Uncategorized

Koniec przepraszania za samoobronę

Vanessa Berg

Ratowanie życia Żydów nie może ulegać dyktatowi fałszywej empatii.

„Kiedy ostatnio byłeś w Izraelu?” – zapytał ktoś niedawno podczas żydowskiego spotkania.

„Tuż przed 7 października” – odpowiedział ktoś inny.

„A ja byłem tam niedawno” – dodał ktoś trzeci.

„O rany, teraz musi być tam naprawdę ciężko. Mam na myśli całą tę sytuację – wojnę z Iranem, walki w Strefie Gazy i cierpienie Palestyńczyków”.

I oto mamy pełen obraz: rozmowa między Żydami na temat Izraela nie trwała nawet pół minuty, zanim ktoś poczuł przemożną potrzebę, by wspomnieć o „Palestyńczykach”.

Nie o izraelskich rodzinach, które wciąż mierzą się z konsekwencjami wydarzeń z 7 października. Nie o wysiedlonych społecznościach. Nie o poległych i rannych żołnierzach Sił Obronnych Izraela. Nie o bliskich, którzy spędzili miesiące i lata, czekając na powrót zakładników. Nie o globalnej fali antysemityzmu. Nie o żydowskich szkołach, synagogach, firmach i ośrodkach społecznych, które funkcjonują dziś w warunkach zaostrzonego rygoru bezpieczeństwa.

O „Palestyńczykach”.

Ten odruch stał się wśród Żydów tak powszechny, że niemal przestaliśmy go zauważać. Nie potrafimy rozmawiać o własnym cierpieniu bez natychmiastowego przywoływania cierpienia kogoś innego, by je zrelatywizować. Nie potrafimy bronić Izraela bez uprzedniego udowadniania, jak fatalnie czujemy się z tym, do czego zmusili go wrogowie. Nie potrafimy opłakiwać naszych zmarłych bez pośpiesznego zapewniania świata, że opłakujemy również ludzi po drugiej stronie.

Problem leży nie w samej empatii, lecz w tym, jak Żydzi zostali nauczeni z nią postępować.

Zbyt wielu z nas nie tylko odczuwa współczucie dla Palestyńczyków, ale wręcz wykorzystuje ich cierpienie do osłabiania własnej pewności moralnej. Traktują empatię jako dowód na to, że Izrael musi się mylić, żydowska siła jest czymś niebezpiecznym, a przetrwanie Żydów staje się moralnie podejrzane w chwili, gdy wiąże się z jakimikolwiek kosztami.

To nie jest empatia. To moralne rozbrojenie.

Palestyńczycy cierpieli – czasem z winy Izraela, ale przede wszystkim z rąk własnych rządów i polityków. Żadna poważna osoba nie musi temu zaprzeczać. Wojna jest przerażająca. Cierpią w niej niewinni ludzie, a dzieci dziedziczą konflikty, których nie wywołały. Rodziny tracą domy, bezpieczeństwo i bliskich. Nic z tego nie powinno być świętowane, bagatelizowane ani zbywane milczeniem.

Jednak samo uznanie cierpienia nie odpowiada na kluczowe pytania.

Kto stworzył warunki, które do niego doprowadziły? Kto wybrał wojnę? Kto od XIX wieku konsekwentnie odrzuca ideę współistnienia? Kto uczynił ze społeczeństwa cywilnego militarną fortecę? Kto uznał, że atak na Izrael jest wart przewidywalnych konsekwencji dla palestyńskiej ludności cywilnej? Kto wreszcie nadal traktuje cierpienie Palestyńczyków nie jako tragedię, której należy zapobiegać, lecz jako broń wymierzoną w Izrael?

Współczucie mówi nam, że cierpienie ma znaczenie, ale nie wskazuje, kto ponosi za nie odpowiedzialność. Tymczasem wielu Żydów utożsamia te dwie kwestie.

Widzą cierpiącego Palestyńczyka (którego zdjęcie równie dobrze może być mistyfikacją, co wielokrotnie udowadniano) – i dochodzą do wniosku, że Izrael musiał postąpić niesprawiedliwie. Widzą zniszczony budynek w Strefie Gazy (który najpewniej służył jako infrastruktura terrorystyczna) – i wyciągają ten sam wniosek. Widzą płaczącą Palestynkę (której mąż prawdopodobnie znajduje się na liście płac Hamasu lub Palestyńskiego Dżihadu Islamskiego) – i natychmiast obwiniają Izrael.

