Uncategorized

J Street nie jest szczera w kwestii Izraela

Joshua Hoffman

Różnice w poglądach są całkowicie dopuszczalne, ale zupełnie inną sprawą jest przekręcanie faktów, wprowadzanie w błąd i oskarżanie Izraela na podstawie całkowitych kłamstw.

Dla tych z Was, którzy nie znają J Street: jest to organizacja rzecznicza określająca się jako „proizraelska i pro-pokojowa”, której celem jest wywieranie wpływu na amerykańską politykę wobec Izraela oraz na konflikt izraelsko-arabski. Prezentuje się jako „liberalno-syjonistyczna” alternatywa dla bardziej tradycyjnych organizacji proizraelskich.

Jednak w wizji Izraela przedstawianej przez J Street jest coś głęboko zgniłego – i nie chodzi o to, że popiera ona rozwiązanie dwupaństwowe (jak wielu Izraelczyków przed 7 października), ani o to, że krytykuje rząd izraelski (co robi praktycznie każdy Izraelczyk).

Problem J Street jest znacznie bardziej fundamentalny: organizacja ta coraz częściej mówi o Izraelu tak, jakby największe zagrożenia dla liberalizmu, demokracji, praw człowieka, współistnienia i pokoju płynęły przede wszystkim ze strony państwa żydowskiego, a nie od kultury politycznej, która od ponad wieku odrzuca samo prawo tego państwa do istnienia.

W pewnym momencie musimy przeprowadzić szczerą rozmowę o tym, co to właściwie oznacza.

W niedawnym eseju założyciel i prezes J Street, Jeremy Ben-Ami, postawił pytanie, które – jak twierdzi – coraz częściej zadają młodsi progresywiści: „Jak ktoś może twierdzić, że wierzy w równość, prawa człowieka i wartości liberalne, jednocześnie wspierając państwo, które definiuje się jako państwo narodowe narodu żydowskiego?”

Być może jednak bardziej istotne jest pytanie odwrotne: jak ktoś może twierdzić, że wierzy w równość, prawa człowieka, wartości liberalne, pluralizm, demokrację, prawa kobiet, prawa osób LGBTQ+, wolność wyznania, prawa mniejszości, wolność słowa, wolność sumienia i rządy prawa, a jednocześnie popierać palestyński ruch narodowy?

To nie jest pytanie retoryczne. Izrael jest i zawsze był jedynym demokratycznym krajem na Bliskim Wschodzie, który z definicji pozostaje liberalny. Obywatele Izraela głosują w wolnych wyborach, nasze sądy są niezależne, prasa jest wolna i często ostro krytykuje władzę, a mniejszości cieszą się prawami politycznymi i prawnymi, które w większości tego regionu są rzadkością.

Niezależnie od krytyki, jaką można kierować pod adresem poszczególnych rządów czy polityki Izraela, pogląd, że Izrael jest w jakiś sposób zasadniczo sprzeczny z wartościami liberalnymi, ignoruje rzeczywistość funkcjonowania tego kraju od momentu jego powstania w 1948 roku.

Tymczasem społeczeństwo palestyńskie w sondażach konsekwentnie pokazuje ogromne poparcie dla terroryzmu, odrzucenie żydowskiej suwerenności i sprzeciw wobec normalizacji stosunków z Izraelem. Autonomia Palestyńska uznaje sprzedaż ziemi Żydom za przestępstwo i kontynuuje politykę finansowania terroryzmu (tzw. „płać za zabijanie”). Hamas otwarcie dąży do zniszczenia Izraela. Żadna ze stron nie zbudowała niczego, co choćby przypominało liberalną demokrację.

Jednak w jakiś sposób „postępowy” dyskurs często traktuje poparcie dla palestyńskiego nacjonalizmu jako moralną oczywistość, podczas gdy poparcie dla nacjonalizmu żydowskiego wymaga nieustannego usprawiedliwiania się. Już to odwrócenie pojęć powinno budzić poważne wątpliwości.

Ben-Ami pisze, że młodsi Żydzi coraz częściej „odchodzą od tradycyjnego poparcia dla Izraela i skłaniają się ku wizjom takim jak jedno państwo dwunarodowe między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym”. Od kiedy to Żydzi mieszkający poza Izraelem mają prawo decydować o jego granicach? Czyż nie jest przejawem protekcjonalności, arogancji i zwykłego zrzędzenia, gdy ludzie, którzy nie mieszkają i nigdy nie mieszkali w Izraelu, dyktują Izraelczykom, jak mają wyglądać ich granice?

