
Phyllis Chesler
Archiwalny dylemat pewnej kobiety
W jaki sposób ludzie pragną „trwać w pamięci”? Wielu uważa, że sposobem na to jest posiadanie dzieci – to droga do przekazania własnych genów i, miejmy nadzieję, również wyznawanych wartości. Albumy pełne zdjęć dla wnuków i prawnuków to od dawna stosowana metoda na ocalenie od zapomnienia. Z kolei filantropi fundują muzea, opery, programy uniwersyteckie, stadiony sportowe czy miejsca kultu, otrzymując w zamian pamiątkowe tabliczki i stałe miejsce w programach uroczystości.
Nie spędziłam swojego życia na ziemi na gromadzeniu dóbr materialnych. Byłoby to może miłe, ale nie stanowiło ani mojej mocnej strony, ani mojego przeznaczenia. Nie zbudowałam żadnych pałaców ani wiejskich rezydencji, nie dowodziłam też armiami w pełnym rynsztunku. W przyszłości żaden budynek ani rzeźba przedstawiająca moją twarz nie obróci się w proch, jak posąg „Ozymandiasa” z wiersza Percy’ego Bysshe Shelleya.
Moje dobre uczynki na ziemi wkrótce odejdą w niepamięć, ale mam nadzieję, że zostaną zapamiętane w Życiu Wiecznym.
Jako intelektualistka, uczona (była pracownica akademicka), dziennikarka, aktywistka, myślicielka i mistrzyni słowa mam nadzieję, że każde napisane przeze mnie słowo pozostanie dostępne tak długo, jak długo będzie istniał czas. Jako świadek historii, którą sama przeżyłam, pragnę skorygować – choćby w niewielkim stopniu – nieustanne, rewizjonistyczne interpretacje wydarzeń i biografii zalewające internet. Chcę przeciwdziałać coraz częstszemu znikaniu obiektywnej prawdy w jakiejś orwellowskiej „dziurze pamięci”, co ma na celu retuszowanie jednych życiorysów przy jednoczesnym demonizowaniu niewinnych i gloryfikowaniu ich prześladowców.
Dlaczego właśnie teraz o tym myślę? Cóż, wkrótce skończę 86 lat i choć to tylko liczba, nasuwają mi się dość heretyckie myśli – a mianowicie, że ja również pewnego dnia mogę „opuścić ten śmiertelny świat”. Oczywiście jestem tylko człowiekiem, więc podświadomie w to nie wierzę. Ale w pewnym sensie muszę w to wierzyć… bo dlaczego inaczej pisałabym jak szalona i prowadziła życie niemal monastyczne?
Zadaję sobie pytanie: „Za kogo ty się uważasz?”. Oto powód, dla którego chcę, by moje dzieło zostało bardzo skrupulatnie zachowane: każde słowo, jakie kiedykolwiek napisałam, każdy wygłoszony wykład i udzielony wywiad; wszystkie szkice moich dwudziestu dwóch książek oraz tysięcy artykułów i opracowań; rozmowy, których udzieliłam, a co ważniejsze – opowieści ludzi, z którymi sama przeprowadzałam wywiady; moje prezentacje z zajęć, kasety audio i wideo, kalendarze, obszerne zbiory fotografii, opublikowane i nieopublikowane prace, zgromadzone materiały badawcze oraz ogromna korespondencja.
Oto moje pałace i chcę, by mogły podróżować w czasie. Tworzyłam idee, wizje i analizy oraz prowadziłam rozmowy, które mają przetrwać wieki i być dostępne dla ludzi na całym świecie, gdziekolwiek się znajdują.
Wczoraj rozmawiałam z kobietą mówiącą w języku dari, która od niedawna jako wolontariuszka udziela porad afgańskim kobietom uwięzionym przez talibów. Powiedziała mi: „Phyllis, mam twoją książkę Woman’s Inhumanity to Woman tuż obok komputera i cytuję ją podczas każdej sesji poradnictwa online. Te kobiety nie płaczą z powodu tego, że są sprzedawane jako żony znacznie starszym mężczyznom – choć to się zdarza. Ich głównym dramatem jest to, jak bardzo znęcają się nad nimi ich własne matki. Nieustannie. Codziennie. Obwiniają za to siebie i trwa to przez całe ich życie. Nie wiedzą, jak to rozumieć – a dzięki twojej książce mogę im to wszystko wyjaśnić”.
To właśnie ten tytuł irańskie kobiety kilka lat temu nielegalnie skopiowały i przetłumaczyły na język farsi. Te odważne kobiety przesłały mi egzemplarz z piękną okładką i poprosiły o rozmowę przez aplikację Zoom. Powiedziałam im: „Ale przecież jestem rzekomą islamofobką, rasistką, syjonistką i radykalną feministką”. A jednak nalegały na spotkanie. Rozmowy się odbyły – uczestniczyły w nich zarówno kobiety mieszkające w Teheranie, jak i irańskie emigrantki z całego świata.
Choć nie pamiętam, bym otrzymała za nią jakąkolwiek zaliczkę (mogę się mylić), książka ta ukazała się również w języku chińskim. Młoda stażystka z Chin zapewniła mnie, że jestem w jej kraju „bardzo sławną kobietą”. Co takiego? Błagałam ją, żeby zamówiła dla mnie kilka egzemplarzy, i tak też zrobiła.
Kiedy udzielałam wywiadów na ten temat w odległych zakątkach świata, takich jak Brazylia, Nepal czy Australia, dziennikarze zawsze pytali: „Skąd wiesz tak wiele o kobietach w naszym kraju?”.
A przecież przed publikacją tej książki ostrzegała mnie większość ikon amerykańskiego feminizmu – nie chciały jej poprzeć. Ich komentarze były pogardliwe, a zarazem pouczające: „Mężczyźni wykorzystają to przeciwko nam. Nie rób tego”. „Czy zamierzasz podawać nazwiska?” (co ja miałam, opublikować książkę telefoniczną?). „Miałam bardzo dobre relacje z matką. To, co napisałaś, nie może być prawdą”. Jedna z liderek ruchu stwierdziła wręcz: „Nie chcę nawet czytać książki o takim tytule”.
A cztery lata temu, kiedy zajrzałam na portal Academia.edu, ku mojemu zdumieniu odkryłam, że moje prace – nie tylko Woman’s Inhumanity to Woman, ale także większość innych książek oraz badania dotyczące zabójstw honorowych – zostały zacytowane ponad 7000 razy w dziewięćdziesięciu siedmiu (97) krajach.
Oto dlaczego właśnie teraz o tym myślę. Tak wiele bibliotek i archiwów uniwersyteckich drastycznie ograniczyło zasoby, które decydują się przyjąć i przechowywać. Tłumaczą to cięciami finansowymi lub sztywnymi, formalnymi zasadami archiwizacji. Innymi słowy: jeśli część jakiegoś archiwum znajduje się już w jednym miejscu, żadna inna instytucja nie przyjmie tego, czego ta pierwsza nie chciała. Nie wiem już, co robić.
Jak zwykli śmiertelnicy pragną zostać zapamiętani?
Kategorie: Uncategorized

