
Podpisanie „irańskiej umowy nuklearnej” w 2015 r. (zdjęcie: Departament Stanu USA/Wikipedia)
Vanessa Berg
Powiedziano nam, że ostatnia umowa z Iranem rozwiązała problem. Teraz znów próbują nas do tego przekonać.
W październiku 1980 roku 34-letni Donald Trump udzielił wywiadu Ronie Barrett, w którym ostro skrytykował reakcję Ameryki na kryzys zakładników w Iranie.
Dla czytelników zbyt młodych, by to pamiętać: kryzys rozpoczął się po tym, jak rewolucja islamska obaliła szacha Iranu w 1979 roku. Rewolucyjni studenci szturmowali ambasadę amerykańską w Teheranie i wzięli jako zakładników 52 amerykańskich dyplomatów i obywateli. Zakładnicy pozostawali w niewoli przez 444 dni, podczas gdy wiodące światowe mocarstwo wydawało się bezsilne, by ich uwolnić.
Trump był oburzony.
Stany Zjednoczone, jak twierdził, wyglądały na słabe. Sposób, w jaki rząd poradził sobie z kryzysem, był „absolutnie i całkowicie absurdalny”. Kiedy Barrett zapytała, czy Ameryka powinna była wysłać wojska do Iranu, Trump odpowiedział: „Zdecydowanie tak uważam. Nie sądzę, żeby były co do tego jakiekolwiek wątpliwości”.
Twierdził, że brak działania ze strony Ameryki świadczył o słabości, zachęcał do braku szacunku i skłaniał wrogów do testowania amerykańskiej determinacji. Stany Zjednoczone miały pełne prawo do interwencji – powiedział – a takie działanie ustanowiłoby „właściwe nastawienie” na całym świecie.
Czterdzieści sześć lat później historia przyniosła niezwykłą ironię.
Amerykańskie media doniosły niedawno, że amerykańskie siły zbrojne opracowały plany operacji lądowej w Iranie w celu przejęcia zapasów wysoko wzbogaconego uranu – materiału niezbędnego do produkcji broni jądrowej. Według doniesień, wysoki rangą amerykański generał potajemnie udał się do kwatery głównej armii amerykańskiej na Florydzie, aby osobiście zapoznać się ze szczegółami operacji. Pośpiech, z jakim przeprowadzono te działania, sugerował, że administracja była bliska zatwierdzenia misji.
Jednak Trump został ostrzeżony, że operacja może wywołać ostrą reakcję Iranu, w tym zakłócenia w globalnej żegludze i na rynkach energetycznych, które mogłyby wywołać wstrząs w światowej gospodarce. Trump wyraził również obawy dotyczące potencjalnych ofiar wśród Amerykanów.
Według raportu Iran przygotowywał druzgocącą odpowiedź gospodarczą na wypadek niepowodzenia negocjacji. Huti mieli rzekomo zamknąć cieśninę Bab al-Mandab, a Iran mógłby zamknąć cieśninę Ormuz, zagrażając dwóm najważniejszym morskim wąskim gardłom na świecie.
Zamiast operacji wojskowej Stany Zjednoczone wydają się teraz gotowe do podpisania kolejnego „porozumienia” z Iranem. Po tygodniach napięć, ogromnych wydatkach wojskowych i niezliczonych deklaracjach, że Iranowi nigdy nie pozwoli się na zdobycie broni jądrowej, zachodni przywódcy po raz kolejny przygotowują się do świętowania układu.
Po raz kolejny sprzedają nam „zwycięstwo”.
Powstające porozumienie rzekomo przewiduje usunięcie i zniszczenie irańskich zapasów wzbogaconego uranu, podczas gdy Stany Zjednoczone ogłaszają, że irański program jądrowy jest likwidowany. Amerykańscy urzędnicy opisują to porozumienie jako znaczący przełom dyplomatyczny. Irańscy urzędnicy wypowiadają się optymistycznie na temat negocjacji i przygotowują się do ostatecznego zatwierdzenia dokumentu.