Jeśli Ben-Ami tak bardzo troszczy się o młodsze pokolenia Żydów, powinien mówić o Izraelu szczerze. Nie powinien poddawać ich praniu mózgu i wmawiać im, że państwo żydowskie jest czymś w rodzaju raka. Przecież nikt nie proponuje likwidacji arabskiej tożsamości Jordanii, nikt nie żąda zniesienia narodowego charakteru Egiptu i nikt nie sugeruje, by Francja, Grecja, Polska, Armenia, Japonia czy Irlandia zrezygnowały ze swojej tożsamości narodowej na rzecz wielonarodowych eksperymentów politycznych.

W opinii Ben-Amiego zachowanie charakteru narodowego przez państwo żydowskie jest rutynowo przedstawiane jako moralnie podejrzane.

Nieważne, że Palestyńczycy przekształcili konflikt w trwającą od stulecia antysemicką walkę, w której wielokrotnie odrzucano podział, kompromis, współistnienie i porozumienia pokojowe. Świat arabski wywołał wiele wojen, by zapobiec żydowskiej suwerenności lub ją zniszczyć. Przywódcy palestyńscy odrzucili szanse na utworzenie własnego państwa w latach 1937, 1947, 2000, 2001 i 2008. A jednak z jakiegoś powodu ciężar przebudowy tożsamości narodowej spoczywa przede wszystkim na Izraelu.

Najwyraźniej nie wolno nam powiedzieć Palestyńczykom, że ich stuletnia polityka negacji zakończyła się porażką. Najwyraźniej nie wolno nam sugerować, by porzucili maksymalistyczne żądania, które od pokoleń przedłużają ten konflikt. Jednak wielu ludzi pokroju Ben-Amiego czuje się doskonale, dyktując Izraelczykom z bezpiecznej perspektywy Ameryki, jak mają żyć.

Nie zagłębiajmy się jednak zbytnio w szczegóły, zapewnia nas Ben-Ami. Kiedy wydaje nam się, że jego esej zatytułowany „Dlaczego J Street jest proizraelska?” dotyczy Izraela, on próbuje nas przekonać, że debata tak naprawdę kręci się wokół tego, „czy liberalizm i nacjonalizm są zasadniczo nie do pogodzenia”. Mały spoiler: państwo żydowskie odpowiedziało już na to pytanie – i robi to z powodzeniem od prawie ośmiu dekad.

Izrael jest jednym z najjaskrawszych dowodów na świecie, że narodowe samostanowienie i liberalna demokracja mogą iść w parze. Mamy konkurencyjne wybory, niezależne sądownictwo, wolną prasę, opozycję polityczną, prężne społeczeństwo obywatelskie, pluralizm religijny, prawa kobiet, prawa osób LGBTQ+, reprezentację mniejszości oraz silny głos sprzeciwu w polityce. Pogląd, że nacjonalizm żydowski jest z natury niemożliwy do pogodzenia z wartościami liberalnymi, wymaga całkowitego ignorowania rzeczywistej historii tego państwa.

Szczególnie uderzające jest to, jak często krytycy przypisują Izraelowi cechy, które znacznie bardziej pasują do jego przeciwników. Ben-Ami ostrzega przed nacjonalizmem zakorzenionym w strachu, poczuciu wyższości, wykluczeniu, dominacji i podejrzliwości wobec obcych — czyli przed cechami, które od pokoleń definiują kulturę polityczną w większości świata arabskiego i muzułmańskiego.

Żydzi przez wieki byli traktowani jako obywatele drugiej kategorii w większości krajów Bliskiego Wschodu, a po powstaniu państwa Izrael zostali z nich wypędzeni z pustymi rękami. Niemal każda starożytna społeczność żydowska w świecie arabskim zniknęła w XX wieku. Prawa mniejszości w większości tego regionu są niezwykle kruche lub w ogóle nie istnieją. Mniejszości religijne były prześladowane, wypędzane lub eksterminowane, opozycja polityczna jest brutalnie tłumiona, a demokracja nie istnieje nigdzie – poza, no cóż, Izraelem.

A jednak to Izraelczyków przedstawia się jako uosobienie wykluczającego nacjonalizmu, podczas gdy otaczające ich społeczeństwa traktuje się wyłącznie jako ofiary nacjonalizmu, a nie jako jego aktywnych praktyków. To nie jest rzetelna analiza. To czysta manipulacja.

