
Donald Trump wygłasza przemówienie na temat kont Trumpa. (Biały Dom)
Jest niedziela, 26 lipca. „Nigdy nie ma nudnych chwil – albo jest skandal, albo festiwal” – te słowa Naomi Shemer przyszły mi do głowy w ten weekend, gdy oglądałem najnowszy odcinek serii „Czy Trump odwrócił się od Izraela?”.
Odcinek z tego tygodnia: Turcja, uzrana za niespełniającą wymogów programu F-35 z powodu posiadania rosyjskich systemów S-400 oraz bezpośredniego wsparcia dla Hamasu. To kontynuacja poprzedniego odcinka poświęconego saudyjskiemu programowi jądrowemu, który zakończył się podobnym zwrotem akcji na korzyść Izraela – chyba że najpierw dojdzie do normalizacji stosunków dwustronnych.
Mimo całego rozlanego atramentu stosunki amerykańsko-izraelskie wydają się znacznie bardziej odporne, niż wielu sądziło (i niektórzy mieli nadzieję). Zwrot, który wywołał falę spekulacji, rozpoczął się od podpisania protokołu ustaleń i ofensywy medialnej Vance’a. W Fox News podkreślał on, że „Izrael i Stany Zjednoczone mają wiele wspólnych interesów, ale zdarzają się też sytuacje, w których nasze interesy się rozchodzą”. Kiedy ktoś stwierdza to, co oczywiste, słuchacze natychmiast szukają mniej oczywistych implikacji – a mianowicie tego, gdzie dokładnie te drogi miałyby się rozjeżdżać.
Powszechnie interpretowano to tak, że zdaniem Vance’a hasło „America First” oznacza „Izrael na końcu” – wrażenia tego nie udało mu się rozwiać podczas licznych późniejszych wystąpień w mediach. Jednak znacznie bardziej szkodliwe od samych spekulacji było to, co potwierdziło zachowanie samej administracji: nie tylko oczywisty fakt, że Izrael znajduje się za Stanami Zjednoczonymi, ale także to, że Arabia Saudyjska, Turcja, Liban i Iran wyprzedzają go w kolejce. Mimo to półtora miesiąca później – pomijając znaczny uszczerbek na zdrowiu psychicznym i fizycznym republikańskich jastrzębi – w zasadzie niewiele się zmieniło.
Czy to oznacza, że Trump zawierał te umowy ze świadomością, że nie przetrwają próby czasu? Czy zaoferował samoloty F-35, wiedząc, że Turcja nadal nie spełnia kryteriów? Czy podpisał porozumienie jądrowe, mając już na uwadze normalizację relacji? Prawdopodobnie nie. Bardziej prawdopodobne jest to, że podpisał umowę z Arabią Saudyjską, skupiając się wyłącznie na kwestiach inwestycyjnych, a gdy zorientował się, że może to kosztować go kartę przetargową w szerszej grze o normalizację stosunków, w ostatniej chwili dorzucił ten warunek. W przypadku Turcji osiągnął to, czego chciał – szacunek Erdoğana i pozory zwycięstwa – po czym przestał się zastanawiać, czy umowa w ogóle wejdzie w życie. Z drugiej strony, pewność co do tego ma tylko sam prezydent.
W Dolinie Krzemowej nazywa się to vibe coding („kodowaniem intuicyjnym”): opisujesz to, czego chcesz, prostym językiem, pozwalasz sztucznej inteligencji napisać kod, a potem modyfikujesz polecenia tak długo, aż program w końcu zacznie działać. Trump prowadzi politykę zagraniczną w dokładnie ten sam sposób – rzuca pomysł, czeka na komunikaty o błędach i dostosowuje przekaz dotąd, aż powstanie coś, co mu odpowiada.
W takiej atmosferze Netanjahu udaje się do Waszyngtonu na pogrzeb senatora Lindseya Grahama – to już jego siódma wizyta podczas drugiej kadencji Trumpa. Bez wątpienia w serwisie Axios pojawią się doniesienia o ostrym języku prezydenta, jego frustracji wobec izraelskiego premiera, a może nawet o kilku przekleństwach (z których część może być prawdziwa). Jednak przy siódmej wizycie warto zadać pytanie: czy cokolwiek z tego naprawdę cokolwiek zmienia? Najprawdopodobniej nie.
Narracja o „przemocy osadników” ma swój utarty schemat. Osadnicy prowokują, siły IDF przybywają, by ich osłaniać, a skłonni do użycia broni Izraelczycy, mając militarne wsparcie, atakują bezbronnych Palestyńczyków. Zastanówmy się jednak, co naprawdę wydarzyło się w pobliżu Havat Gilad w piątek rano.
W konsekwencji zginęło dwóch Izraelczyków. Benayahu Melet, 32-letni ojciec dwójki dzieci i członek cywilnego oddziału samoobrony osady, zginął, spiesząc na pomoc grupie turystów. Major Yuval Ezra, 27-letni dowódca baterii artyleryjskiej, zmarł później w wyniku odniesionych ran. Grupa – licząca łącznie około 60 osób, w tym nieletnich pod opieką uzbrojonych dorosłych – weszła przed świtem z Har Bracha na wycieczkę pieszą. Wkroczyli jednak do Strefy B, na obszar, na który Izraelczycy nie powinni wchodzić bez wcześniejszego uzgodnienia z wojskiem. Armia potwierdziła później, że to wejście nie zostało zatwierdzone.