Widzieliśmy już ten film
W 2015 roku administracja ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy zapewniła świat, że porozumienie jądrowe z Iranem uniemożliwi Teheranowi zdobycie broni jądrowej. Porozumienie nakładało ograniczenia na wzbogacanie uranu, zmniejszało jego zapasy, ograniczało liczbę wirówek i tworzyło system inspekcji mający zagwarantować przestrzeganie postanowień. Zwolennicy obiecywali, że dyplomacja rozwiązała problem.
A jednak oto jesteśmy, dziesięć lat później, a świat dyskutuje o operacjach wojskowych mających na celu siłowe przejęcie irańskiego wzbogaconego uranu. Już sam ten fakt powinien wystarczyć, by obnażyć tę iluzję. Jeśli poprzednie porozumienie trwale rozwiązało problem, dlaczego pojawiła się potrzeba dyskusji o wysłaniu amerykańskich żołnierzy do Iranu w celu usunięcia materiałów jądrowych?
Odpowiedź jest niewygodna: ponieważ problem nigdy nie został rozwiązany. Został jedynie opanowany, opóźniony, odłożony na później, zrzucony na kogoś innego. A konsekwencje wykraczają daleko poza irański program jądrowy.
To, co ujawniły doniesienia, to nie tylko debata wojskowa. To dowód na to, jak bardzo wolny świat pozwolił sobie stać się zakładnikiem nieuczciwych graczy.
Według doniesień Iran przygotowywał druzgocącą odpowiedź na wypadek niepowodzenia negocjacji. Huti mieli podobno zamknąć cieśninę Bab al-Mandab, a Iran mógłby podjąć działania w celu zamknięcia cieśnin Ormuz. Globalne szlaki żeglugowe zostałyby zakłócone, rynki energetyczne uległyby wstrząsom, a światowa gospodarka mogłaby ponieść ogromne straty.
Zastanówcie się, co to oznacza.
Reżim stojący w obliczu perspektywy utraty zapasów wzbogaconego uranu był najwyraźniej w stanie powstrzymać działania wojskowe nie dlatego, że mógłby pokonać Stany Zjednoczone militarnie, ale dlatego, że mógłby zadać wystarczająco bolesny cios gospodarczy wszystkim pozostałym. Oto do czego prowadzą dziesięciolecia polityki ustępstw.
Za każdym razem, gdy Zachód unika konfrontacji na rzecz odroczenia problemu, jego przeciwnicy wyciągają wnioski. Za każdym razem, gdy groźby są nagradzane ustępstwami, stają się one skuteczniejsze. Za każdym razem, gdy zbuntowane reżimy odkrywają, że zakłócenie światowego handlu wystarczy do wymuszenia negocjacji, zyskują przewagę nad systemem międzynarodowym.
Rezultatem jest świat, w którym dziś żyjemy: Iran zagraża szlakom żeglugowym, Huti zagrażają światowemu handlowi, Rosja zagraża dostawom energii do Europy, a Chiny zagrażają Tajwanowi i światowej produkcji półprzewodników. Coraz częściej mocarstwa autorytarne odkrywają, że nie muszą wygrywać wojen. Muszą jedynie przekonać zachodnich przywódców, że koszty ich powstrzymania są zbyt wysokie.
Wolny świat znalazł się w pułapce własnego strachu przed chaosem. Zamiast zmuszać zbuntowanych graczy do ponoszenia konsekwencji eskalacji, zachodnie rządy coraz częściej pozwalają im dyktować warunki stabilności. To nie jest odstraszanie. To wymuszenie — a każde udane wymuszenie zachęca do kolejnego.