Ten sam schemat pojawia się, gdy Ben-Ami krytykuje obecny rząd Izraela za dążenie do „trwałego konfliktu”. Ale trwałego konfliktu nie wymyślili Izraelczycy. Trwały konflikt był zasadą organizującą politykę antysyjonistyczną na długo przed powstaniem Izraela.

Konflikt nie rozpoczął się dlatego, że Żydzi w 1967 roku odzyskali Judeę i Samarię – serce starożytnego Izraela – po tym, jak zostały one bezprawnie zajęte przez Jordanię. Nie zaczął się z powodu „osiedli”. Nie zaczął się z powodu Netanjahu. Zaczął się dlatego, że przeważająca część świata arabskiego odrzuciła samą ideę, że Żydzi mogliby mieć własną suwerenność gdziekolwiek na Bliskim Wschodzie. To odrzucenie istniało, zanim zbudowano choćby jedno osiedle, zanim powstał pierwszy punkt kontrolny i zanim Izrael przejął kontrolę nad Wzgórzami Golan, Judeą czy Samarią.

Dyskutowanie o konflikcie przy jednoczesnym umniejszaniu tej rzeczywistości jest odwracaniem przyczyny i skutku.

[zdjęcie: Senat Stanów Zjednoczonych – Biuro Michaela Benneta/Wikipedia]

Być może najbardziej wymownym fragmentem eseju Ben-Amiego jest stwierdzenie: „Uważamy, że ojczyzna narodu żydowskiego musi być demokratyczna”. Ale Izrael już jest demokratyczny. Netanjahu został wybrany w wolnych i uczciwych wyborach w 2022 roku, a wcześniej dobrowolnie oddał władzę i przeszedł do opozycji, ponieważ przegrał poprzednie wybory. Zaledwie wczoraj izraelscy ustawodawcy zagłosowali za koalicyjnym projektem ustawy o rozwiązaniu Knesetu (izraelskiego parlamentu), co potencjalnie doprowadzi do przedterminowych wyborów za kilka miesięcy.

Ben-Ami prawi nam więc komunały, ale podaje to w taki sposób, jakby Izraelczycy byli grupą przedszkolaków, którzy dopiero uczą się, co jest dobre, a co złe. Każdy, kto ma choć minimalne pojęcie o tym kraju, wie, że państwo żydowskie zawsze było demokratyczne. Ono nie „dąży” do tego, by stać się demokracją. Ono nią po prostu jest.

Co więc dokładnie próbuje się nam tutaj zasugerować?

Stwierdzenie Ben-Amiego ma sens tylko wtedy, gdy wierzy się, że Izrael to Islamska Republika Iranu. Ma sens tylko wtedy, gdy okłamywanie ludzi na temat Izraela przynosi większe zyski ze zbiórek charytatywnych i generuje rozgłos, który pozwala na zbieranie kolejnych funduszy. Ma sens tylko wtedy, gdy celem nie jest zrozumienie rzeczywistości, lecz stworzenie takiej jej wersji, która skutecznie podsyca antysemityzm na całym świecie.

Według wszelkich poważnych, światowych standardów Izrael pozostaje demokracją, mimo że funkcjonuje pod taką presją bezpieczeństwa, z jaką poradziłoby sobie niewiele zachodnich państw. Dlaczego więc Ben-Ami sugeruje coś innego?

Mam wrażenie, że on i J Street nie spierają się z Izraelem realnym, lecz z Izraelem wyobrażonym, który istnieje głównie w „postępowym” dyskursie politycznym. W dyskursie, który mówi: „Jeśli nie podoba mi się twoja polityka, to znaczy, że jesteś zły, nielegalny i niegodny szacunku”. Izrael w halucynacjach J Street to państwo wyłącznie odpowiedzialne za konflikt, wyjątkowo podatne na wypaczenia nacjonalizmu, wiecznie zobowiązane do usprawiedliwiania swojego istnienia i oceniane według standardów, których nie stosuje się do żadnego innego narodu na świecie.

I to jest ostatecznie główny problem ze światopoglądem J Street.

Organizacja ta twierdzi, że „broni Izraela”, a jednocześnie coraz częściej przejmuje narrację tych, którzy stawiają Żydów pod pręgierzem moralnych oskarżeń przy każdej okazji. Twierdzi, że broni uniwersalnych wartości, stosując je w sposób skrajnie wybiórczy. Twierdzi, że sprzeciwia się polaryzacji, a jednocześnie nieustannie przedstawia Izrael jako główną przeszkodę dla ideałów, których większość krajów w tym regionie nigdy nawet nie próbowała wdrożyć.

