Uncategorized

Program jądrowy Iranu: zakopany, ale nie martwy

Jest wtorek, 21 lipca. Co najmniej 100 metrów pod powierzchnią góry w pobliżu miasta Natanz spoczywa kluczowy element programu jądrowego Teheranu. Jednak to nie wzbogacony uran sprawia, że Góra Kilof (Pickaxe Mountain) ślęczy Izraelczykom z powiek.

Według „The Wall Street Journal” izraelski wywiad ustalił, że jesienią ubiegłego roku – po czerwcowej, 12-dniowej wojnie – Iran przeniósł tysiące wirówek do wzbogacania uranu do tuneli wykopanych w głębi góry. Jeśli te doniesienia są prawdziwe, oznacza to znaczne przyspieszenie działań Iranu na rzecz reaktywacji programu jądrowego. Programu, który zarówno Stany Zjednoczone, jak i Izrael uważały za skutecznie zamknięty i pogrzebany.

Prace budowlane w obrębie Góry Kilof trwają od jesieni 2020 roku. Wówczas Iran twierdził, że podziemne korytarze zastąpią zniszczony, naziemny zakład montażu wirówek w głównej kompleksie w Natanz (który ucierpiał w wyniku eksplozji, powszechnie uznawanej za akt sabotażu). Oficjalnie Teheran wciąż opisuje ten obiekt jako zakład montażowy. Izraelski wywiad wskazuje jednak na znacznie bardziej ambitny cel: uważa się, że kompleks może służyć nie tylko do montażu, ale również do prowadzenia ograniczonego wzbogacania uranu.

Przez ostatnie 15 miesięcy zdjęcia satelitarne dokumentowały stałą aktywność: wzmożony ruch ciężarówek, wzmacnianie konstrukcji tuneli oraz rozszerzanie stref bezpieczeństwa. Zakładano, że loty rozpoznawcze amerykańskich samolotów oraz groźba precyzyjnych uderzeń skutecznie powstrzymają Iran przed wznowieniem programu – kalkulacja ta okazała się jednak błędna. Obiekt nie stał się celem podczas zeszłorocznej wojny izraelsko-irańskiej, nie zaatakowano go również w trakcie obecnej odsłony walk między USA a Iranem. Wynikało to albo z oceny, że naloty miałyby minimalną skuteczność, albo z faktu, że budowa nie została jeszcze zakończona. Wygląda jednak na to, że to podejście ulega zmianie.

W zeszłym tygodniu Donald Trump przerwał milczenie w sprawie Góry Kilof:

„Pickaxe to potencjalny cel potężnego, precyzyjnego uderzenia w same drzwi wejściowe” – powiedział Trump. – „Zniszczymy tę górę. Powiedzcie Irańczykom, niech będą gotowi”.

Dodał przy tym, że choć amerykański wywiad nie obserwuje obecnie „żadnej aktywności” na miejscu, Waszyngton „prawdopodobnie wkrótce zaleje Pickaxe ogniem”.

Izraelski wojskowy zaangażowany w proces wyznaczania celów wyraził frustrację, że obecne naloty nie traktują infrastruktury nuklearnej z należytym priorytetem, wskazując bezpośrednio właśnie na Górę Kilof. W trakcie dotychczasowej kampanii Izrael skupiał się na obiektach związanych z reżimem, licząc na stworzenie warunków do jego obalenia. Sporo uwagi poświęcono również przemysłowi zbrojeniowemu, choć znaczna część produkcji pomocniczej pozostała nietknięta. Gdy okazało się, że irańskie władze nie załamały się pod wpływem pierwszego uderzenia, konieczne stało się przesunięcie ciężaru operacji z pierwotnej listy celów na infrastrukturę wojskową wokół Cieśniny Ormuz.

W obliczu eskalacji kolejna runda ataków może nastąpić wkrótce – prawdopodobnie z dużo mniej optymistycznie dobraną listą celów.

Są jednak i inne głosy. Po długiej naradzie dotyczącej bezpieczeństwa minister finansów Bezalel Smotrich wyraził stanowisko, które od dawna wyznacza kurs polityki Benjamina Netanjahu:

„Państwo Izrael nie jest zainteresowane dać się wciągnąć w ograniczoną konfrontację między Iranem a Stanami Zjednoczonymi – obecna sytuacja jest dla nas najbardziej korzystna”.