Słabość współczesnego przywództwa
To jest zasadnicza słabość współczesnego zachodniego przywództwa. Zachodni przywódcy coraz częściej dążą do wyników, które można przedstawić jako zwycięstwa, zamiast do działań, które faktycznie to zwycięstwo zapewniają. Wolą ogłoszenia od osiągnięć, uroczystości od realnych wniosków, konferencje prasowe od praktycznych rozwiązań. Każdy trudny problem staje się ćwiczeniem z zakresu public relations.
Cel przesuwa się z likwidacji zagrożenia na przekonanie wyborców, że zagrożenie zostało zażegnane — a Iran stał się tego najlepszym przykładem. Przez prawie pół wieku Islamska Republika pokazywała dokładnie, czym jest. To reżim rewolucyjny, który finansuje organizacje terrorystyczne, destabilizuje sąsiednie państwa, otwarcie grozi Izraelowi i rutynowo przedkłada ideologię nad dobrobyt obywateli.
Jednak zachodni przywódcy nadal zachowują się tak, jakby podpis reżimu pod dokumentem zmieniał jego naturę. Tak nie jest. Żadne porozumienie nie zmieni charakteru reżimu. Żadne memorandum nie wyeliminuje jego intencji. Żadna ceremonia dyplomatyczna nie wymaże czterdziestu siedmiu lat dotychczasowych zachowań.
Głównym pytaniem nie jest to, czy porozumienie to eliminuje uran. Najważniejsze pytanie brzmi: co będzie dalej?
Czy Iran będzie trwale niezdolny do odbudowy swojego programu jądrowego? Czy straci potencjał przemysłowy, infrastrukturę naukową i ambicje strategiczne niezbędne do dążenia do posiadania broni jądrowej? Czy reżim nagle stanie się godny zaufania, ponieważ podpisano kolejne porozumienie?
Odpowiedź na wszystkie trzy pytania jest oczywista: porozumienie może zmniejszyć zagrożenie, może je opóźnić, może nawet znacznie osłabić, ale osłabienie zagrożenia a jego wyeliminowanie to nie to samo.
Lekcja z Osiraku
Historia dostarcza lekcji, którą wielu zachodnich przywódców zaczyna rozumieć dopiero po latach. W 1981 roku Izrael przeprowadził operację Opera – śmiałą akcję lotniczą przeciwko irackiemu reaktorowi jądrowemu w Osiraku. W tamtym czasie operacja ta spotkała się z powszechnym potępieniem. Rządy ją potępiły, organizacje międzynarodowe skrytykowały, a Izrael został oskarżony o lekkomyślność i unilateralizm.
Jednak historia ma sposób na oddzielenie modnych opinii od rzeczywistości. Wiele lat później były prezydent USA Bill Clinton przedstawił niezwykle szczerą ocenę tej operacji:
„Wszyscy mówią o tym, co Izraelczycy zrobili w Osiraku w 1981 roku, co moim zdaniem, z perspektywy czasu, było naprawdę dobrą rzeczą. Wiecie, powstrzymało to Saddama przed rozwijaniem energii jądrowej”.
Ta obserwacja zasługuje na uwagę.
Kiedy Izrael zniszczył Osirak, świat potępił tę akcję, ponieważ skupiał się na natychmiastowych zakłóceniach, a nie na długoterminowym zagrożeniu. Wiele lat później, gdy Saddam Hussein najechał Kuwejt, wystrzelił rakiety w kierunku Izraela i zdestabilizował region, wielu z tych samych krytyków po cichu przyznało, że uniemożliwienie mu zdobycia broni jądrowej było błogosławieństwem.
Ten schemat powtarza się w historii: działania prewencyjne są potępiane, zanim znane są ich konsekwencje, a chwalone, gdy ich konieczność staje się oczywista. Niewygodną rzeczywistością jest to, że udana prewencja często wydaje się niepotrzebna właśnie dlatego, że się powiodła.