Samo cierpienie staje się dowodem winy – i jest to miara, której nie stosuje się wobec żadnego innego narodu.

Kiedy Wielka Brytania bombardowała nazistowskie Niemcy, cierpienie niemieckiej ludności cywilnej nie zamieniło z mocą wsteczną Brytyjczyków w agresorów. Kiedy Stany Zjednoczone walczyły z ISIS, cierpienie cywilów nie zatarło różnicy między demokratycznym państwem a ludobójczą organizacją terrorystyczną. Kiedy Ukraina się broni, żaden poważny obserwator nie twierdzi, że jej prawo do obrony zależy od gwarancji, iż żaden rosyjski cywil nie ucierpi.

Tylko od Izraelczyków – a w zasadzie od Żydów – oczekuje się prowadzenia wojny, w której cywile wroga pozostaną całkowicie nietknięci. A gdy wykonanie tego niemożliwego zadania okazuje się niewykonalne, oczekuje się od nas przeprosin za samo istnienie Izraela.

Najbardziej niewygodny fakt w tej dyskusji jest zarazem najbardziej kluczowy: żydowska empatia wobec Palestyńczyków w przeważającej mierze nie spotyka się z wzajemnością.

Nie oznacza to, że żaden Palestyńczyk nigdy nie współczuł Izraelczykowi, ani że każdy Palestyńczyk popiera Hamas czy terroryzm. Społeczeństwo palestyńskie nie jest monolitem, jednak postawy polityczne to nie jedyny wyznacznik jego kultury moralnej.

Sondaż przeprowadzony w 2024 roku przez Palestyńskie Centrum Badań Politycznych i Ankietowych (PSR) wykazał, że dwie trzecie respondentów uznało decyzję Hamasu o ataku z 7 października za słuszną. Ponad 90% stwierdziło, że nie wierzy, by Hamas dopuścił się wówczas okrucieństw na izraelskich cywilach. Choć sam instytut zaznaczył, że poparcie dla ataku nie musi oznaczać aprobaty dla każdego popełnionego czynu, tej głębokiej asymetrii moralnej nie da się zignorować.

Społeczeństwo palestyńskie od dziesięcioleci poddawane jest presji instytucji, mediów, ruchów politycznych, autorytetów religijnych i systemu edukacji, które przedstawiają cierpienie Izraelczyków jako zasłużone, sfabrykowane, nieistotne lub strategicznie użyteczne.

Po wydarzeniach z 7 października po stronie palestyńskiej nie doszło do żadnego rozliczenia. Nie powstał żaden masowy ruch domagający się moralnej odpowiedzialności za los izraelskich cywilów ani bunt przeciwko gloryfikacji morderców. Nie ma palestyńskiego odpowiednika dla niezliczonych żydowskich organizacji, pisarzy, rabinów czy aktywistów, których głównym celem jest publiczne wyrażanie troski o drugą stronę.

To nie znaczy, że każdy Palestyńczyk jest winny. Powinno to jednak skłonić Żydów do pytania: dlaczego uważamy, że empatia ma działać wyłącznie w jedną stronę?

Dlaczego moralność Żydów mierzy się zdolnością do odczuwania palestyńskiego bólu, podczas gdy od Palestyńczyków rzadko wymaga się współczucia dla nas? Dlaczego Izraelczycy mają rozumieć palestyńską wściekłość, a od Palestyńczyków nie oczekuje się zrozumienia izraelskiego lęku? Dlaczego palestyńską przemoc trzeba zawsze widzieć w kontekście, a żydowską samoobronę z tego kontekstu się wyrywa? Dlaczego nienawiść Palestyńczyków uznaje się za naturalny produkt historii, a gniew Żydów za skazę moralną?

