
Joshua Hoffman
Od dziesięcioleci wmawia się nam, że Izrael jest całkowicie zależny od Ameryki. Historia pokazuje jednak coś zupełnie innego.
Za każdym razem, gdy amerykańska administracja wywiera presję na Jerozolimę, powraca ten sam znany argument: wmawia się Izraelowi, że nie ma innego wyboru, jak tylko się podporządkować, ponieważ jego los zależy od Stanów Zjednoczonych.
Argument ten zyskuje na sile zwłaszcza teraz, gdy Waszyngton prowadzi do znudzenia negocjacje z Islamską Republiką Iranu, sprawiając wrażenie zdesperowanego, byle tylko osiągnąć jakiekolwiek porozumienie z tamtejszym reżimem. Jeśli dojdzie do układu, który pozostawi infrastrukturę jądrową Iranu nienaruszoną, pozwoli Teheranowi odbudować gospodarkę lub po prostu odroczy zagrożenie zamiast je wyeliminować, Izraelczycy staną przed dramatycznym pytaniem: czy musimy to zaakceptować?
Odpowiedź brzmi: nie. Izrael nigdy nie był zależny od Ameryki w kwestii swojego przetrwania.
W rzeczywistości znaczną część historii tego kraju można postrzegać jako serię momentów, w których izraelscy przywódcy dochodzili do wniosku, że bezpieczeństwo ich narodu wymaga działania wbrew woli i pomimo sprzeciwu Waszyngtonu.
Granice amerykańskiego wsparcia
Wiele osób zakłada, że Stany Zjednoczone zawsze były niezachwianym patronem państwa żydowskiego. Historia pokazuje jednak coś innego.
Kiedy w 1948 roku nowoczesny Izrael ogłosił niepodległość, Stany Zjednoczone nałożyły embargo na dostawy broni na cały region. Dotknęło ono bezpośrednio nowo powstałe państwo, walczące o przetrwanie z przeważającymi armiami arabskimi. Amerykańscy urzędnicy obawiali się zrażenia do siebie arabskich rządów i chcieli zachować neutralność. Izrael i tak przetrwał.
W latach 50. głównym partnerem wojskowym Izraela nie były Stany Zjednoczone, lecz Francja. To nie z Waszyngtonu pochodziła broń, która pomogła zbudować potęgę Sił Obronnych Izraela (Cahal) – przybyła ona z Paryża.
Lekcja z 1956 roku
Podczas kampanii synajskiej w 1956 roku Izrael, Wielka Brytania i Francja rozpoczęły skoordynowaną operację przeciwko Egiptowi po tym, jak Gamal Abdel Naser znacjonalizował Kanał Sueski i zintensyfikował ataki fedainów. Stany Zjednoczone zareagowały ostro, zmuszając wszystkie trzy kraje do wycofania się. Waszyngton poparł stanowisko Egiptu w ONZ, a prezydent Dwight Eisenhower zagroził Izraelowi poważnymi konsekwencjami, jeśli ten pozostanie na Synaju. Izrael musiał ustąpić. Wniosek dla Jerozolimy był jasny: wsparcie amerykańskie ma swoje bardzo restrykcyjne granice.
Kilka lat później, w 1963 roku, doszło do kolejnego starcia. Prezydent John F. Kennedy był głęboko zaniepokojony izraelskim programem jądrowym. Zażądał inwazyjnych inspekcji i ostrzegł, że zaangażowanie Ameryki na rzecz bezpieczeństwa Izraela może zostać cofnięte. Izrael się oparł. Kolejne rządy umiejętnie lawirowały pod presją USA, chroniąc program w Dimonie i ostatecznie tworząc to, co stało się fundamentem strategicznego odstraszania kraju.
Gdyby izraelscy przywódcy uznali wówczas zielone światło od Ameryki za warunek konieczny do działania, Bliski Wschód wyglądałby dziś zupełnie inaczej.
Szacunek rodzi się z siły
Ten sam schemat powtórzył się w 1967 roku. Gdy Egipt zgromadził siły na Synaju i zablokował Cieśninę Tiran, Izrael zwrócił się do społeczności międzynarodowej. Reakcja Zachodu była paraliżująca – Waszyngton wzywał jedynie do „powściągliwości”. Widząc bezczynność sojusznika, Izrael przeprowadził uderzenie wyprzedzające. Wynikiem była wojna sześciodniowa, jedno z najbardziej spektakularnych zwycięstw militarnych w historii nowożytnej.
