Autor Yama. B

Jeśli chcesz zrozumieć, dlaczego Bliski Wschód tkwi w niekończącym się cyklu przemocy – a, co ważniejsze, dlaczego wciąż jestem singlem wystarczy, że przyjrzysz się aplikacjom randkowym, takim jak Tinder, Bumble czy Hinge.
Mówi się nam, że aplikacje to randkowe to cyfrowi amorkowie mający uleczyć naszą samotność – dokładnie tak samo, jak wmawia się nam, że pewne instytucje polityczne istnieją po to, by zaprowadzić pokój. To piękne kłamstwo. W rzeczywistości aplikacje randkowe są skrupulatnie zaprojektowanymi grami kasynowymi, których celem jest monetyzowanie naszych samotnych nocy. Aplikacja randkowa, która faktycznie pomaga znaleźć partnera na całe życie, traci płacącego subskrybenta.
Z punktu widzenia przychodów firmy szczęśliwe, trwałe małżeństwo jest katastrofalną awarią systemu. Inżynierowie nie stworzyli więc silnika miłości; stworzyli pożywkę dla chronicznej nadziei. Algorytm jest precyzyjnie dostrojony, by utrzymywać cię w stanie nieustannego romantycznego głodu – podaje ci tylko tyle okruchów wywołujących dopaminę, by powstrzymać cię przed usunięciem aplikacji, jednocześnie ukrywając twoją prawdziwą „bratnią duszę” za płatną barierą premium albo za pięciuset przesunięciami palca w wyczerpującej, zdawkowej pogawędce.
Konflikt na Bliskim Wschodzie opiera się na dokładnie tej samej logice. Inwestujesz. Sporządzasz porozumienia. Wysyłasz delegacje do Oslo, Camp David, Annapolis i Szarm el-Szejk. Oferujesz ustępstwo za ustępstwem – ziemię, suwerenność, wspólne miejsca święte, miliardy w ramach pomocy – i przez jedną błyskotliwą chwilę wydaje się, że to może być właśnie ten moment, by trzymając się za ręce, popłynąć w stronę zachodzącego słońca nad Morzem Śródziemnym. A potem, jak w zegarku, wszystko się załamuje. Znowu zaczynają latać rakiety, znowu zaczynają się pogrzeby. Cała ta wyczerpana machina wraca do punktu wyjścia, by za kolejną dekadę wszyscy mogli zacząć wszystko od nowa – z kolejnym szczytem, kolejnym uściskiem dłoni do zdjęć i kolejną rundą dokładnie tych samych obietnic.
A co, jeśli powiem wam, że to nie jest pech? A co, jeśli powiem wam, że to nawet nie jest prawdziwa porażka – bo porażka sugeruje, że ktoś faktycznie próbował odnieść sukces? A co, jeśli zamiast tego w centrum każdego z tych załamań od prawie osiemdziesięciu lat stoi jedna instytucja – taka, której cały budżet, personel i mandat zależą od tego, by ten konflikt nigdy się nie zakończył? Ma swoją nazwę, siedzibę w Nowym Jorku oraz stałą, samozwańczą rolę bezstronnego sędziego ognia, który sama po cichu podsyca.
Prawdopodobnie przez całe życie zakładaliście, że organizacja ta stara się zakończyć konflikt na Bliskim Wschodzie. W tym artykule pokażę wam jednak dokładnie, w jaki sposób ONZ, działając ręka w rękę z państwami arabskimi, od osiemdziesięciu lat sabotuje proces pokojowy – porozumienie po porozumieniu, pokolenie po pokoleniu.
Jeśli macie zapamiętać cokolwiek z moich poprzednich artykułów, niech będzie to właśnie to: Brytyjczycy złożyli dokładnie tę samą obietnicę wszystkim – Arabom, Francuzom i Żydom – w odniesieniu do tego samego terytorium, w ciągu zaledwie trzech lat. Przez trzydzieści lat Wielka Brytania próbowała utrzymać kontrolę nad bałaganem, który sama stworzyła. Nie poszło najlepiej: powstanie arabskie w latach 30., a następnie żydowski ruch oporu w latach 40. Wielka Brytania postąpiła tak, jak postępują wyczerpane imperia, gdy kończą im się ruchy: zrezygnowała. Przekazała cały ten bałagan zupełnie nowemu organowi międzynarodowemu, który miał wówczas zaledwie dwa lata – Organizacji Narodów Zjednoczonych – i odeszła.
