
Większość ludzi nigdy nie słyszała o Willym Cohnie. A powinna.
Cohn nie był politykiem ani dowódcą wojskowym. Nie był też sławnym filozofem. Był żydowskim historykiem, nauczycielem, mężem, ojcem i dumnym Niemcem, który wierzył, że kraj, który kochał, wciąż jest w stanie sprostać własnym ideałom.
Kiedy w styczniu 1933 roku Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec, Cohn zaczął prowadzić dziennik. Tego samego dnia zapisał zdanie, które rozbrzmiewa mocno nawet po blisko stu latach: „W każdym razie nastały burzliwe czasy, zwłaszcza dla nas, Żydów. Siedzimy w pułapce na myszy”.
Nie wiedział, dokąd ostatecznie zaprowadzi go ta pułapka. Nikt inny też nie wiedział. Cohn nie próbował pisać historii – próbował ją zrozumieć. Każdy wpis dokumentował powolny rozpad cywilizowanego społeczeństwa. Nie z perspektywy kogoś, kto spogląda wstecz z pełną świadomością, lecz z punktu widzenia zwykłego obywatela, który zastanawiał się, czy świat wokół niego zmienia się szybciej, niż ludzie są skłonni przyznać.
Dzienniki te zostały opublikowane pod tytułem No Justice in Germany. Każdy Kanadyjczyk powinien je przeczytać – nie dlatego, że Kanada to nazistowskie Niemcy, bo nie jest; ani dlatego, że historia powtarza się w przewidywalny sposób. Powinien je przeczytać, ponieważ Cohn przypomina nam o czymś, o czym każde pokolenie zdaje się zapominać: społeczeństwa rzadko upadają z dnia na dzień. One dryfują. Idą na kompromisy. Normalizują sytuacje i tłumaczą sobie to, co zaledwie kilka lat wcześniej wstrząsnęłoby ich sumieniem.
Słowa Cohna mają znaczenie nie jako przepowiednia, lecz jako ostrzeżenie. Czytając go dzisiaj, uderza mnie nie to, co pisze o końcu, lecz o początku. Nie zaczyna od obozów zagłady – zaczyna od wykluczenia. Od powolnego uświadamiania sobie, że Żydzi nie są już traktowani jak współobywatele, lecz jak „problem”, którym należy się zająć. Obserwuje, jak zmienia się język, jak dostosowują się instytucje, jak sąsiedzi milczą, a uprzedzenia zyskują szacunek, bo nadano im moralne uzasadnienie.
To lekcja, której zbyt wielu nie wyciąga z wydarzeń z 1933 roku: Holokaust nie zaczął się od Auschwitz. Zaczął się w momencie, gdy społeczeństwo zaakceptowało myśl, że Żydów można traktować według innych zasad. Historia ma niebezpieczny zwyczaj bycia zapamiętywaną wyłącznie w swoim punkcie kulminacyjnym. Pamiętamy obozy, bo budzą przerażenie, ale zapominamy o latach, które je umożliwiły – latach, w których dyskryminację usprawiedliwiano, a wykluczenie przedstawiano jako przejaw sprawiedliwości. O latach, w których zwykli ludzie przekonywali samych siebie, że nie są pełni uprzedzeń, ponieważ znaleźli nowe słownictwo do opisania tej samej, starej nienawiści.
Dlatego pamiętnik Cohna wydaje się tak aktualny. Mechanizmy, dzięki którym uprzedzenia zyskują społeczną akceptację, zasługują na naszą uwagę, gdziekolwiek się pojawiają.
Od 7 października wielu kanadyjskich Żydów odczuło, że coś się zmieniło. Ta zmiana nie zaczęła się od przemocy – zaczęła się od języka. Słowo „Żyd” stało się mniej modne, a jego miejsce zajęło słowo „syjonista”. W kółko mówi się Żydom, że nie są atakowani za swoje pochodzenie, lecz dlatego, że są „syjonistami”. To rozróżnienie przedstawia się jako moralnie oczywiste.
