy Sde Teiman, przechwałki Ben-Gvira – wszystko to stanowi akt oskarżenia przeciwko izraelskiemu systemowi więziennemu pod rządami obecnej władzy. Każdy Żyd, który udaje, że tego nie widzi, przestał uczciwie czytać Torę. Nakazano nam tochecha – upominanie bliźniego (Księga Kapłańska 19:17). Tradycja rabiniczna zawsze rozumiała, że najtrudniejszą wersją tochecha jest ta, którą kierujemy do samych siebie.
To jest rozmowa, którą amerykańska społeczność żydowska musi przeprowadzić. Felieton Kristofa tę rozmowę utrudnił, być może na lata. Zamiast dyskusji o wiarygodnych izraelskich dowodach, spieramy się teraz o Euro-Med, o psy i o to, czy jakiekolwiek palestyńskie zeznanie można uznać za wiarygodne.
Jak zauważył Kowaz: artykuł o psach przyciąga uwagę; artykuł oparty na raporcie obrońcy publicznego wymaga od czytelników zmierzenia się z czymś, czym trudniej się dzielić. Kristof miał tę historię. Wybrał jednak niewłaściwe źródła, ponieważ to one „niosą się” dalej. To wybór, a nie przypadek.
Przez większość mojego dorosłego życia towarzyszyły mi artykuły Kristofa. Są ludzie, którzy żyją dziś dzięki jego reportażom z Darfuru i Kambodży. Jednak po tych kilku dniach nie mogę przestać myśleć o innym Kristofie. O tym, który w 2002 roku insynuował, że naukowiec Steven Hatfill był odpowiedzialny za ataki wąglikowe (później oczyszczony z zarzutów, z ugodą 5,8 mln dolarów). O tym, który przez dekadę promował Somaly Mam, dopóki „Newsweek” nie ujawnił, że większość jej historii była zmyślona. O tym, który w swoich tekstach o serwisie „Backpage” polegał na relacjach, które nie wytrzymały krytycznej analizy.
Nie wierzę, że Nicholas Kristof ma złe zamiary. Wierzę w coś trudniejszego: że zbudował karierę „przedsiębiorcy moralnego”, która wymaga znajdowania historii o ogromnej sile emocjonalnej, co przez dekady skłaniało go do ignorowania weryfikacji. Anonimowość jako fakt. NGO-sy jako bezstronni obserwatorzy. „Wiele źródeł” jako jedno powtarzane w kółko.
Oto kim jest Nicholas Kristof. Styl jest spójny. Zmieniają się jedynie cele.
Błędy Kristofa zmierzają w jednym kierunku, ponieważ wynikają z ram, w których funkcjonuje. W ciągu ostatnich dekad zachodni dyskurs moralny zorganizował się wokół dychotomii ciemiężyciel – uciemiężony. Silni są z góry podejrzani, słabi – moralnie autentyczni. W tych ramach Hamas interpretuje się socjologicznie, a Izrael – moralnie. Gdy Hamas morduje, szukamy „przyczyn źródłowych”. Gdy odpowiada Izrael, kontekst znika. Powraca moralny absolutyzm.
To właśnie najbardziej niepokoiło mnie w artykule: atmosfera moralnego obrzydzenia przenikająca cały tekst. Izrael nie został przedstawiony jako niedoskonała demokracja tocząca wojnę, lecz jako społeczeństwo, którego moralna korupcja jest systemowa. Istnieje głęboka różnica między krytyką a oskarżeniem cywilizacyjnym. Poważna gazeta nie pozwoliłaby na to w odniesieniu do żadnego innego tematu. „The Times” nie pozwoliłby Kristofowi opublikować tak ogólnikowego opisu nadużyć w rosyjskich czy irańskich więzieniach, opartego na materiałach organizacji propagandowej dążącej do zniszczenia tych państw. A tutaj to zrobiono.
Chciałbym zakończyć wersem: Mi-d’var sheker tirchak, „Trzymaj się z dala od kłamstwa” (Księga Wyjścia 23:7). Talmud uczy, że obowiązek ten spoczywa nie tylko na tym, kto kłamstwo wypowiada, ale też na świadku i słuchaczu. Przyjęcie fałszywej informacji, podjęcie na jej podstawie działań, dalsze jej rozpowszechnianie – to naruszenie tego wersetu. Czytelnik felietonu, popijający kawę w Brookline czy w Omaha, również miał obowiązek: sprawdzić, poczekać, nie retweetować.
Etyka naszej tradycji jest surowa: Derisha v’chakira – dociekanie i dochodzenie. Dwóch świadków, nigdy jeden. Wykluczenie pogłosek. Prawo oskarżonego do konfrontacji. To moralne dziedzictwo, które nasza tradycja przekazała Zachodowi, zostało porzucone przy tworzeniu tego felietonu.
Oto więc, do czego doszedłem:
Nadużycia w izraelskim systemie więziennym są faktem, a Izrael musi się z nimi zmierzyć – bo zmierzenie się z nimi jest żydowskim obowiązkiem, a alternatywą jest zgnilizna. Rabin, który kocha Izrael, musi to powiedzieć, niezależnie od tego, kto jest w pomieszczeniu.
Jednocześnie: felieton Nicholasa Kristofa to oszczerstwo oparte na propagandzie organizacji dążącej do zniszczenia Izraela. Wybrał on te źródła, bo mają większy zasięg niż wiarygodne dowody, które były mu dostępne. „The Times” mu na to pozwala.
Oba te zdania są prawdziwe. Żadne nie unieważnia drugiego. Dyscyplina polegająca na utrzymywaniu ich jednocześnie – bez uchylania się od żadnego z nich – właśnie tego wymaga od nas Tora. Taki właśnie jest Nicholas Kristof. Nie mamy obowiązku udawać, że jest inaczej.
Mi-d’var sheker tirchak. Trzymaj się z dala od fałszu. Nawet jeśli przybiera on formę typograficzną renomowanej gazety. Zwłaszcza wtedy.
Kategorie: Uncategorized