Jeśli J Street poważnie traktuje liberalizm, demokrację, prawa człowieka, współistnienie i pokój, powinna zacząć od uczciwej oceny faktów. A rzeczywistość mówi nam coś prostego: największym zagrożeniem dla liberalnej demokracji na Bliskim Wschodzie nigdy nie było istnienie państwa żydowskiego. Największym zagrożeniem była i jest odmowa większości regionu – w tym przede wszystkim Palestyńczyków – zaakceptowania faktu, że to państwo w ogóle ma prawo istnieć.

Dopóki organizacje takie jak J Street nie będą gotowe zmierzyć się z tym faktem z taką samą gorliwością, z jaką krytykują Izrael, ich analizy będą nadal zniekształcać obraz, manipulować i wprowadzać opinię publiczną w błąd.

Nic dziwnego, że Jeremy Ben-Ami powołał się w swoim eseju na „żydowską tożsamość i wartości”. Nic tak dobrze nie służy manipulacji jak używanie języka żydowskiej moralności do wyjaśniania, dlaczego to Żydzi powinni ponosić odpowiedzialność za problemy, które ich sąsiedzi celowo tworzyli, utrwalali i odmawiali ich rozwiązania przez ponad sto lat.

Stało się to jedną z charakterystycznych cech współczesnego „postępowego” dyskursu. Każda debata w końcu sprowadza się do tego, co jeszcze musi zrobić Izrael, na co musi się zgodzić, jaki powinien być, a jaki nie, za co ma przeprosić i co jeszcze musi poświęcić. O wiele mniej uwagi poświęca się temu, co muszą zrobić Palestyńczycy i państwa arabskie – z czego oni muszą zrezygnować, co muszą zaakceptować i jaką odpowiedzialność ponoszą za rzeczywistość, którą w przeważającej mierze sami wykreowali.

Wartości żydowskie są przywoływane, by naciskać na Izrael, by podjął jeszcze większe ryzyko w imię pokoju. Rzadko jednak przywołuje się wartości uniwersalne, by zapytać, dlaczego przywódcy palestyńscy nie przestają gloryfikować terroryzmu, dlaczego od pokoleń uczą dzieci, że suwerenność Żydów w ich własnej ojczyźnie to wieczne zło, i dlaczego każdy kompromis traktują jak zdradę.

Moralność żydowska służy do tego, by żądać od Izraelczyków nieustannej samokrytyki. Tymczasem kultura polityczna Arabów i Palestyńczyków jest zbyt często całkowicie zwalniana z jakiejkolwiek odpowiedzialności i analizy.

W rezultacie otrzymujemy dyskusję, która brzmi wprawdzie pretensjonalnie i „moralnie”, ale w rzeczywistości jest intelektualnie pusta. Wymaga ona od strony, która wielokrotnie udowodniła swoją gotowość do kompromisów, wycofania się z terytoriów, negocjacji i współistnienia, permanentnej introspekcji. Jednocześnie nie wymaga się prawie niczego od strony, która spędziła ostatnie stulecie na odrzucaniu każdego porozumienia umożliwiającego obu narodom życie obok siebie.

To nie jest poważny fundament pod budowę pokoju. To doskonały grunt pod projekcję nienawiści do samego siebie.

Ironią losu jest to, że wartości żydowskie, na które powołuje się Ben-Ami, są autentyczne. Judaizm rzeczywiście uczy samokrytyki. Wymaga moralnej odpowiedzialności i kładzie nacisk na to, by władza była sprawowana w sposób etyczny.

Jednak te wartości nie nakazują Żydom ignorowania twardej rzeczywistości. Nie wymagają od Izraelczyków udawania, że konflikt zaczął się od osiedli, Netanjahu czy rzekomej „okupacji”. Nie nakazują one państwu żydowskiemu brania na siebie odpowiedzialności za każdą porażkę, każde odrzucenie rozmów i każdy akt przemocy popełniony przez tych, którzy za punkt honoru postawili sobie wymazanie Izraela z mapy.

Naprawdę szczera rozmowa o Izraelu musiałaby zacząć się od prostej obserwacji: ten konflikt trwa nie dlatego, że Żydzi zbudowali swoje państwo, ale dlatego, że zbyt wielu ludzi – w tym Jeremy Ben-Ami i jego organizacja – woli oczerniać państwo żydowskie przy każdej możliwej okazji, licząc podświadomie na to, że w końcu przestanie ono istnieć.

J Street nie jest szczera w kwestii Izraela

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.