Innymi słowy: utrzymanie status quo, opartego na blokadzie i regularnych punktowych uderzeniach, może być bezpieczniejsze niż jedna, ostateczna operacja.

Ostateczna decyzja nie należy jednak ani do Smotricha, ani do Netanjahu. Leży w rękach Trumpa. Prezydent USA może zdecydować się na zmasowany, kompleksowy atak zamiast dotychczasowej wymiany ciosów. W takim scenariuszu Izrael stanąłby przed prostym wyborem: dołączyć do akcji albo bezpowrotnie stracić szansę na działanie przy pełnym wsparciu Amerykanów. Jeśli to jedyne dostępne opcje, wybór Izraela wydaje się przesądzony.

Misja dyplomatyczna w Waszyngtonie

(Zdjęcie: Prezydent Libanu Joseph Aoun podczas spotkania z sekretarzem stanu Marco Rubio w Waszyngtonie. @LBpresidency/X)

Dziś rano siły izraelskie wycofały się z pierwszej libańskiej wioski od czasu rozpoczęcia inwazji w marcu, a powstałą lukę natychmiast obsadziła armia Libanu. Pojawia się pytanie: czy to początek wymuszonego odwrotu Izraela, czy raczej pierwszy krok na długiej drodze Libanu do odbudowy?

Odpowiedź nie jest prosta.

Izrael mógłby w nieskończoność niszczyć infrastrukturę Hezbollahu, jednak płaciłby za to ogromną cenę na arenie międzynarodowej. Z kolei pełna inwazja to jedyny sposób na całkowite wyeliminowanie tej organizacji. Porozumienie ramowe daje Izraelowi legitymację i czas na wykorzenienie Hezbollahu, ale to, co Bejrut daje, może również odebrać. Jeśli władze w Bejrucie stracą impet i dopuszczą do upadku struktur państwowych, całe porozumienie legnie w gruzach, a Hezbollah odrodzi się poza zasięgiem izraelskiego rażenia.

To właśnie z tym wyzwaniem prezydent Joseph Aoun udaje się do Waszyngtonu na swoje pierwsze bezpośrednie spotkanie z Trumpem. Przez pierwszy rok kadencji amerykański prezydent nie utrzymywał z Aounem bezpośrednich kontaktów – brakowało spotkań, rozmów czy oficjalnej korespondencji. Jedynym źródłem sygnałów były chaotyczne deklaracje dotyczące przyszłości Libanu. Po podpisaniu porozumienia z 26 czerwca Trump ogłosił, że „Iran się cofa, Hezbollah znika, a droga do pokoju między Izraelem a Libanem staje otworem”. Chwilę później zmienił kurs, wywierając nacisk na Netanjahu, by ten dokonał bezwarunkowego wycofania w duchu ustaleń z Iranem („Oni was tam nie chcą, powinniście przegrupować siły”), po czym porzucił oba stanowiska na rzecz własnej wizji, obwieszczając krótko: „Syria się tym zajmie”.

Aoun udowodnił już gotowość do przeciwstawienia się wpływom Teheranu i dążenia do trwałego pokoju z Izraelem – co wystarczyło, by doprowadzić do spotkania w Waszyngtonie. Jednak każdy, kto pamięta historię regionu, wie, jak ponuro wyglądają dotychczasowe bilanse. Libańskie Siły Zbrojne (LAF) twierdziły, że pod koniec 2025 roku oczyściły obszar na południe od rzeki Litani z infrastruktury Hezbollahu, tymczasem rok po tej deklaracji Izraelczycy wciąż odnajdują tam znaczne arsenały. Co gorsza, dowódca LAF Rodolphe Haykal wprost przedłożył „spokój społeczny” nad konfrontację z militarną siłą Hezbollahu – co jest osobliwym priorytetem w ustach generała mającego wyraźne rozkazy o odwrotnej treści. Libańska armia okazała się w kwestii rozbrojenia Hezbollahu równie „skuteczna” co siły pokojowe ONZ – czyli bezradna. W ciągu ostatnich 35 lat przywódcy w Bejrucie składali obietnice rozbrojenia tej organizacji wielokrotnie – od porozumienia z Taif po zawieszenie broni z 2024 roku – i nigdy ich nie dotrzymali. Niewygodny fakt jest taki, że w całej historii Libanu udanych rozbrojeń lokalnych milicji dokonywały wyłącznie obce mocarstwa: USA, Francja, Izrael oraz Syria.

