Uncategorized

Antysemityzm w Partii Pracy powraca

Autor Andrew Fox

Andy Burnham w jednym zdaniu potępia Hamas, a przez resztę swojej wypowiedzi powiela narrację, w którą Hamas chce, by uwierzył Zachód. Dawna, antysemicka twarz Partii Pracy znów staje się widoczna.

To koniec pozorów. Plaster, który Keir Starmer przez lata przyklejał na niezagojoną, otwartą ranę antysemityzmu w Partii Pracy, został ostatecznie zerwany przez Andy’ego Burnhama.

Po tygodniu, w którym minister Partii Pracy, Hamish Falconer, postanowił bronić „praw” Abu Safiyi, pułkownika Hamasu przebywającego w izraelskiej niewoli, oraz po wystąpieniu w Chatham House, gdzie minister spraw zagranicznych Yvette Cooper powtórzyła kłamstwo o niewystarczającej pomocy humanitarnej dla Strefy Gazy (do enklawy trafiło trzykrotnie więcej żywności, niż było potrzeba), nieposiadający mandatu wyborczego „północny uzurpator” Starmera, Andy Burnham, twierdzi teraz, że Partia Pracy „nie postąpiła właściwie” w sprawie Gazy.

Jego nagranie wideo było mistrzowską lekcją banałów. Potępia wydarzenia z 7 października – oczywiście. Potępia antysemityzm, jednocześnie powielając oszczerstwa o krwi, które są rozpowszechniane w Gazie od niemal trzech lat. Twierdzi, że nie ma „żadnej sprzeczności” między zerową tolerancją dla antysemityzmu a pociąganiem rządu Netanjahu do odpowiedzialności. Byłoby to prawdą, gdyby oskarżenia nie opierały się na propagandzie Hamasu. Burnham obiecuje „sprawiedliwe i wyważone podejście”, sugerując jednocześnie wywieranie większej presji na Izrael, nakładanie dalszych sankcji i ewentualne wprowadzenie zakazu importu towarów z osad.

To nieznośna farsa. Nie jest ani sprawiedliwe, ani wyważone wspominanie o Hamasie jedynie w ramach rytualnego wstępu do oskarżania Izraela. Nie jest sprawiedliwością pomijanie milczeniem endemicznych zbrodni wojennych Hamasu popełnianych po 7 października, zwłaszcza gdy to ta organizacja jest bezpośrednio odpowiedzialna za cierpienia cywilów w Strefie Gazy. Hamas dopuścił się masakry, a następnie pozwolił, by Zachód odsunął go z pola bitwy, mimo że wciąż kształtował przebieg walk, przetrzymywał zakładników i umieszczał infrastrukturę wojskową w przestrzeniach cywilnych. Rozpoczął wojnę, w której śmierć Palestyńczyków miała zostać przekształcona w presję dyplomatyczną na Izrael. Kampania kosztowała Siły Obronne Izraela (IDF) ponad 500 poległych żołnierzy i ponad 3000 rannych. Wojna w Strefie Gazy była konfliktem między dwiema walczącymi stronami.

To kluczowy fakt, którego Burnham unika.

Hamas od lat przygotowywał się do walki z podziemia. Zbudował rozległy system tuneli dla bojowników, broni i struktur dowodzenia. Jednak ani jeden cywil z Gazy nie został wpuszczony do tego podziemnego świata w celu ochrony. Musa Abu Marzuk, wysoki rangą przedstawiciel Hamasu, wprost przyznał, że tunele służą ochronie bojowników przed atakami z powietrza, a za bezpieczeństwo cywilów odpowiadają ONZ i Izrael.

Zastanówmy się nad tym: władze Strefy Gazy zbudowały schrony dla swoich bojowników, pozostawiając cywilów na powierzchni i dbając o to, by walki toczyły się właśnie wśród nich. Następnie zachodni politycy obserwowali ten horror i traktowali Izrael tak, jakby to on stworzył moralne i fizyczne warunki, w których Hamas zdecydował się walczyć.

Sformułowanie Burnhama jest obecnie standardowym stanowiskiem Partii Pracy. Potępia się Hamas i antysemityzm, ale resztę argumentacji poświęca się na powtarzanie narracji, w której Izrael jest jedynym podmiotem posiadającym zdolność działania. Hamas, palestyńska porażka polityczna i irańskie wsparcie schodzą na dalszy plan.

