
Jak fiksacja na punkcie Izraela przesłania upadek anglosaskich demokracji
Przywódcy niemal każdego upadającego państwa Zachodu potrafią wskazać tylko jedną rzecz, którą muszą radykalnie zmienić. Nie jest to ich własna, obsesyjna polityka socjalistyczna, komunistyczna czy islamska. To Izrael.
Wyrywając z korzeniami to, co niegdyś stanowiło o wielkości ich narodów, ignorują pierwsze objawy nowo zasianej zgnilizny. Nienawidzą systemu, który stworzył potęgę ich państw. Zamiast dostosować mechanizmy prawne i gospodarcze w celu poprawy losu rdzennej ludności, zagłuszają jej głos masową migracją ludzi z kręgów obcych kulturowo i językowo. Niesie to ze sobą poważne napięcia społeczne, lecz rządzący pozostają całkowicie głusi na skargi własnych obywateli.
Głównym przejawem tego oderwania od rzeczywistości pozostaje jedna kluczowa kwestia międzynarodowa: nienawiść do Izraela. Oznacza ona de facto poparcie dla tych, którzy w palestyńskim kulcie śmierci widzą wyższe dobro. To właśnie ten punkt stał się osią, wokół której ogniskują się polityczny i moralny upadek dzisiejszego Zachodu.
Na zlecenie Izraelskiego Instytutu Studiów Strategicznych – przy wsparciu analityków z państw zachodnich – prowadzę badania mające na celu zrozumienie tego zjawiska oraz określenie jego długofalowych skutków. Wyniki naszej pracy są głęboko niepokojące. Zepsucie ma wiele wymiarów, ale w niniejszym raporcie skupiam się na tym, jak antysemityzm przyjęty przez polityków państw anglosaskich napędza ich polityczny i duchowy upadek. Zachód utracił kontakt z wartościami społecznymi i narodowymi, które budowały jego siłę. Wraz z kąpielą wylał dziecko – a raczej własny rozum.
USA: Szaleństwo jako nowa norma
Zacznę od Stanów Zjednoczonych, ponieważ to tam najbardziej jaskrawo widać, czym kończą się rządy absurdu. To kraj, w którym próbuje się narzucić przekonanie, że każdy może wybrać dowolną płeć, a społeczeństwo ma obowiązek podporządkować się tej ideologii. W konsekwencji mężczyźni rywalizują w kobiecych dyscyplinach sportowych i korzystają z damskich szatni, a kobiety oburzone obecnością męskich narządów płciowych we własnej przestrzeni określa się mianem „pruderyjnych” lub „nieczułych”. W amerykańskim Sądzie Najwyższym zasiada sędzia, która w trakcie przesłuchań nie potrafiła bądź nie chciała zdefiniować pojęcia „kobieta”. Na naszych oczach umierają tradycyjne wartości, co stanowi bezpośredni cel tego przedsięwzięcia. Jest to zjawisko, które prof. Gad Saad określa mianem „samobójczej empatii” – ślepego popierania sił, które dążą do naszej zagłady.
Zachód pogrążył się w ideologicznym amoku, który sam wywołał, docierając do punktu, z którego nie ma już powrotu. Podważanie logiki niszczy zdrowy rozsądek i zdolność do trzeźwej oceny sytuacji. Zachód porzucił przywiązanie do wolności, rozumu, bezpieczeństwa obywateli oraz podstawowej umiejętności rozróżniania dobra od zła.
Aktywiści skrajnej lewicy uczynili z „samobójczej empatii” oręż polityczny, a cyniczni politycy budują na niej własne kariery. Do tego dochodzi gwałtowny napływ nielegalnych imigrantów, których trzeba zakwaterować i wyżywić z podatków rzetelnie pracujących obywateli. Klasa polityczna dba o to, by przybysze ci zyskiwali wpływ na losy państwa, mimo że pod względem prawnym, kulturowym czy mentalnym nie mają nic wspólnego z narodowym charakterem USA czy Wielkiej Brytanii.
Do tej wybuchowej mieszanki dołączyła sprawnie zorganizowana propalestyńska kampania. Rozpoczęła się na uniwersytetach, by szybko opanować ulice. Cyniczni politycy dostrzegli w niej szansę na zdobycie rozgłosu i bezpardonowy atak na Izrael. To prosty sposób na pozyskiwanie głosów tam, gdzie populacja imigrantów zaczyna przewyższać liczebnie rdzenną społeczność żydowską. Choć w USA wciąż żyje więcej Żydów (ok. 7 mln) niż muzułmanów (ok. 5 mln), prognozy wskazują, że w ciągu najbliższych 3–5 lat proporcje te ulegną odwróceniu.