Prezydent Izraela Isaac Herzog trzyma arabskie wydanie książki Adolfa Hitlera „Mein Kampf”, znalezione przy ciele palestyńskiego bojownika w Strefie Gazy. (Źródło: Kancelaria Prezydenta Izraela)

Wielu Żydów uważa, że manifestowanie współczucia dla Palestyńczyków dowodzi ich moralnej wyższości. Ma to świadczyć o braku zacietrzewienia, „oświeceniu” i odróżniać ich od tych rzekomo zbyt agresywnych, nacjonalistycznych Żydów, za których się wstydzą.

Czasami ta empatia jest szczera, czasami na pokaz – a najczęściej jedno i drugie naraz.

Jednak o dojrzałości moralnej nie decyduje tempo, w jakim okazujemy współczucie drugiej stronie, lecz to, czy to współczucie objaśnia rzeczywistość, czy ją zaciemnia. Lekarz, który współczuje choremu, ale odmawia podjęcia leczenia, nie jest empatyczny. Rodzic, który z obawy przed stresowaniem dziecka pozwala mu na destrukcyjne zachowania, nie okazuje miłości. Państwo, które pozwala atakować swoich obywateli z lęku przed wyrządzeniem krzywdy agresorowi, nie jest humanitarne – to zwykłe zaniedbanie obowiązków.

Istnieje zasadnicza różnica między smutkiem wynikającym z konieczności prowadzenia wojny a poczuciem winy z powodu jej toczenia. Pierwsze uczucie jest ludzkie; drugie bywa śmiertelne.

Izraelskie Siły Obronne (IDF), zgodnie z oficjalną doktryną, stosują wszelkie dostępne środki, by chronić cywilów. Prowadzą śledztwa w sprawie naruszeń i karzą za nadużycia. Pozostają moralnie odpowiedzialne nie dlatego, że świat wymaga od Żydów doskonałości, ale dlatego, że żydowska siła opiera się na żydowskich wartościach.

Nic z tego nie wymaga jednak udawania, że tragedia w Gazie zaczęła się dopiero wraz z odpowiedzią Izraela.

Zaczęła się znacznie wcześniej – gdy palestyńscy przywódcy po raz kolejny przedłożyli dążenie do zniszczenia Izraela nad budowę własnego państwa. Pogłębiła się, gdy arabskie i muzułmańskie reżimy postanowiły cynicznie wykorzystywać ten konflikt do własnych celów geopolitycznych. Przekształciła się w katastrofę, gdy Hamas i Palestyński Dżihad Islamski zrobili z Gazy bastion islamistycznego terroru, a sam Hamas rozpętał piekło 7 października, mając pełną świadomość konsekwencji dla własnych mieszkańców.

Nie każdy Palestyńczyk podejmował te decyzje, tak jak nie każdy Izraelczyk ma wpływ na politykę swojego państwa. Jednak najbardziej okrutna prawda polega na tym, że cierpienie palestyńskich cywilów nie jest jedynie ubocznym skutkiem działań Hamasu, Autonomii Palestyńskiej czy OWP.

To cierpienie stanowi fundament ich strategii. Jak to się określa w branży technologicznej – to nie błąd w systemie, to jego główna funkcja.

Hamas nie jest w stanie pokonać Izraela militarnie. Może jednak stworzyć sytuację, w której Izrael stanie przed dylematem: chronić własnych obywateli czy dbać o międzynarodową reputację. Schemat jest stary: zaatakować Izrael, ukryć się za plecami cywilów, sprowokować odpowiedź, zmonetyzować medialnie cierpienie Palestyńczyków i czekać, aż świat zapomnie, kto ten cykl rozpoczął.

Im silniej Izrael się broni, tym więcej drastycznych obrazów trafia do mediów. Im więcej obrazów, tym większa presja dyplomatyczna. A im większa presja, tym większa szansa, że Hamas przetrwa i powtórzy ten atak w przyszłości.

Poczucie winy u Żydów nie jest więc przypadkową reakcją na te obrazki – jest precyzyjnie zaplanowanym celem tej strategii.

Hamas nie musi przeciągnąć każdego Żyda na swoją stronę. Wystarczy mu odpowiednio duża grupa tych, którzy zaczną się wahać, żądać wstrzymania walk przed rozbiciem terrorystów i przedkładać komfort psychiczny Palestyńczyków nad bezpieczeństwo Żydów.