Na najbardziej oczywiste pytanie nigdy nie pada odpowiedź: co właściwie powinien był zrobić Izrael? Co, z operacyjnego punktu widzenia, zdaniem krytyków Izraela, państwo to powinno było zrobić zamiast likwidacji infrastruktury Hamasu? Jak powinno było odzyskać zakładników z tuneli, uniemożliwić Hamasowi odbudowę sił i wyeliminować centra dowodzenia w sytuacji, gdy wróg przekształcił szpitale, szkoły i bloki mieszkalne w architekturę wojskową?

Niewypowiedziana odpowiedź brzmi: nic. Logicznym wnioskiem płynącym z krytyki Izraela jest to, że po 7 października – dniu największej rzezi Żydów od czasów Holokaustu – Izrael powinien był pozostać bierny. W oczach tych polityków państwo żydowskie po prostu nie ma prawa do samoobrony.

Ta niewypowiedziana postawa przenika całe podejście Partii Pracy. Brakuje refleksji nad realnymi działaniami, które mogłyby radykalnie poprawić jakość życia ludzi. Zamiast tego, gdzie są plany dotyczące:

  • Rozbrojenia Hamasu?
  • Powstrzymania sprzeniewierzenia pomocy humanitarnej?
  • Stworzenia Autonomii Palestyńskiej zdolnej do rządzenia bez korupcji i terroru?
  • Zapewnienia Izraelowi bezpieczeństwa po masakrze, w której rodziny spalano, gwałcono i porywano?

Nie ma żadnego planu. Jest tylko antysemicka krytyka, ponieważ Wielka Brytania nie ma w tej sprawie nic do powiedzenia, a łatwiej jest rzucać tanie oskarżenia, by uspokoić rozgniewanych wyborców.

Ta sama fantazja leży u podstaw dyskusji na temat państwowości palestyńskiej. Palestyńczycy są traktowani protekcjonalnie, jakby nie mieli historii katastrofalnego przywództwa, własnych frakcji czy wewnętrznych represji. Państwo palestyńskie przywołuje się bez analizy przyczyn, dla których nie istnieje: rządów Hamasu, upadku Autonomii oraz odmowy porzucenia polityki maksymalistycznej. Zamiast tego Izraelczycy są przedstawiani jako złoczyńcy, a Palestyńczycy jako symbole w cudzej moralitetowej sztuce, a nie dorośli ludzie uwięzieni w zrujnowanym porządku politycznym, który częściowo sami stworzyli.

Bilans Partii Pracy pod rządami Starmera jest jednoznaczny. Uznanie państwowości Palestyny 21 września 2025 r., podczas gdy Hamas wciąż przetrzymywał zakładników, było sygnałem dla terrorystów: czas działa na waszą korzyść, a zachodnie rządy zapewnią wam zyski polityczne niezależnie od waszych działań. Przywrócenie finansowania UNRWA oraz zawieszenie eksportu broni do Izraela w dniu pogrzebu zamordowanego zakładnika Hersha Goldberga-Polina były kolejnymi ciosami w wiarygodność brytyjskiej dyplomacji. Przesłanie było brutalne: Hamas zabija, a Wielka Brytania ogranicza środki obronne Izraela.

Teraz Burnham twierdzi, że tamte decyzje były błędne – nie dlatego, że stanowiły moralną porażkę, ale dlatego, że nie były wystarczająco dotkliwe.

Wszystko to sugeruje powrót „starej” Partii Pracy pod wodzą Corbyna: obsesyjna kontrola państwa żydowskiego, rytualne współczucie dla Palestyńczyków i milczenie na temat ruchu dżihadystycznego. W międzyczasie brytyjska klasa polityczna zamiast zajmować się zapaścią własnej służby zdrowia (NHS), woli prowadzić niekończące się debaty o Izraelu. Jest to wygodny sposób na rzutowanie własnej prawości przy niewielkich osobistych kosztach.

Andy Burnham, schlebiając opinii publicznej, znajduje bezpieczny sposób na zdobycie oklasków, rzucając jednocześnie społeczność żydowską na pastwę losu. To żałosne. Jeśli Burnham uważa, że obrona Izraela po 7 października jest czymś, co należy potępić, to jak można mu zaufać, że będzie bronił Wielkiej Brytanii w sytuacjach wymagających trudnych decyzji wojskowych?

Hamas doskonale rozumie tę słabość. Wie, że brytyjscy politycy uroczyście potępią antysemityzm, a następnie poświęcą każdą chwilę na legitymizowanie strategii informacyjnej zbudowanej z krwi, betonu i ofiar z ludzi. Burnham nie oferuje drogi do pokoju. Oferuje moralne tchórzostwo, antysemickie oszczerstwa i tanie zwycięstwa wyborcze przebrane za współczucie. Najbliższe lata zapowiadają się politycznie długo i mrocznie.

Antysemityzm w Partii Pracy powraca


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.