Amerykańska scena polityczna i widmo wyborów
Ewolucja amerykańskiej sceny politycznej przed nadchodzącymi wyborami śródokresowymi oraz prezydenckimi w 2028 roku niesie bezpośrednie zagrożenie dla amerykańskich Żydów oraz samego Izraela. Na czoło wysuwają się nowi radykałowie i influencerzy – tacy jak Nida Allam, Faiz Shakir, Abdul el-Sayed czy Hasan Piker – którzy przyciągają młodych, zradykalizowanych wyborców. Piker otwarcie deklaruje nienawiść do USA i Izraela, twierdzi, że Ameryka zasłużyła na zamachy z 11 września, i propaguje hasła antykapitalistyczne.
Tradycyjny podział na Republikanów i Demokratów odchodzi do lamusa. Choć Partia Republikańska zmaga się z wewnętrznymi tarciami, zachowuje swój tożsamość. Natomiast Partia Demokratyczna została w dużej mierze zdominowana przez agresywnych aktywistów skrajnej lewicy. Mienią się oni socjalistami, choć w rzeczywistości reprezentują nurt neokomunistyczny spod znaku Berniego Sandersa czy Zohrana Mamdaniego. Wielu z nich wykazuje przy tym silne afiliacje islamistyczne. Przykładem są Rashida Tlaib i Ilhan Omar – rodzina tej ostatniej pełniła eksponowane funkcje w komunistyczno-islamistycznym reżimie Siada Barre w Somalii.
Kto mógł przypuszczać, że ćwierć wieku po tym, jak terroryści zniszczyli wieże World Trade Center, mordując ponad 3000 nowojorczyków, miasto to wybierze na burmistrza człowieka o skrajnie lewicowych i proislamistycznych poglądach? Wybór Zohrana Mamdaniego stanowi podręcznikowy przykład „samobójczej empatii”. Z przeprowadzonego przeze mnie audytu personelu w nowojorskim ratuszu wynika, że spośród 68 kluczowych pracowników Mamdaniego aż 33 to muzułmanie powiązani z radykalnymi organizacjami, takimi jak CAIR czy Palestine Action Group.
Mamdani nie jest odosobnionym przypadkiem. Inni Demokraci również wykorzystują nastroje antyizraelskie do budowania kapitału politycznego. Ro Khanna przybył do Izraela nie po to, by zrozumieć, jak jedyna liberalna demokracja w regionie zmaga się z egzystencjalnymi zagrożeniami ze strony Hamasu, Hezbollahu, Huti czy Iranu. Jego celem była prowokacja: nielegalne wkroczenie na teren pod kontrolą izraelską w Judei i Samarii bez wymaganych zezwoleń (co potwierdził ambasador USA Mike Huckabee) i wywołanie incydentu z lokalnymi mieszkańcami na potrzeby mediów.
Z kolei Rahm Emanuel, dawny współpracownik Baracka Obamy, publicznie nazwał Izrael „państwem pariasem” i wzywał do wstrzymania amerykańskiej pomocy wojskowej. Było to czysto koniunkturalne wystąpienie skierowane do lewicowego elektoratu w USA, ulegającego oszczerstwom na temat państwa żydowskiego. Dziś aż 58% Demokratów uważa, że USA popierają Izrael „zbyt mocno”, a połowa oskarża go o ludobójstwo. Emanuel nie przyjechał do Tel Awiwu ratować relacji sojuszniczych – przyjechał zdobyć punkty u skrajnej lewicy. Gdy osobista ambicja przesłania fakty, staje się ona zdradą nie tylko wobec sojusznika, ale i wobec wartości własnego kraju.
Kanada: Porzucenie zasad na rzecz oportunizmu
Pod rządami premiera Marka Carneya i minister spraw zagranicznych Anity Anand Kanada porzuciła tradycję wyważonej dyplomacji na rzecz politycznego koniunkturalizmu. Chętnie szafują oni frazesami o prawach człowieka, jednocześnie odmawiając wsparcia jedynej demokracji na Bliskim Wschodzie. Po 7 października poparcie dla Izraela stało się w lewicującej Kanadzie politycznie niewygodne.
Kanadyjscy Żydzi pytają dziś, czy rząd jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo. Szkoły, synagogi i ośrodki społecznościowe przypominają dziś oblężone twierdze. Pod hasłem „wolności słowa” władze tolerują nękanie, zastraszanie oraz antysemickie mowy nienawiści na ulicach i uniwersytetach.
Społeczeństwo kanadyjskie ulega destrukcji wskutek niekontrolowanego napływu imigrantów, od których nie wymaga się asymilacji ani odrzucenia radykalnych ideologii. W Kanadzie żyje obecnie ponad 2 miliony muzułmanów i zaledwie 380 tysięcy Żydów. Rachunek polityczny dla koniunkturalnych władz staje się prosty. Kanada pod rządami Carneya stała się uosobieniem hipokryzji: stosuje wobec Izraela wyśrubowane standardy, jakich nie wymaga od żadnego reżimu autorytarnego, i legitymizuje uprzedzone instytucje międzynarodowe.
