Uncategorized

Era żydowskiej zależności dobiega końca. I to dobrze — bardzo dobrze.

Joshua Hoffman

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wielu Żydów wypracowało pewną teorię bezpieczeństwa. Wierzyli oni, że jeśli Izrael stanie się wystarczająco potężny militarnie, zaawansowany technologicznie, niezbędny gospodarczo i użyteczny strategicznie dla Zachodu, to świat w końcu zaakceptuje trwałość żydowskiej suwerenności.

Żydzi w diasporze opracowali równoległą teorię: jeśli wystarczająco głęboko zintegrujemy się ze społeczeństwem zachodnim, będziemy bronić spraw uniwersalnych, zyskamy sojuszników, dostaniemy się do elitarnych instytucji i udowodnimy, że jesteśmy niezbędni pod względem moralnym i kulturowym, to w końcu nasza pozycja stanie się bezpieczna.

Obie te teorie znajdują się obecnie pod ogromną presją.

Dziś Izrael popada w coraz większą izolację w następstwie wojny między Stanami Zjednoczonymi, Izraelem i Iranem, która wybuchła 28 lutego. W jednym z raportów opublikowanych w weekend stwierdzono, że premier Benjamin Netanjahu jest „odsuwany na bok” przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w kwestii Iranu, a Izrael został „prawie całkowicie wykluczony” z amerykańsko-irańskich rozmów. Według tych doniesień Izrael został zmuszony do korzystania z okrężnych dróg w celu uzyskania informacji na temat negocjacji pokojowych, w tym z alternatywnych kontaktów dyplomatycznych i źródeł wywiadowczych w Iranie.

Tymczasem w całej diasporze Żydzi coraz silniej odczuwają izolację społeczną, kulturową i polityczną w ramach tych samych instytucji, ruchów, miejsc pracy i grup, które wielu z nich uważało niegdyś za swoje naturalne środowisko.

Nie są to odrębne problemy. To ten sam dylemat, tylko wyrażony w różnych formach. Dylemat Izraela jest dylematem diaspory, ponieważ oba zmuszają Żydów do zmierzenia się z tą samą bolesną prawdą: żadna siła z zewnątrz ostatecznie nie przyjdzie nam z pomocą – ani Stany Zjednoczone, ani „społeczność międzynarodowa”, ani nasi sojusznicy, ani instytucje, koalicje czy opinia publiczna.

Co być może najbardziej niepokojące: właśnie ci ludzie i systemy, o których wielu Żydów wierzyło, że staną po ich stronie, często stają się niezdecydowani, stawiają warunki, kierują się czystym pragmatyzmem lub po prostu znikają, gdy stawka staje się egzystencjalna.

Najnowsze doniesienia dotyczące potencjalnego porozumienia między Stanami Zjednoczonymi a Iranem wyraźnie pokazują tę rzeczywistość.

Według licznych źródeł oczekuje się, że w najbliższych dniach Stany Zjednoczone sfinalizują porozumienie z Iranem, które przedłuży obecne zawieszenie broni o kolejne 60 dni, jednocześnie ponownie otwierając Cieśninę Ormuz dla światowej żeglugi. Jednak porozumienie to rzekomo pomija kluczowe kwestie, które w pierwszej kolejności doprowadziły do wojny: irański program jądrowy, potencjał rakiet balistycznych oraz regionalną sieć sojuszników (proxy).

Izraelscy urzędnicy są głęboko zaniepokojeni tym, że takie porozumienie w praktyce daje reżimowi irańskiemu czas na odbudowę gospodarczą i militarną, odkładając główne zagrożenie na nieokreślony czas przyszłych negocjacji. Obawa ta nie ma charakteru wyłącznie taktycznego. Ma ona charakter cywilizacyjny.

Izrael coraz lepiej rozumie bowiem coś, co zaczyna docierać również do wielu Żydów z diaspory: interesy sojuszników nie są tożsame z przetrwaniem państwa. Priorytetem Ameryki jest Ameryka. Priorytetem Europy jest Europa. Priorytetem Arabów są Arabowie. Każdy naród ostatecznie działa zgodnie z własnymi interesami, presją wewnętrzną, cyklem wyborczym, sytuacją gospodarczą, zmęczeniem i kalkulacjami geopolitycznymi.

To nie jest zdrada. To rzeczywistość. Błędem było kiedykolwiek wierzyć, że jest inaczej.

Przez lata wielu Izraelczyków pocieszało się założeniem, że sojusz amerykańsko-izraelski stanowi coś trwałego i bezwarunkowego. Wierzyli, że bez względu na to, jak bardzo Ameryka uległa politycznej polaryzacji, jak bardzo elity zachodnie zmieniły swoje poglądy ideologiczne i jak bardzo Zachód zmęczył się konfliktem na Bliskim Wschodzie – Ameryka zawsze w pełni dostosuje się do izraelskiego postrzegania zagrożeń.

Jednak sojusze nie są prawdami wiecznymi. Są tymczasowym zbiegiem interesów. Żydzi z diaspory popełnili podobny błąd.