Jak na ironię, dopiero gdy Izrael zademonstrował przytłaczającą siłę, Ameryka zaczęła postrzegać go jako kluczowy atut strategiczny. Jak trafnie zauważył politolog Walter Russell Mead: Izrael nie stał się silny dzięki sojuszowi z Ameryką. Zyskał sojusz z Ameryką, ponieważ stał się silny. Ta różnica ma fundamentalne znaczenie.
Najbardziej dramatyczny przykład tego zjawiska miał miejsce w 1981 roku. Administracja Ronalda Reagana kategorycznie sprzeciwiła się decyzji Izraela o ataku na iracki reaktor jądrowy w Osiraku. Izraelscy przywódcy wiedzieli, że zniszczenie instalacji wywoła kryzys dyplomatyczny z Waszyngtonem, ale i tak wydali rozkaz do startu.
Świat natychmiast potępił Jerozolimę. Jednak dekadę później, gdy Saddam Husajn najechał Kuwejt, a USA stanęły na czele międzynarodowej koalicji, wielu amerykańskich urzędników po cichu przyznało, że Izrael zapobiegł koszmarowi: Bliskiemu Wschodowi z Saddamem wyposażonym w bombę atomową. Izrael znów najpierw zadziałał, a szacunek zdobył później.
Nawet historia izraelskiego programu nuklearnego to dowód narodowej determinacji, a nie amerykańskiej hojności. Projekt ten powstał dzięki tajnej współpracy z Francją, napędzanej uporem młodego Szimona Peresa, który potrafił lawirować między upadającymi rządami IV Republiki i ogromną presją geopolityczną.
Sojusz to nie zależność
Nic z tego nie umniejsza wartości relacji z USA. Ameryka zapewnia Izraelowi kluczową pomoc wojskową, osłonę dyplomatyczną w ONZ, współpracę wywiadowczą i dostęp do najnowocześniejszych technologii. Żaden poważny analityk tego nie neguje.
Jednak sojusz to nie zależność. Zależność oznacza sytuację, w której jedno państwo nie jest w stanie przetrwać bez drugiego. A to nie dotyczy Izraela. Państwo żydowskie istniało i wygrywało wojny na długo przed tym, zanim amerykańskie wsparcie stało się kluczowe. Izrael zbudował swój wywiad, potencjał nuklearny, przemysł obronny i potęgę technologiczną głównie własnymi siłami.
Historia uczy, że lokatorzy Białego Domu bardziej szanują izraelską niezależność niż ślepe posłuszeństwo. Za każdym razem, gdy Izrael twardo bronił swoich żywotnych interesów – w 1948, 1967 czy 1981 roku – ostatecznie umacniał swoją pozycję w oczach Waszyngtonu. Gdy okazywał wahanie, narażał się na naciski.
Ta rzeczywistość jest uderzająco aktualna dzisiaj. Reżim w Teheranie od pół wieku dąży do regionalnej hegemonii, oplatając Bliski Wschód siecią organizacji terrorystycznych. Dla Ameryki nuklearny Iran to problem geopolityczny; dla Izraela – egzystencjalny. Amerykańscy prezydenci patrzą na Bliski Wschód przez pryzmat globalnych interesów USA. Izraelscy premierzy muszą patrzeć na niego przez pryzmat fizycznego przetrwania swoich obywateli.
Kiedy te perspektywy się rozchodzą, przywódcy w Jerozolimie mają obowiązek, który wykracza poza dyplomatyczny komfort. Państwo żydowskie nie po to odzyskało suwerenność, by kluczowe decyzje o życiu i śmierci jego obywateli zapadały w obcych stolicach.
Nowa architektura Bliskiego Wschodu
W obliczu tektonicznych zmian w globalnej geopolityce, strategiczna przyszłość Izraela przestaje opierać się wyłącznie na jednej relacji dwustronnej. Na naszych oczach rodzi się nowa architektura regionalna, której filarami stają się Indie oraz państwa Zatoki Perskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Przez dziesięciolecia New Delhi trzymało Izrael na dystans, balansując między doktryną niezaangażowania z czasów zimnej wojny a nastrojami własnej, licznej mniejszości muzułmańskiej. Pełne stosunki dyplomatyczne nawiązano dopiero w 1992 roku. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 2017 roku wraz z historyczną wizytą Narendry Modiego w Izraelu. Modi wykonał wtedy bezprecedensowy gest: odwiedził Jerozolimę i Tel Awiw, całkowicie pomijając Ramallah, co zrywało z dotychczasowym, sztywnym protokołem dyplomatycznym Zachodu.