Wniosek dotyczący Kanady – jak i innych państw anglosaskich – jest jeden: rządzący znają fakty i dysponują raportami wywiadowczymi, jednak świadomie wybierają fałszywą narrację, bo jest ona dla nich wygodniejsza.
Wielka Brytania: Cień skrajnej lewicy i radykalizmu
Sytuacja w Wielkiej Brytanii budzi nie mniejszy niepokój. Andy Burnham, nowy lider Partii Pracy i premier Wielkiej Brytanii, reprezentuje nurt znacznie bardziej radykalny niż jego poprzednik. Jego wykazujący skrajną stronniczość manifest antyizraelski z czerwca 2026 roku zawierał potępienie działań Izraela, przeprosiny za dotychczasową politykę rządu oraz żądanie wstrzymania eksportu broni i nałożenia sankcji. W jego oświadczeniach próżno szukać jakiejkolwiek wzmianki o konieczności neutralizacji organizacji terrorystycznych, takich jak Hamas, Dżihad czy Hezbollah.
Burnham nie jest w stanie uzdrowić brytyjskiej gospodarki ani opanować kryzysu społecznego, gdyż jego polityka opiera się na przyzwoleniu na rozwój uchodzącego za postępowy ekstremizmu. Próbując przypodobać się muzułmańskiemu elektoratowi, układa się z radykalnymi środowiskami. Co więcej, do utworzenia stabilnej większości potrzebuje koalicji z Partią Zielonych, na której czele stoi Zack Polanski – polityk pochodzenia żydowskiego, reprezentujący skrajnie antyizraelskie stanowisko (oficjalne uznawanie Izraela za „państwo apartheidu” i oskarżenia o ludobójstwo).
Tymczasem dane twardo przeczą tej retoryce. Podnoszony przez ekspertów – w tym byłego dowódcę sił brytyjskich płk. Richarda Kempa oraz Johna Spencera z West Point – wskaźnik strat cywilnych w stosunku do zabitych bojowników dowodzi, że IDF prowadzi operacje w warunkach miejskich z niespotykaną w historii ostrożnością. Żaden ze skrajnych polityków nie potrafi też odpowiedzieć na pytanie: dlaczego Hamas, budując 700 mil podziemnych tuneli, nie udostępnił ani metra tej przestrzeni dla ochrony własnej ludności cywilnej?
Anty-izraelska fiksacja rządu Burnhama uderza w relacje międzynarodowe. Nominowanie Eda Milibanda na stanowisko ministra spraw zagranicznych to ruch uderzający w stosunki z USA – Miliband w przeszłości wielokrotnie w sposób skrajnie niedyplomatyczny atakował Donalda Trumpa. Ponadto określał on izraelskie miejscowości w Judei i Samarii jako „nielegalne i niemoralne”, co wyklucza go jako partnera do rozmów z Jerozolimą.
Na tym tle stanowisko polityków takich jak Nigel Farage wyróżnia się realizmem. Farage jednoznacznie potępił ataki z 7 października, poparł prawo Izraela do samoobrony, odrzucił nakazy MTK wobec izraelskich przywódców jako podważające wiarygodność samego trybunału i wskazał, że uznanie państwa palestyńskiego w obecnych warunkach stanowiłoby nagrodę za terroryzm.
Australia: Przyzwolenie na nienawiść
Zaledwie kilka godzin po tragedii z 7 października przed Operą w Sydney zgromadził się tłum skandujący antysemickie hasła. Przyzwolenie władz miasta na ten spadek standardów pod płaszczykiem wolności słowa przyniosło tragiczne owoce podczas wydarzeń na plaży Bondi.
Również w Australii czysta demografia dyktuje decyzje polityczne: populacja muzułmańska sięga tam miliona osób, podczas gdy społeczność żydowska skurczyła się do 120 tysięcy. Narastająca fala nienawiści i brak reakcji służb doprowadziły do tego, że postaci takie jak dr David Adler, założyciel Australijskiej Federacji Żydowskiej, zmuszone zostały do opuszczenia kraju i przeniesienia się do Izraela w trosce o życie własne i rodziny.
Podsumowanie
Życie Żydów w krajach anglosaskich staje się coraz bardziej niebezpieczne z powodu polityki „samobójczej empatii” i uległości wobec sił dążących do zniszczenia zachodniej cywilizacji.
Sytuacja ta prowadzi jednak do jednego pozytywnego wniosku dla państwa żydowskiego: rok 2026 okaże się prawdopodobnie rekordowy pod względem skali aliji. Izrael pozostaje jedynym państwem na świecie, co do którego Żydzi mogą mieć pewność, że użyje wszelkich środków, aby obronić swoich obywateli przed wrogiem stojącym u bram.
Barry Shaw
The View from Israel
Izraelski Instytut Studiów Strategicznych
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