Wielu Żydów w Ameryce, Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Francji, Australii i innych krajach wierzyło, że integracja społeczna gwarantuje bezpieczeństwo. Wierzyliśmy, że bliskość władzy oznacza ochronę. Wierzyliśmy, że uczestnictwo w koalicjach, obecność na uniwersytetach, w mediach, organizacjach zawodowych i życiu kulturalnym stworzy głębokie rezerwy solidarności, gdy Żydzi staną w obliczu nienawiści lub izolacji.

Potem nadszedł 7 października i jego następstwa – i wielu Żydów odkryło, że te koalicje były znacznie płytsze, niż się spodziewano. Hasła uległy zmianie, przesunęły się granice moralne, a empatia stała się warunkowa. Wielu Żydów, którzy przez lata angażowali się w obronę innych, nagle znalazło się w sytuacji społecznej izolacji, politycznej bezdomności lub moralnego gaslightingu, gdy tylko pojawiał się temat cierpienia Żydów.

To jest diasporowa wersja geopolitycznego dylematu Izraela.

Izrael słyszy: „Deeskalujcie”, „Wykazujcie powściągliwość”, „Pomyślcie o stabilności regionu” oraz „To nie jest odpowiedni moment”. Żydzi z diaspory słyszą: „Nie dopatrujcie się w tym antysemityzmu”, „Wasze obawy są przesadzone”, „Wasz syjonizm czyni was współwinnymi” oraz „Wasz niepokój jest niewygodny”.

Inny język, ta sama struktura. Podstawowe przesłanie jest identyczne: wrażliwość Żydów podlega negocjacjom.

Ta świadomość jest głęboko bolesna, ponieważ Żydzi od pokoleń próbowali uciec przed izolacją. Po wiekach wypędzeń, pogromów, gett, limitów dyskryminacyjnych, masakr i porzucenia, wielu Żydów – co zrozumiałe – rozwinęło w sobie głębokie psychologiczne pragnienie przynależności. Chcieli w końcu stać się częścią moralnego centrum otaczających ich społeczeństw, a nie ich wiecznymi outsiderami.

To pragnienie było w pełni ludzkie, ale historia po raz kolejny może uczyć Żydów, że nadmierne poleganie na czynnikach zewnętrznych rodzi kruchość.

Nie oznacza to, że Żydzi powinni odrzucić sojusze, przyjaźnie, dyplomację czy integrację. Izrael nadal potrzebuje sojuszników. Żydzi z diaspory nadal potrzebują relacji i koalicji. Izolacjonizm nie jest strategią. Problemem jest natomiast zależność.

Zdrowy naród może współpracować z sojusznikami, nie powierzając im jednak ślepo swojego przetrwania. Zdrowa mniejszość może uczestniczyć w życiu społecznym, nie opierając swojego poczucia bezpieczeństwa wyłącznie na społecznej akceptacji.

Zbyt często jednak Żydzi popadali w politykę poszukiwania ciągłych zapewnień. Chcieliśmy gwarancji. Chcieliśmy certyfikatów akceptacji. Chcieliśmy dowodu na to, że już nigdy nie będziemy sami. Jednak historia Żydów rzadko oferowała takie polisy ubezpieczeniowe.

Być może decydującym błędem Żydów w epoce nowożytnej było przekonanie, że historia dla nas się skończyła.

Lekcją płynącą z obecnego momentu nie jest jednak rozpacz. Jest nią dojrzałość – ponieważ izolacja, choć przerażająca, niesie ze sobą również jasność. Kiedy przestajemy zakładać, że inni nas uratują, zaczynamy inwestować inaczej. Budujemy silniejsze instytucje, pielęgnujemy wewnętrzną odporność, stawiamy na ciągłość, rozwijamy strategiczną niezależność. Przestajemy mylić widoczność z bezpieczeństwem, a oklaski z lojalnością. Przestajemy powierzać naszą przyszłość innym.

Dla Izraela może to oznaczać ponowne przemyślenie struktury sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Nie twierdzę, że Izraelczycy powinni porzucić Amerykę, ale musimy zrozumieć, że nawet najsilniejsze sojusze mają swoje granice. Izrael musi nadal wzmacniać swoją niezależność militarną, stabilność gospodarczą, przewagę technologiczną, odporność energetyczną oraz spójność społeczną, ponieważ ostatecznie to Izraelczycy – a nie Waszyngton – ponoszą konsekwencje błędów strategicznych.

A dla Żydów z diaspory oznacza to ponowne odkrycie czegoś, co wiele społeczności powoli zatraciło: znaczenia żydowskiej pewności cywilizacyjnej. Nie pewności aroganckiej, lecz autentycznej. Pewności, która pozwala budować więcej żydowskich szkół, żydowskich mediów, żydowskiej filantropii, żydowskiej kultury, żydowskich sieci, przedsiębiorstw, infrastruktury bezpieczeństwa, życia intelektualnego oraz ekosystemów społecznych – wystarczająco silnych, by wytrzymać presję zewnętrzną, zamiast ulegać jej.

Społeczność nadmiernie uzależniona od zewnętrznej aprobaty w końcu zaczyna panicznie bać się tego, że może się komuś nie spodobać. A przerażone społeczności nie są w stanie jasno myśleć.