Dowód A: Akt urodzenia ONZ
ONZ wysłała śledczych. Na terytorium oddelegowano specjalną komisję UNSCOP, złożoną z przedstawicieli jedenastu krajów, aby na własne oczy zobaczyli, co dzieje się na miejscu, i zaproponowali dalsze działania. Po miesiącach przesłuchań i wizyt w terenie większość członków komisji doszła do jednego wniosku: podział. Dwa państwa – jedno żydowskie, jedno arabskie.
29 listopada 1947 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ nie tylko przyjęło tę rekomendację i odłożyło ją do akt. Przeprowadziło nad nią głosowanie: 33 głosy za, 13 przeciw, 10 wstrzymujących się. Przyjęto ją jako Rezolucję nr 181 – i to jest szczegół, nad którym chcę, abyście się zatrzymali, ponieważ stanowi on punkt zwrotny całej tej argumentacji:
- To nie był kolonializm.
- Nie były to dwa europejskie mocarstwa kreślące granice na mapie w zaciszu gabinetu – tak jak zrobiły to Wielka Brytania i Francja w 1916 roku, gdy potajemnie podzieliły między siebie Bliski Wschód, nie zważając na żyjących tam ludzi.
To była sama Organizacja Narodów Zjednoczonych – ta sama instytucja, która przez następne osiemdziesiąt lat będzie potępiać Izrael przy każdej okazji – stojąca przed całym światem i formalnie głosująca za rekomendacją utworzenia państwa żydowskiego. Ta sama instytucja nazywa dziś tamtą decyzję aktem kolonializmu. To nie był kolonializm. To była własna rezolucja ONZ.
Jak więc organizacja, która sama zaleciła rozwiązanie dwupaństwowe, obserwowała, jak Izrael z radością je przyjmuje (mimo że otrzymał mniejszą połowę terytorium), a następnie widziała, jak pięć armii arabskich próbuje zdusić to nowo narodzone państwo w kołysce, może dziś umywać ręce? Zero odpowiedzialności. Zero pamięci. Po prostu bezczelne przepisywanie własnej historii.
Właśnie to prześledzimy krok po kroku: jak jedyny organ, który przegłosował powstanie państwa żydowskiego, przekształcił się w jedną z najbardziej skompromitowanych instytucji na świecie.
Dowód B: Nieobecność we własnej sali porodowej
Głosowanie odbyło się 29 listopada 1947 roku. To, co wydarzyło się w ciągu następnych osiemnastu miesięcy, sprawia, że historia ONZ zaczyna być naprawdę interesująca.
Przegłosowała podział, a potem po prostu się wycofała. Nie wysłano żadnych sił pokojowych, by wyegzekwować przyjętą właśnie rezolucję. Nie istniał żaden mechanizm, który powstrzymałby falę przemocy wybuchłą w ciągu kilku godzin od głosowania ani inwazję pięciu armii po ogłoszeniu przez Izrael niepodległości 14 maja 1948 roku. ONZ wypisała receptę, po czym wyszła z pokoju, gdy pacjent niemal wykrwawiał się na śmierć.
ONZ przyglądała się z Nowego Jorku, jak Izrael przez cały rok samotnie walczy o przetrwanie – bez żadnego wsparcia wojskowego czy dyplomatycznego ze strony organizacji, która przed chwilą powołała go do życia na papierze. Kiedy Izrael wygrał, ONZ po prostu przyjęła nową rzeczywistość do wiadomości.
11 maja 1949 roku ONZ przegłosowała przyjęcie Izraela w poczet członków, sankcjonując granice, które Izrael wywalczył i utrzymał na polu bitwy, a które wykraczały poza pierwotne linie podziału. Warto się nad tym zadumać: uznanie ze strony ONZ było następstwem wyniku wojny, a nie na odwrót. Głosowanie nie było ze strony ONZ ochroną legitymizacji, którą sama przyznała – było jedynie nadrabianiem zaległości wobec faktu, który Izrael dokonał już bez jej pomocy.