Najbardziej zagorzali orędownicy empatii w społeczności żydowskiej często wierzą, że występują w roli bezstronnych sędziów moralnych. To iluzja. Kiedy ich postawa służy do krępowania rąk Izraelowi, podczas gdy od strony palestyńskiej nie wymaga się niczego, stają się aktywnymi uczestnikami tego konfliktu – tylko po niewłaściwej stronie.

Dzieci w Strefie Gazy podczas szkolenia wojskowego na „obozie letnim” zorganizowanym przez Hamas. (Zdjęcie: Hamas)

Ta obsesja publicznego opłakiwania Palestyńczyków byłaby mniej groteskowa, gdyby los samych Żydów był bezpieczny. Ale nie jest.

Liga Przeciwko Zniesławieniu (ADL) odnotowała w 2025 roku w USA aż 6 274 incydenty antysemickie – średnio 17 dziennie. Choć oznacza to spadek w porównaniu do rekordowego roku 2024, wciąż jest to trzeci najgorszy wynik od rozpoczęcia pomiarów w 1979 roku.

Żydzi na całym świecie są zastraszani, atakowani i obwiniani za wydarzenia oddalone o tysiące kilometrów. Instytucje żydowskie wymagają uzbrojonej ochrony nie z powodu historycznej traumy, ale z powodu realnego, współczesnego zagrożenia. A mimo to podczas żydowskich spotkań wciąż czujemy przymus udowadniania, jak bardzo troszczymy się o Palestyńczyków.

Wyobraźmy sobie podobne zachowanie w jakiejkolwiek innej grupie.

Czy na spotkaniu społeczności ormiańskiej po dyskusji o zagrożeniu państwa ktoś przerwałby rozmowę, by ubolewać nad losem Azerów? Czy na ukraińskim zgromadzeniu pierwszą reakcją na temat rosyjskiej agresji byłaby troska o trudne położenie obywateli Rosji? Czy na spotkaniu poświęconym przemocy wobec kobiet uczestniczki natychmiast zapewniałyby o swoim współczuciu dla sprawców ponoszących konsekwencje prawne?

Odbiorcy natychmiast dostrzegliby w tym absurdu. Tylko Żydzi uczynili z umniejszania własnego cierpienia rytuał moralny.

Nikt rozsądny nie nawołuje do okrucieństwa. Żydzi nie czerpią satysfakcji z cierpienia cywilów, nie wyzekają się wrażliwości ani nie pozwalają, by nienawiść wypaczyła ich stosunek do ludzkiego życia.

Jednak empatia musi mieć swoje granice. Można współczuć palestyńskim cywilom bez bezkrytycznego przyjmowania ich narracji. Można opłakiwać śmierć niewinnych bez udawania, że Izrael dążył do tej wojny. Można krytykować poszczególne decyzje taktyczne bez podważania sensu całej operacji. Można wymagać od Izraela najwyższych standardów etycznych bez żądania narodowego samobójstwa. I można mieć nadzieję na lepszą przyszłość Palestyńczyków, rozumiejąc, że jej zbudowanie zależy niemal w całości od nich samych.

Przede wszystkim zaś mamy prawo rozmawiać o własnym cierpieniu bez konieczności równego dzielenia uwagi z cierpieniem innych tylko po to, by uzyskać społeczną aprobatę. Mamy prawo opłakiwać naszych bliskich, bać się o przyszłość i stawiać bezpieczeństwo Żydów na pierwszym miejscu. Mamy prawo głośno mówić, że koszty wojny nie niwelują racji, dla których musi być ona prowadzona.

Problem nie tkwi w nadmiarze empatii – ona zawsze była jedną z naszych największych zalet i kształtowała żydowską etykę. Problem zaczyna się wtedy, gdy empatia zostaje odarta z umiejętności właściwego osądu.

Empatia pozbawiona osądu nie odróżnia ofiary od agresora. Empatia wyprana z odpowiedzialności nagradza tych, którzy wywołują cierpienie. A empatia pozbawiona granic uczy Żydów, że chronić należy każdego – poza nami samymi.

Na tym polega błąd tych, którzy bezrefleksyjnie ulegają tej presji: nie na tym, że dostrzegają człowieczeństwo w Palestyńczykach, ale na tym, że uwierzyli, iż wymaga to wyrzeczenia się własnego.

Koniec przepraszania za samoobronę


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.