
Michael Oren
Wybory Izraela w obliczu porozumienia między USA a Iranem
Wczoraj wieczorem, z okazji 80. urodzin prezydenta Trumpa, dziesiątki tysięcy widzów zgromadziło się na Południowym Trawniku Białego Domu, by obejrzeć na żywo galę UFC. Wielu obserwatorów uznało, że to połączenie politycznego widowiska i brutalnej przemocy miało wręcz surrealistyczny charakter. W tym samym czasie prezydent ogłosił rychłe podpisanie porozumienia, które ma stanowić „przełomowy moment dla amerykańskiej dyplomacji, kończący dziesięciolecia wrogości i zapewniający stabilność na niespokojnym Bliskim Wschodzie”. Dla Izraelczyków – podobnie jak walki na trawniku Białego Domu – oświadczenie to było szokujące, kuriozalne i brutalne.
Zaledwie cztery miesiące temu siły amerykańskie stanęły ramię w ramię z Siłami Obronnymi Izraela (IDF) w najbardziej spektakularnym akcie braterstwa broni w historii tego sojuszu. Izraelscy piloci, żołnierze i dowódcy ściśle współpracowali ze swoimi amerykańskimi odpowiednikami, przeprowadzając tysiące udanych misji. Nasi przywódcy wydawali się całkowicie zgodni co do ostatecznych celów wojny: obalenia dżihadystycznego reżimu w Iranie, zlikwidowania jego potencjału nuklearnego i balistycznego oraz ukrócenia jego wsparcia dla globalnego terroryzmu. Przyjaźń Benjamina Netanjahu z Donaldem Trumpem sprawiała wrażenie głębokiej i nierozerwalnej – przewyższającej relacje Icchaka Rabina z Billem Clintonem, a być może nawet Franklina D. Roosevelta z Winstonem Churchillem. Wizja Bliskiego Wschodu uwolnionego spod jarzma Islamskiej Republiki, zjednoczonego w pokoju i dobrobycie, wydawała się na wyciągnięcie ręki.
Wtedy jednak sytuacja gwałtownie uległa zmianie. Iran zaatakował sąsiednie kraje wydobywające ropę naftową za pomocą pocisków balistycznych oraz dronów, a także zablokował strategicznie kluczową Cieśninę Ormuz. Światowe ceny ropy poszybowały w górę, a coraz większa większość Amerykanów – rozczarowana tym, że Trumpowi nie udało się dotrzymać obietnicy o unikaniu uwikłania w niekończące się wojny zagraniczne – zaczęła domagać się natychmiastowego zawieszenia broni. Ajatollahowie, wykazujący znacznie większą odporność na ponoszenie kosztów i cierpienie, wiedzieli, że mają przewagę. Wykorzystali ją bezwzględnie, wywierając presję na Trumpa, by ten przestał sprzeciwiać się ich programowi rakietowemu oraz sieci organizacji terrorystycznych, i podjął szerokie rozmowy w kwestiach nuklearnych – wszystko w zamian za ponowne otwarcie cieśniny.
Teheran postawił jednak twardy warunek: porozumienie miało zmusić Izrael do zaprzestania działań obronnych na północy przed atakami Hezbollahu, a nawet do całkowitego wycofania oddziałów IDF z południowego Libanu. Gdy w odpowiedzi na kolejne uderzenia dronów Hezbollahu Izrael zbombardował Bejrut, Trump nazwał Netanjahu „pieprzonym szaleńcem” i zażądał natychmiastowego wstrzymania wszelkich operacji wojskowych.
Scena jest zatem gotowa na jedną z potencjalnie najbardziej wybuchowych konfrontacji w historii relacji między przywódcami Stanów Zjednoczonych i Izraela. Mało kto w Izraelu wierzy, że układ Trumpa z Iranem zakończy dekady wrogości i przyniesie regionowi stabilizację. Wręcz przeciwnie – Izraelczycy słusznie przygotowują się na kolejne wstrząsy, a nawet na pełnoskalową wojnę.
Obecna sytuacja stawia izraelskie władze przed bolesnym dylematem: albo porzucić północ kraju, albo zaryzykować otwarty konflikt z Waszyngtonem. Pierwsza opcja stanowi bezpośrednie zagrożenie egzystencjalne dla całego państwa – rakiety Hezbollahu z łatwością mogą dosięgnąć Tel Awiwu – podczas gdy druga grozi odcięciem dostaw kluczowej amunicji, a nawet potępieniem rezolucjami ONZ. Co więcej, decyzję tę przyjdzie nam podjąć w momencie, gdy po raz pierwszy w naszej historii nie mamy żadnej osłony politycznej – straciliśmy możliwość szukania parawanu w Kongresie, u Demokratów czy u naszych tradycyjnych przyjaciół w Europie. Izrael stoi dziś praktycznie sam.
Zapytany wczoraj przez The Wall Street Journal, co moim zdaniem zrobi Netanjahu, odpowiedziałem, że nie chodzi o to, co premier „może” zrobić, lecz o to, co zrobić „musi”. Najważniejszym obowiązkiem szefa rządu jest obrona kraju za wszelką cenę – nawet za cenę gwałtownej, negatywnej reakcji ze strony Stanów Zjednoczonych. Podobnie jak przed laty Menachem Begin, który zniszczył iracki reaktor atomowy, czy Lewi Eszkol, który rozpoczął wojnę sześciodniową – obaj wbrew kategorycznemu sprzeciwowi Ameryki – tak i dziś Netanjahu musi postawić bezpieczeństwo Izraela na pierwszym miejscu.
Ronald Reagan, uchodzący za prezydenta niezwykle przychylnego Izraelowi, zareagował na uderzenie na iracki reaktor w Osiraku wstrzymaniem dostaw myśliwców F-16 dla IDF oraz poparciem Iraku przy potępieniu Izraela w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Mimo to Izrael przetrwał tamten kryzys. Tak samo dzisiaj kraj poradzi sobie z ewentualnym gniewem Trumpa. Izrael nie może jednak pozwolić sobie na utratę północnych terytoriów ani na rezygnację z fundamentalnego prawa do obrony.
Kontynuując operacje przeciwko Hezbollahowi i lawirując w skomplikowanych relacjach z USA, musimy przede wszystkim skonsolidować się wewnętrznie, by sprostać nadchodzącym wyzwaniom. Konieczne jest zdecydowane zasypanie podziałów społecznych między środowiskami religijnymi a świeckimi, prawicą a lewicą. Musimy natychmiast rozwiązać kryzys wokół służby wojskowej charedim (ortodoksów), znacząco rozszerzyć system wsparcia dla rezerwistów oraz ewakuowanych mieszkańców północy, a także podtrzymać narodową wolę walki. Musimy też masowo zainwestować w dyplomację publiczną i zdywersyfikować naszą politykę zagraniczną, silniej wiążąc się z partnerami w Azji, Afryce i Ameryce Południowej. Tylko zjednoczeni i zahartowani zdołamy ponownie zwyciężyć.
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