Dowód C: Jak ONZ doprowadziła do trwałego konfliktu
Zmieniono definicję „uchodźcy”
Każda populacja uchodźców na świecie jest definiowana przez ONZ w ten sam sposób: jako osoba, która uciekła przed prześladowaniami i nie znalazła jeszcze trwałego domu. Z wyjątkiem jednej. Dla „palestyńskich Arabów” – i wyłącznie dla nich – ONZ stworzyła specjalną definicję: każdy, kto miał „stałe miejsce zamieszkania” w Palestynie przez zaledwie dwa lata przed wojną z 1948 roku i kto stracił dom oraz źródło utrzymania w wyniku tego konfliktu. Żadnej innej grupie ludności nie przyznano odrębnej kategorii prawnej, skrojonej pod jeden konkretny konflikt i skalibrowanej tak, by objąć jak największą liczbę osób.
Dlaczego ONZ stworzyła specjalną definicję tylko dla tej jednej grupy?
Oto szczegół, który zazwyczaj się pomija: w 1950 roku ONZ utworzyła UNHCR – swoją globalną agencję ds. uchodźców. W 1951 roku świat ratyfikował Konwencję dotyczącą statusu uchodźców, czyli jednolitą, uniwersalną definicję mającą zastosowanie do wszystkich, wszędzie i na zawsze. Był to idealny moment, by włączyć sprawę Palestyńczyków do tego samego systemu, co w przypadku każdej innej wysiedlonej ludności na ziemi.
Państwa arabskie to zablokowały. Oficjalnie i z rozmysłem nalegały, by Palestyńczyków wykluczyć z ram UNHCR i pozostawić pod odrębnym, dedykowanym mandatem UNRWA. Po co walczyć o to, by własny naród pozostał poza dobrze finansowanym, profesjonalnie zarządzanym i międzynarodowo standaryzowanym systemem, na rzecz mniejszej, osobnej agencji?
W ramach UNHCR Palestyńczycy byliby po prostu kolejną przesiedloną grupą – zarejestrowaną, zaopiekowaną, osiedloną i z czasem wykreśloną z rejestrów, tak jak każdy inny kryzys uchodźczy przed nimi i po nich. Zamiast tego, trzymani w odosobnieniu pod specjalnym mandatem, nieodpowiadający przed nikim i niemierzeni żadnym uniwersalnym standardem, stali się dokładnie tym, czego potrzebowała Liga Arabska: nie narodem, lecz wieczną kartą przetargową – żywą, rosnącą, finansowaną z międzynarodowych funduszy pretensją z nazwą „Izrael” przypiętą na stałe niezmywalnym atramentem. ONZ nie stworzyła przypadkowo odrębnej kategorii prawnej dla jednej grupy. Została o to poproszona przez państwa, które miały najwięcej do zyskania na ranie, która nigdy się nie goi – i zgodziła się bez mrugnięcia okiem.
Dziedziczny status uchodźcy
Zwróćcie uwagę na kolejny krok: ONZ w dwóch odrębnych decyzjach sprawiła, że status uchodźcy stał się dziedziczny na zawsze – i znów dotyczy to wyłącznie Palestyńczyków.
- UNHCR pozbawia statusu uchodźcy w momencie, gdy dana osoba otrzymuje nowy paszport, nowe mieszkanie lub układa sobie życie na nowo.
- UNRWA postąpiła dokładnie odwrotnie – dwukrotnie i z pełną świadomością. W 1965 roku rozszerzyła uprawnienia na wnuki pierwotnych uchodźców z 1948 roku. Z kolei w 1982 roku rozszerzyła je ponownie – na wszystkich potomków w linii męskiej w nieskończoność, bez względu na to, czy posiadają obywatelstwo innego kraju.
Zastanówcie się nad tą ostatnią kwestią, bo to szczegół, który obnaża cały absurd sytuacji: obywatelstwo innego kraju nie znosi tego statusu. Przechodzi on z pokolenia na pokolenie jak tytuł szlachecki. I tak oto dochodzimy do sytuacji, w której supermodelka Bella Hadid – córka miliardera z branży nieruchomości, wychowana w Malibu, stała bywalczyni Met Gala i posiadaczka amerykańskiego paszportu od urodzenia – zgodnie z przepisami UNRWA formalnie kwalifikuje się jako „palestyńska uchodźczyni” tylko dlatego, że jej ojciec uciekł w 1948 roku. Nie jest przesiedlona. Nie jest bezpaństwowcem. Nie potrzebuje ani jednej torby mąki z pomocy humanitarnej. A jednak pozostaje „uchodźczynią” z mocy dziedziczonego prawa.