Zanim Aoun w pełni zaangażuje się w walkę z Hezbollahem, potrzebuje twardych gwarancji ze strony Waszyngtonu. Oznacza to szkolenia elitarnych jednostek libańskich przez instruktorów z Delta Force, dostawy dronów i czujników do ochrony granic, zorganizowanie międzynarodowej pomocy finansowej oraz impuls gospodarczy dla zrujnowanego kraju. Potrzebuje też pewności, że Trump nie zostawi go na lodzie w połowie drogi.

Ze swojej strony Trump będzie żądał konkretów: szczegółowego harmonogramu rozbrojenia Hezbollahu, czystki wśród oficerów powiązanych z tą organizacją, zniesienia praw zakazujących kontaktów cywilnych z Izraelem oraz jednoznacznego potwierdzenia, że pokój z południowym sąsiadem jest strategicznym celem Aouna. Przede wszystkim zaś Aoun musi raz na zawsze wybić Trumpowi z głowy pomysł wysłania do Libanu wojsk syryjskich – krok ten przywołałby mroczne wspomnienia okupacji z czasów reżimu Asada i paradoksalnie wzmocniłby społeczne poparcie dla Hezbollahu.

Okoliczności sprzyjają przełomowi. Załamanie porozumienia USA-Iran wyeliminowało łatwe alternatywy. Niedawne rozmowy w Rzymie przyniosły dobre rezultaty, widać też postępy w tworzeniu stref pilotażowych. Sam Trump prawdopodobnie polubi Aouna – pod warunkiem, że libański prezydent weźmie przykład z Zełenskiego i na spotkanie założy garnitur. Stawka tej wizyty wykracza jednak daleko poza osobistą sympatię: na szali leży przyszłość Libanu.

Ruch protestowy wchodzi do Knesetu

(Zdjęcie: Aktywiści blokujący autostradę Ayalon podczas protestu przeciwko reformie sądownictwa w Tel Awiwie, 20 lipca 2023 r. Chaim Goldberg/Flash90)

Według większości szacunków w 2023 roku przeciwko reformie sądownictwa wyszło na ulice od 450 do 500 tysięcy Izraelczyków. Przy tak masowej mobilizacji politycznej naturalnie pojawiły się koncepcje przekształcenia społecznego sprzeciwu w nową siłę i powołania „Partii Protestu”.

Ostatecznie pomysł ten nie zmaterializował się w czystej formie – aż do wczorajszych prawyborów w Partii Demokratów, które de facto dokonały tej transformacji.

W prawyborach izraelskich Demokratów wzięło udział aż 86,2% spośród 114 tysięcy uprawnionych członków. O dziewięć do dwunastu mandatów gwarantujących wejście do Knesetu rywalizowało 51 kandydatów. Choć faworyt polityków związanych z Netanjahu – antyklerykalny prowokator Naor Narkis (grożący „wjechaniem buldożerem w instytucje ortodoksyjne”) – spadł na odległe, 22. miejsce, to większość biorących miejsc przypadła liderom ulicznych protestów.

Mecenas Gaby Lasky, znana z reprezentowania palestyńskich aktywistów, wywalczyła 6. miejsce. Omri Ronen, współzałożyciel organizacji „Bracia i Siostry w Broni” (wzywającej podczas protestów w 2023 r. do odmowy służby rezerwowej), zajął pozycję 7. Przedsiębiorca z branży nowych technologii Moshe Radman Abutbul, stojący na czele protestu sektora high-tech, uplasował się na 9. miejscu, a Moran Zer Katzenstein, twórczyni głośnego „Protestu Służebnic”, zajęła 12. lokatę.

Mimo że ruch uliczny określał się mianem głosu całego społeczeństwa, żaden z jego liderów nie wystartował z list ugrupowań centrowych (jak formacje Naftalego Bennetta czy Gadiego Eisenkota) ani nie otrzymał od nich propozycji. Zamiast tego wszyscy skonsolidowali się wokół formacji o najbardziej lewicowym profilu. Pokazuje to nie tylko rzeczywiste zaplecze polityczne protestów, ale stanowi też swoiste referendum nad samym ruchem. Ponieważ wejście Narkisa do parlamentu jest nierealne, wyborcy Demokratów nie będą wybierać między opcją świecką a religijną, lecz odpowiedzą na pytanie: czy popierają uliczny protest, czy nie.

Program jądrowy Iranu: zakopany, ale nie martwy


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.