Nikt nie może wiedzieć, jak wyglądałby Bliski Wschód, gdyby Saddam Hussein zdobył broń jądrową. Nikt nie może wiedzieć, ilu wojen udało się uniknąć dzięki temu, że Izrael podjął działania, gdy inni tego nie zrobili. Jednak spostrzeżenie Clintona oddaje niezmienną prawdę: świat często nagradza powściągliwość w teraźniejszości i uznaje konieczność siły dopiero z perspektywy czasu.
Izrael nie może sobie pozwolić na podejmowanie decyzji w oparciu o to, do jakich wniosków mogą dojść przyszli historycy. Musi reagować na zagrożenia istniejące dzisiaj. Tak było w przypadku Osiraku. Tak samo jest w przypadku Iranu.
Porozumienie a bezpieczeństwo
Jeśli dojdzie do kolejnego porozumienia z Iranem, Izrael powinien z zadowoleniem przyjąć każde rzeczywiste ograniczenie jego potencjału jądrowego. Każda zdemontowana wirówka jest lepsza niż wirówka działająca. Każdy kilogram usuniętego wzbogaconego uranu jest lepszy niż kilogram zatrzymany.
Izrael nie może jednak nigdy mylić porozumienia z bezpieczeństwem.
Największym błędem strategicznym Izraela byłoby powierzenie swojej przyszłości międzynarodowym gwarancjom. Państwo żydowskie wielokrotnie przekonało się, że dokumenty są tymczasowe, podczas gdy potencjał militarny jest trwały. Izrael przetrwał przed amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa. Przetrwał przed międzynarodowym wsparciem i przed traktatami pokojowymi z państwami arabskimi. Przetrwał, ponieważ zachował zdolność do samoobrony.
Ta zasada musi pozostać niezmienna.
Izrael powinien nadal intensywnie inwestować w wywiad, cyberwojnę, obronę przeciwrakietową, siły powietrzne i niezależne zdolności wojskowe. Powinien zachować zdolność do monitorowania działań Iranu, ujawniania naruszeń i – w razie potrzeby – podejmowania działań bez czekania na zgodę Waszyngtonu, Brukseli czy ONZ.
Lekcja z ostatnich kilku tygodni nie polega na tym, że Izrael jest słaby. Lekcja jest odwrotna: Stany Zjednoczone i ich sojusznicy dysponowali siłą militarną, która pozwoliłaby narzucić Iranowi zdecydowany wynik. Jednak w obliczu ryzyka, kosztów i konsekwencji doprowadzenia sprawy do końca, cofnęli się i wybrali negocjacje.
Izrael nie może sobie pozwolić na takie złudzenia. Dla Ameryki nieudane porozumienie jest geopolityczną porażką. Dla Izraela może stać się zagrożeniem egzystencjalnym. Dlatego Izraelczycy nie mogą sobie pozwolić na podzielanie optymizmu, który obecnie propagują zachodni przywódcy.
Być może to porozumienie zadziała. Być może zapewni lata stabilności. Być może osiągnie więcej, niż oczekują jego zwolennicy. Ale historia uczy sceptycyzmu. Ci sami przywódcy, którzy kiedyś obiecywali, że ambicje nuklearne Iranu zostały powstrzymane, teraz obiecują, że zostały one ostatecznie zlikwidowane.
Wybaczcie nam, że prosimy o dowody.
Zachodni przywódcy mogą wkrótce zorganizować konferencje prasowe, wydać triumfalne oświadczenia i ogłosić, że dyplomacja zwyciężyła. Mogą nazwać to pokojem. Mogą nazwać to stabilnością czy zwycięstwem. Ale zwycięstwo to nie ogłoszenie sukcesu. Zwycięstwo to stan faktyczny.
I dopóki Iran nie straci na stałe zdolności do zagrażania regionowi bronią jądrową, to, co sprzedają zachodni przywódcy, nie jest zwycięstwem. To tylko nadzieja przebrana za strategię.
Kategorie: Uncategorized