Po co tworzyć jedyny na świecie dziedziczny status uchodźcy – i to tak szeroki, że obejmuje nawet dziedziczkę z Bel Air?
Ponieważ kryzys uchodźczy, który samoczynnie napędza się z pokolenia na pokolenie, staje się problemem wiecznym – a wiecznych problemów się nie rozwiązuje. Problemy wieczne po prostu się nadzoruje, finansuje i obsadza personelem bez końca. Wystarczy sprawdzić, kto faktycznie naciskał na te zmiany w 1965 i 1982 roku. Nie byli to księgowi UNRWA martwiący się o brak pracy. Był to ten sam blok polityczny, który dekadę wcześniej walczył o wykluczenie Palestyńczyków ze zwykłego systemu uchodźczego – bo malejący problem to broń, która rdzewieje, a oni nie mieli zamiaru jej odkładać.
Nie miejcie wątpliwości, komu naprawdę służy UNRWA. Nigdy nie została stworzona po to, by wspierać proces pokojowy. Została powołana, rozbudowana i jest utrzymywana przy życiu na życzenie Ligi Arabskiej – na jej warunkach i dla jej celów. UNRWA nie pracuje dla Palestyńczyków, których rzekomo reprezentuje. Pracuje dla państw, które od siedemdziesięciu pięciu lat dbają o to, by ci Palestyńczycy nigdy nie przestali jej potrzebować.
W kwietniu 1952 roku, zaledwie trzy lata po powstaniu UNRWA, generał Sir Alexander Galloway – ówczesny dyrektor UNRWA w Jordanii – obnażył tę brutalną prawdę wobec wizytującej delegacji amerykańskich duchownych:
„Jest całkowicie jasne, że państwa arabskie nie chcą rozwiązać problemu uchodźców. Chcą utrzymać go jako otwartą ranę, jako zniewagę wobec Organizacji Narodów Zjednoczonych i jako broń przeciwko Izraelowi. Arabscy przywódcy mają gdzieś, czy ci uchodźcy żyją, czy umierają”.
Alexander Galloway nazwał tę strategię po imieniu z samego wnętrza instytucji. Geopolityczny cel państw arabskich był czytelny: poświęcić prawa i godność setek tysięcy ludzi, zamieniając ich w nieskończoną amunicję demograficzną skierowaną przeciwko jedynemu państwu żydowskiemu.
Dowód D: Matematyka sfabrykowanego kryzysu
Słowa Gallowaya nie były incydentalną wpadką. To była oficjalna praktyka, co dobitnie potwierdzają liczby:
- 1949 rok: Mandatem UNRWA objętych było około 700 000 osób.
- Obecnie: W rejestrach UNRWA widnieje niemal 5,9 miliona „uchodźców” – to niemal dziewięciokrotny wzrost, osiągnięty nie w wyniku nowych przesiedleń, ale za pomocą aktów urodzenia.
Żadna inna populacja uchodźców na świecie nie funkcjonuje według tych reguł. Wnuk wietnamskiego uchodźcy urodzony w Kalifornii jest Amerykaninem. Wnuk uchodźcy z Rwandy urodzony w Belgii jest Belgiem. Tylko potomkowie arabskich uchodźców z 1948 roku pozostają zamrożeni w czasie jako „uchodźcy” z wojny, która zakończyła się, zanim na świat przyszli ich dziadkowie. Często żyją zaledwie kilka kilometrów od miejsc, w których stali ich pradziadkowie – w obozach i szkołach zarządzanych przez UNRWA, czekając na „powrót” do kraju, w którym większość z nich nigdy nie postawiła stopy.