Przypomina mi się niedawne spotkanie, w którym uczestniczyłem w Los Angeles. Zostało zorganizowane przez organizację MeetJew i odbyło się w rezydencji pewnego żydowskiego małżeństwa. Cała atmosfera była wyraźnie i bezkompromisowo żydowska – nie defensywna, nie reakcyjna, nie oparta na strachu, ale na radości, pewności siebie i poczuciu wspólnoty.

Było tam wszystko, czego młodzi ludzie mogliby zapragnąć od weekendowego spotkania: izraelski DJ na żywo, dwa baseny, korty do pickleballa i koszykówki, boisko do siatkówki, świetne jedzenie, otwarty bar obsługiwany przez żydowskich barmanów oraz setki młodych Żydów po prostu cieszących się swoim towarzystwem. Ludzie w naturalny sposób nawiązywali więzi wokół judaizmu, tożsamości, syjonizmu, Izraela, rodziny, ambicji, humoru, kultury i wspólnych doświadczeń.

To, co uderzyło mnie najbardziej, to nie luksusowe otoczenie. To było tamtejsze poczucie wolności. Nikt nie prosił o pozwolenie na to, by tam być. Nikt nie starał się tonować swojego zachowania, aby osoby z zewnątrz czuły się komfortowo. Nikt nie próbował z niepokojem tłumaczyć swojej tożsamości na język akceptowalny dla ludzi, którzy i tak żywią do nich niechęć.

Przez kilka godzin nie było tam desperackiej potrzeby zewnętrznej akceptacji ani wyczerpującego udowadniania, że Żydzi zasługują na integrację. Byli tylko Żydzi budujący wspólnotę między sobą – w sposób otwarty i pewny siebie.

Pamiętam, że pomyślałem wtedy:

„Jeśli świat zewnętrzny w coraz większym stopniu odrzuca pełną integrację Żydów, to być może odpowiedzią nie jest niekończące się błaganie o akceptację. Być może odpowiedzią jest budowanie silniejszych przestrzeni żydowskich, silniejszych przyjaźni, silniejszych instytucji, silniejszej kultury i silniejszej żydowskiej pewności siebie – nie z goryczy, ale z jasności wyboru”.

Jednym z wielkich kłamstw, które przyswoiło sobie wielu Żydów, było przekonanie, że siła wynika przede wszystkim z bycia akceptowanym przez innych. Jednak w całej naszej historii największe okresy odporności miały miejsce wtedy, gdy Żydzi głęboko angażowali się w relacje między sobą – duchowo, społecznie, ekonomicznie, intelektualnie i wspólnotowo.

To spotkanie przypomniało mi, że ciągłość żydowska nie może przetrwać wyłącznie dzięki lękowi. Wymaga ona witalności, piękna, przyjaźni, radości oraz Żydów pragnących przebywać wśród innych Żydów nie tylko dlatego, że świat ich nienawidzi, ale dlatego, że w samej cywilizacji żydowskiej tkwi coś prawdziwie głębokiego, inspirującego i ożywczego.

W dziwny sposób izolacja, którą obecnie odczuwa wielu Żydów, może podświadomie popchnąć nas z powrotem ku ponownemu odkryciu tej prawdy. Jeśli znaczna część świata uparcie przypomina Żydom, że są inni, to żydowska odpowiedź nie powinna ograniczać się do strachu. Powinna to być również pewność siebie pozwalająca powiedzieć: „W porządku, i tak będziemy budować, i tak będziemy się gromadzić, i tak będziemy świętować, i tak będziemy się wzajemnie wzmacniać. Mamy już o wiele więcej tego, czego potrzebujemy, niż nam się wydaje”.

Jak na ironię, zaakceptowanie pewnego stopnia żydowskiej odrębności może ostatecznie zaowocować zdrowszym zaangażowaniem w szerszy świat. Gdy nasza tożsamość nie będzie już zależała od ciągłego potwierdzania jej przez innych, będziemy mogli nawiązywać relacje z pozycji stabilności, a nie lęku. Nie musimy już oczekiwać, że każda społeczność pokocha nasze istnienie, nie wpadamy w panikę za każdym razem, gdy słabną sojusze, i nie traktujemy krytyki jako egzystencjalnej katastrofy. Stajemy się silniejsi.

Współczesna sytuacja Żydów wkracza w nową fazę. Era domniemanej akceptacji dobiega końca, a powraca era strategicznej żydowskiej samowystarczalności. Nie oznacza to trwałej samotności. Oznacza to – z braku lepszego określenia – dorosłość.

Dylemat Izraela jest dylematem diaspory, ponieważ obie strony są zmuszone do ponownego odrobienia tej samej starożytnej lekcji w tym samym czasie: przyszłość Żydów nie może zależeć przede wszystkim od sumienia, ochrony czy aprobaty innych. Musi ona zależeć przede wszystkim od siły, odwagi, jasności umysłu i spójności nas samych.

Era żydowskiej zależności dobiega końca. I to dobrze — bardzo dobrze.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.