Pierwszy atak nastąpił około godziny 7:05, gdy mijali wioskę: Palestyńczycy zaczęli rzucać kamieniami i wymachiwać pałkami, a jeden z turystów został uderzony w twarz. Zamiast dążyć do eskalacji, grupa oddała strzały ostrzegawcze w powietrze i wycofała się w kierunku Havat Gilad.
Godzinę później została otoczona z trzech stron przez dziesiątki kolejnych osób. W tym momencie utarty schemat przewiduje, że zjawiają się żołnierze i rozpoczyna się ostrzał. Zamiast tego – według relacji piechurów – uzbrojeni cywile strzelali wyłącznie w obronie własnej, podczas gdy pierwszy żołnierz na miejscu odmówił otwarcia ognia. Kiedy nadjechały kolejne oddziały, one również „nie podjęły interwencji”. Na nagraniu wideo widać, że żołnierze IDF wahali się i próbowali załagodzić sytuację. Dopiero gdy jeden z napastników wyrwał karabin cywilnemu strażnikowi i otworzył ogień – zabijając dwóch Izraelczyków – wojsko odpowiedziało strzałami.
Grupa turyści nie powinna była przebywać w tym rejonie bez zgody IDF. Karą za wtargnięcie nie jest jednak śmierć. Mimo to w międzynarodowym dyskursie samo istnienie Żydów poza Zieloną Linią traktuje się jako dorozumianą zgodę na takie konsekwencje – tak jakby sama ich obecność była prowokacją, a przemoc jedyną nieuniknioną odpowiedzią. To nie jest opowieść o „przemocy osadników”. To przykład tego, jak każda obecność Żydów bywa traktowana przez stronę palestyńską jako akt agresji, na który odpowiada się fizyczną przemocą.
Niedawno jeden z kluczowych klientów zwrócił się do renomowanego instytutu badania opinii publicznej z prośbą o zorganizowanie bardzo konkretnej serii grup fokusowych: wyborców koalicji z 2022 roku, którzy w 2026 roku zadeklarowali przejście do opozycji. Instytut uznał to za niezwykle trudne zadanie. Mimo znacznego spadku poparcia dla bloku Netanjahu w większości sondaży, w terenie nie odbyła się ani jedna demonstracja, na której można by spotkać choćby jednego takiego wyborcę, ani też nie pojawili się oni w żadnym z paneli badawczych. Co więcej, w znanym programie telewizyjnym przedstawiono niedawno rozmówcę mającego być przykładem osoby, która odwróciła się od koalicji – dopóki nie wyszło na jaw, że w ciągu ostatniej dekady w ogóle nie głosował on na Likud.
Ankieterzy wycenili to zlecenie bardzo wysoko i ostrzegli klienta, że rekrutacja takich osób zajmie sporo czasu. Ostatecznie udało się je jednak znaleźć stosunkowo szybko. „Oni naprawdę istnieją” – poinformował badacz po tym, jak osobiście wszedł do sali, by upewnić się, że przed nim nie siedzą hologramy.
Równie interesujące okazały się same wnioski z badań. Do niedawna obserwowano stopniowy powrót wyborców do bloku Netanjahu. Od najniższego poziomu po 7 października blok ten odbudował poparcie w sondażach do 54 mandatów – głównie za sprawą powrotu dawnego elektoratu. Jednak od zakończenia konfliktu z Iranem blok znów się kurczy. Wyborcy ci są chwiejni, ale tylko do pewnego stopnia: dla większości odchodzących alternatywą nie jest blok „Zmiana”. Powrót do Likudu czy Religijnego Syjonizmu nie wchodzi już jednak w grę – straconego terytorium nie da się łatwo odzyskać.
Sytuację wyborczą skomplikuje konieczność przekonania niezdecydowanych oraz sama struktura bloków. Netanjahu zazwyczaj rozpoczyna kampanię od konsolidacji własnego obozu, aby zapobiec marnowaniu głosów, a dopiero potem kieruje przekaz do szerokiego elektoratu. Stąd jego obecne wysiłki skupione na pogodzeniu ugrupowań charedim oraz układaniu list wyborczych Likudu.
Jednak jego blok i tak znajduje się w trudnym położeniu. Prawicowe ugrupowania, które miały przyciągnąć rozczarowanych wyborców Netanjahu do jego przyszłej koalicji, utknęły w martwym punkcie. Frakcje nie potrafią porozumieć się co do zjednoczenia – wręcz przeciwnie. W większości analizowanych scenariuszy, zamiast przekroczyć próg wyborczy, mogą one pociągnąć za sobą na dno także „Religijny Syjonizm”, który ponowne zbliża się do niebezpiecznej granicy.
Czy Trump odwrócił się od Izraela?
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