Dowód E: Instytucja uczy się głosować
W połowie lat 50. ONZ przestała być jedynie sceną dyplomatyczną, a stała się orężem. Fala dekolonizacji opróżniła europejskie imperia i zapełniła Zgromadzenie Ogólne dziesiątkami nowych państw arabskich i muzułmańskich. Wiele z nich wyrosło z ruchów antykolonialnych, które uczyniły ze sprawy palestyńskiej swój mit założycielski. Każde nowe krzesło oznaczało kolejny głos. A każdy głos padał w tej samej sprawie i w tym samym kierunku.
W 1967 roku, po przegranej wojnie sześciodniowej, przywódcy Ligi Arabskiej spotkali się w Chartumie. Nie było przeprosin, nie było chęci do negocjacji. Ogłosili słynne „Trzy razy NIE”:
- NIE dla pokoju z Izraelem.
- NIE dla negocjacji z Izraelem.
- NIE dla uznania Izraela.
Przez trzydzieści pięć lat była to oficjalna doktryna Ligi Arabskiej. Reakcja ONZ na to jawne, zbiorowe odrzucenie ścieżki pokojowej? Żadna. Zero potępień, zero rezolucji, zero konsekwencji.
Za to od 2006 roku Rada Praw Człowieka ONZ uchwaliła aż 112 rezolucji potępiających Izrael – więcej niż wobec Syrii, Iranu, Rosji i Wenezueli razem wziętych. W tym samym czasie ta sama rada nie uchwaliła ani jednej rezolucji potępiającej Hamas czy Hezbollah. W latach 2015–2024 Zgromadzenie Ogólne przyjęło 173 rezolucje wymierzone w Izrael i zaledwie 80 przeciwko wszystkim innym krajom świata łącznie. W samym tylko 2024 roku: 17 przeciwko Izraelowi, 6 przeciwko reszcie globu.
Zatrzymajcie się i przeliczcie to spokojnie. Czy naprawdę wierzycie, że dziesięciomilionowy Izrael odpowiada za więcej naruszeń praw człowieka niż północnokoreańskie gułagi, chińskie obozy dla Ujgurów, syryjska broń chemiczna i publiczne egzekucje w Iranie skumulowane razem?
Nikt w to nie wierzy. I nikt nie musi. Ta machina nie działa na zasadzie prawdy, lecz arytmetyki bloku głosującego: 57 państw Organizacji Współpracy Islamskiej plus 22 członków Ligi Arabskiej daje gwarantowaną większość w każdym głosowaniu, bez względu na fakty. W skład tego bloku wchodzą reżimy, gdzie homoseksualizm karze się śmiercią, a mimo to raz za razem potępiają one jedyne państwo w regionie, w którym odbywają się parady równości. Nigdy nie chodziło tu o pokój ani o prawa człowieka. To maszynka do głosowania stworzona w jednym celu – i do działania nigdy nie potrzebowała uczciwości.
Dowód F: Maszyna nadaje sobie nazwę
10 listopada 1975 roku ONZ przyjęła dwie rezolucje za jednym zamachem:
- Pierwsza uznała syjonizm za Formę rasizmu (świat tak bardzo się tego wstydził, że wycofał się z niej szesnaście lat później).
- Druga powołała stały Komitet ds. Wykonywania Niezbywalnych Praw Narodu Palestyńskiego – i z tej rezolucji nie wycofano się nigdy.
Różnica polega na tym, że standardowe misje ONZ mają z założenia wygasać po rozwiązaniu problemu. Ten komitet zaprojektowano jednak tak, by odnawiał się w nieskończoność. To posada bez mety – bo dzień, w którym sprawa zostanie zamknięta, będzie dniem likwidacji biura, a wszyscy w tym pokoju musieliby poszukać sobie prawdziwej pracy.
Zawłaszczono nawet kalendarz. Co roku 29 listopada ONZ obchodzi „Międzynarodowy Dzień Solidarności z Narodem Palestyńskim”. To dokładnie ta sama data i ta sama rezolucja, która w 1947 roku dała Żydom własne państwo. Dzień narodzin Izraela zamieniono w oficjalny dzień żałoby i wymierzonej w niego krytyki.