Podczas kolejnych spotkań Modi otwarcie deklarował w Knesecie: „Indie stoją po stronie Izraela z pełnym przekonaniem”, kończąc przemówienie symbolicznymi słowami „Am Yisrael Chai” oraz „Jai Hind”. To nie była pusta uprzejmość – to był sygnał o charakterze cywilizacyjnym.
Dziś oba kraje ściśle współpracują w obszarze technologii wojskowych, cyberbezpieczeństwa, sztucznej inteligencji oraz gospodarki wodnej. Kluczowym elementem tej osi jest korytarz IMEC (Indie–Bliski Wschód–Europa), mający połączyć Subkontynent Indyjski z Europą przez Emiraty, Arabię Saudyjską i Izrael. Projekt ten, stanowiący bezpośrednią alternatywę dla chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku, stawia Izrael w roli centralnego węzła logistycznego Eurazji. Indie – najludniejszy kraj świata i wschodząca potęga gospodarcza – stają się kluczowym partnerem Jerozolimy. Nie zastąpią one Ameryki z dnia na dzień, ale sam fakt, że taka alternatywa pojawia się na horyzoncie, pokazuje skalę globalnych zmian.
Równie głęboka transformacja zachodzi w samej Zatoce Perskiej. Kiedy w 2020 roku podpisywano Porozumienia Abrahama, krytycy twierdzili, że to fasadowy, transakcyjny układ elit, który legnie w gruzach przy pierwszym kryzysie.
Weryfikacja przyszła 7 października 2023 roku. Mimo wybuchu brutalnej wojny i eskalacji działań proirańskich bojówek, Zjednoczone Emiraty Arabskie nie zerwały stosunków. Przeciwnie – zacieśniły je. Według doniesień medialnych, w obliczu zagrożenia ze strony rakiet Huti, Izrael rozmieścił w ZAE baterię systemu Iron Dome wraz z własnym personelem wojskowym. Był to pierwszy przypadek operacyjnego użycia Żelaznej Kopuły poza granicami Izraela i USA. Jeden z emirackich urzędników miał podsumować to krótko: „To otworzyło nam oczy. Zobaczyliśmy, kim są nasi prawdziwi przyjaciele”. To już nie jest chłodna dyplomacja – to zachowanie realnego sojusznika.
ZEA budują z Izraelem relacje zupełnie inne niż te, które Jerozolima ma z Egiptem czy Jordanią. Otwarto kanały finansowe, potępiono akty terroru, a w emirackich szkołach i przestrzeni publicznej zaczęto oficjalnie upamiętniać Ofiary Holokaustu – co w świecie arabskim jest rzeczą bezprecedensową. Ponadpaństwowy blok łączący Indie, ZAE, Izrael i Jordanię staje się faktem, spajanym przez wspólne interesy: arabskie kraje chcą izraelskiej technologii i twardej siły militarnej, Izrael potrzebuje strategicznej głębi, Indie – bezpiecznej drogi do Europy, a Waszyngton wspiera ten układ, bo ogranicza on wpływy Chin i Iranu.
Podsumowanie
Największa ironia polega na tym, że sojusze Izraela zawsze zyskiwały na sile wtedy, gdy działał on jako suwerenne, podmiotowe mocarstwo, a nie jako potulny klient. Ameryka szanowała Jerozolimę bardziej po lekcji z 1967 i 1981 roku, a nie mniej. Indie i Zjednoczone Emiraty Arabskie zbliżyły się do Izraela dopiero wtedy, gdy udowodnił on swoją bezwzględną skuteczność militarną i technologiczną.
Narody nie szukają sojuszy ze słabymi i posłusznymi. Szukają sojuszy z silnymi i zdecydowanymi.
Jeśli Waszyngton podpisze z Teheranem porozumienie, które rządy w Jerozolimie uznają za śmiertelne zagrożenie, kluczowe pytanie nie będzie brzmieć, czy Izrael ma prawo się sprzeciwić. Pytanie będzie brzmieć, czy suwerenne państwo ma odwagę się bronić.
Ameryka pozostaje najbliższym partnerem Izraela, Indie wschodzącym filarem strategicznym, a Emiraty kluczowym zwornikiem regionalnym. Jednak ostateczne przetrwanie państwa żydowskiego zależy tylko od jednej rzeczy: od jego własnej woli i zdolności do walki. Tak było zawsze i nic się w tej kwestii nie zmieniło.
Izrael przetrwał bez wsparcia Ameryki. Przetrwa też po nim.
Kategorie: Uncategorized