A kto za tym stał? Blok radziecki wraz z Ligą Arabską, zapewniając sobie stałe miejsce przy konflikcie, w którym nigdy nie powinni być sędziami. Gdy w 1976 roku Rada Bezpieczeństwa próbowała zablokować ten komitet wetem, instytucja nie zniknęła. Po prostu wracała co roku, dokładnie według harmonogramu. Pięćdziesiąt lat później wciąż tam jest – działa, przyjmuje fundusze i publikuje raporty. Bo nierozwiązana sprawa nigdy nie była porażką. Była całym biznesplanem.
Dowód G: Instytucja, która nie wierzyła izraelskim kobietom
Karta ONZ nakłada obowiązek bezstronności – te same standardy dla każdej ofiary, niezależnie od narodowości. Jak ta neutralność wyglądała po wydarzeniach z 7 października 2023 roku? Długim milczeniem.
- Agencja UN Women potrzebowała aż ośmiu tygodni, by w ogóle zabrać głos, po czym usunęła pierwsze oświadczenie ze swoich kanałów.
- Specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. przemocy seksualnej w konfliktach pojawiła się w Izraelu dopiero po niemal czterech miesiącach, a raport o gwałtach i okaleczeniach izraelskich kobiet opublikowała pięć miesięcy po masakrze.
Izrael musiał miesiącami walczyć na forum publicznym o to, by ONZ w ogóle przyznała, że izraelskie kobiety stały się ofiarami przemocy seksualnej. A kiedy organizacja w końcu to zrobiła, jej śledcza dodała zastrzeżenie, że ustalenia te „w żaden sposób nie legitymizują dalszych działań wojennych”. Prawdziwa neutralność nie potrzebuje klauzul chroniących sprawców. To nie jest neutralność – to system, który przypomina sobie o wartościach tylko wtedy, gdy ofiara nie jest Izraelczykiem.
Dowód H: Agencja, która nigdy nie była neutralna
Gdyby UNRWA była jedynie opieszała lub niedbała, byłaby to osobna historia. Problem w tym, że jest stroną. Wewnętrzny organ nadzorczy ONZ przeprowadził śledztwo wobec 19 pracowników UNRWA w związku z wydarzeniami z 7 października – w przypadku dziewięciu z nich uznano dowody na bezpośredni udział za wystarczające do zwolnienia. Izraelski wywiad szacuje, że realna liczba pracowników powiązanych z ugrupowaniami terrorystycznymi jest wielokrotnie wyższa.
Do tego dochodzi kwestia infrastruktury: Siły Obronne Izraela odkryły centrum dowodzenia Hamasu podłączone bezpośrednio do sieci elektrycznej pod główną siedzibą UNRWA w Gazie, magazyny broni w szkołach oraz wyrzutnie rakiet na ich terenach. Ciała zakładników odnajdywano w tunelach, do których wejścia znajdowały się w obiektach agencji. Dyrekcja UNRWA twierdziła, że o niczym nie wiedziała – co spotkało się z ripostą, że zbudowanie tak rozległej infrastruktury pod budynkami agencji musiało trwać miesiące i nie mogło umknąć niczyjej uwadze.
Mówimy o agencji, która generuje ogromne koszty i pozyskuje wyższe środki w przeliczeniu na uchodźcę niż jakakolwiek inna organizacja na świecie. Dziś dokładnie widać, na co szły te pieniądze.
Dowód I: Nowa ideologia „neutralności”
Ten mechanizm powinien niepokoić bardziej niż konkretne nazwiska. Nie chodzi już tylko o pociągającą za sznurki Ligę Arabską czy dawny blok radziecki. Zaszła głębsza zmiana: ludzie obsadzający dziś „neutralne” agendy ONZ to często ideologiczni wyznawcy teorii postkolonialnej. Są szczerze przekonani, że świat dzieli się sztywno na „kolonizatorów” i „kolonizowanych”, przy czym Izrael zostaje automatycznie przypisany do tej pierwszej grupy, zanim ktokolwiek przyjrzy się faktom. To ten sam światopogląd, który kształtuje współczesną lewicę na Zachodzie, połączony z bezkrytyczną pobłażliwością wobec politycznego islamu.
Ironia jest pełna: instytucja, która powołała Izrael do życia, jest dziś obsadzona przez ludzi, którzy wyrzekli się tamtego głosowania i określają jedyne państwo stworzone przez ONZ mianem „ostatniej potęgi kolonialnej”.
- Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. terytoriów palestyńskich, tuż po 7 października publicznie podważała doniesienia o masowych gwałtach, a wcześniej sugerowała w swoich publikacjach istnienie przemożnych wpływów środowisk żydowskich. Mimo to utrzymano ją na stanowisku.
- Członkowie Komisji Śledczej (tacy jak Chris Sidoti czy Miloon Kothari) pozwalali sobie na publiczne kpin z oficjalnych stanowisk Izraela lub rozważania o odbieraniu mu prawa członkostwa w ONZ. Przewodnicząca komisji, Navi Pillay, zbywała zarzuty o stronniczość twierdzeniem, że panel działa „po prostu na podstawie prawa” – jakby samo powoływanie się na prawo gwarantowało jego obiektywne stosowanie.
Ci urzędnicy nie potrzebują instrukcji z państw arabskich. Arabskie stolice – z Katarem na czele – przez dekady inwestowały w budowanie wpływów kulturowych i dyplomatycznych (soft power). Inwestycja ta stała się samowystarczalna: Zachód nie potrzebuje już zachęty, by przyjmować antyizraelską narrację. Przyswoił ją sobie jako własną.
Oto ONZ w pigułce: fuzja postępowej ideologii i politycznego islamu nie jest marginesem. Zadomowiła się w Genewie i Nowym Jorku, ubierając się w dyplomatyczne garnitury i zarządzając instytucją, która miała stać na straży światowego pokoju.
Podsumowanie
Podobnie jak w przypadku aplikacji randkowych, których model biznesowy opiera się na zatrzymaniu użytkownika, a nie na doprowadzeniu do małżeństwa, cały ten aparat dyplomatyczny posiada silne wewnętrzne bodźce, by konflikt trwał.
Trwałe rozwiązanie sporu oznaczałoby wygaśnięcie mandatów, zamknięcie budżetów i likwidację stanowisk. W ciągu osiemdziesięciu lat to, co miało być tymczasowym mechanizmem pomocniczym, przekształciło się w samowystarczalny przemysł dyplomatyczny. ONZ nie dąży do rozstrzygnięcia. Dąży do odnawiania subskrypcji. Każdy komitet, rada czy agencja wymieniona w tym tekście to plan abonamentowy z pensją dyplomaty – a żaden z nich nie dostanie wypłaty w dniu, w którym ten konflikt naprawdę się skończy.
Państwa arabskie stworzyły ten system i przez dziesięciolecia wykorzystywały go do własnych celów – utrzymując sprawę palestyńską na wolnym ogniu: nigdy dość mocno, by wygrać, i nigdy dość słabo, by sprawa wygasła. Chodziło o stały nacisk i geopolityczną kartę przetargową. Palestyńczycy nie byli celem samym w sobie – byli opłatą subskrypcyjną, którą reszta świata zgodziła się płacić, aby ta wojna mogła trwać w nieskończoność.
Prawdziwy powód, dla którego na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Byłam w Izraelu zaraz po Oslo.
Izraelczycy nie mieli najmniejszych złudzeń co do „ dobrej woli” Arabów.
„ Dać Arabowi palec to ci urwie rękę” – takie były ich komentarze.
Mieli racje i do dziś ją mają.
Gaza to potwierdza.
Rabin popełnił ogromny błąd , naraził swój kraj i zapłacił za to życiem. Wielu niewinnych Izraelczyków też zapłaciło za jego błąd w serii ataków terrorystycznych po Oslo.
Dzis lewica robi z Rabina bohatera narodowego…
Smutne.
Włodku S naucz się interpretować fakty.
Albo oducz się prowokacji.
Wlodek S – jak zwykle ideowo, ale kontrafaktualnie.
”Proces pokojowy ” zalamal sie, kiedy arabowie , ktorzy razem z Zydami mieli kontrolowac we wspolnych patrolach teren tzw ”autonomii”, zaczeli ich zabijac – tzn zrabowie Zydow, nie odwrotnie.
A to nic wspolnego z morderstwem Rabina nie mialo.
Proces pokojowy zapoczatkowany w Oslo zalamal się kiedy izraelski terrorysta zabil Izacha Rabina. Czy ONZ maczalo w tym palce? Radzę autorowi znalezć zonę i uczciwa pracę.