Dla przeważającej większości Żydów syjonizm nie jest jedynie preferencją polityczną. To przekonanie, że naród żydowski – po wiekach wygnania, pogromów i Holokaustu – ma takie samo prawo do samostanowienia, jak każdy inny naród. Żydzi gorąco spierają się o izraelskie rządy, wybory czy politykę publiczną; te debaty są nieodłączną częścią życia żydowskiego. Jednak wiara w prawo Izraela do istnienia to nie to samo, co bezkrytyczne poparcie dla każdej decyzji rządu. Coraz częściej to rozróżnienie zanika, a termin „syjonista” jest używany nie do opisu stanowiska politycznego, lecz do uznania całej społeczności za moralnie podejrzaną.
Rzeczywistość obnaża tę retorykę. Kule wystrzelone w kierunku żydowskich szkół nie pytały, czy dzieci wewnątrz popierają tę czy inną partię polityczną. Bomby zapalające rzucane w synagogi nie rozróżniały między Żydami religijnymi a świeckimi. Studenci czujący się zastraszeni na kampusach rzadko są pytani o swoje poglądy na politykę Izraela – są atakowani, ponieważ są Żydami lub zakłada się, że z racji pochodzenia ponoszą odpowiedzialność za działania państwa.
Dlatego tak wielu kanadyjskich Żydów słyszy w słowie „syjonista” echo znacznie starszego schematu: zastąpienia jednej etykiety drugą i przemiany sąsiadów w symbole.
Oczywiście, każda demokracja powinna liczyć się z krytyką, także rządów Izraela. Pytanie brzmi jednak: czy ta krytyka nie stała się w wielu przypadkach pretekstem do traktowania instytucji żydowskich, szkół, organizacji charytatywnych czy przedsiębiorstw jako dopuszczalnych celów ataków?
Kanada nie stoi w obliczu sytuacji z 1933 roku, ale stoi przed własnym wyzwaniem: czy potrafi rozpoznać narastający antysemityzm, zanim stanie się on normą? Czy potrafi bronić praw obywatelskich Żydów, nie wymagając od nich rezygnacji z części ich tożsamości? Czy potrafi odróżnić różnicę zdań od zbiorowego ataku na mniejszość?
Cohn pisał o momencie, w którym obywatel zaczyna czuć się jak obcy we własnym kraju. Mark Carney przyznał niedawno, że antysemityzm w Kanadzie osiągnął poziom niespotykany w okresie powojennym. Samo uznanie problemu to jednak za mało. Kiedy kanadyjscy Żydzi mówią, że czują się coraz bardziej izolowani, potrzebują czegoś więcej niż oświadczeń. Potrzebują pewności, że instytucje rozumieją naturę tego wykluczenia i są gotowe stawić mu czoła z konsekwencją.
W sierpniu 1935 roku Cohn zapisał: „Od teraz zamierzam bardziej wnikliwie dokumentować losy naszego narodu żydowskiego; być może zainteresuje to przyszłe pokolenia”.
Tymi pokoleniami jesteśmy my. Cohn nie wiedział, czy ktokolwiek przeczyta jego słowa – pisał, ponieważ samo składanie świadectwa było aktem oporu. Nigdy nie spodziewał się, że stanie się jednym z wielkich świadków historii. Po prostu nie chciał odwracać wzroku.
To jest teraz naszym obowiązkiem. Nie po to, by na siłę szukać analogii, ale by pamiętać, że najmroczniejsze rozdziały historii nie zaczęły się wtedy, gdy świat w końcu dostrzegł zło. Zaczęły się wtedy, gdy zwykli ludzie przestali dostrzegać mniejsze kompromisy, które to zło umożliwiły.
W Unapologetically Jewish nie prosimy o bezkrytyczność. Prosimy o coś fundamentalnego: zauważcie, co się dzieje, gdy Żydzi zaczynają tracić poczucie przynależności. Zauważcie, co się dzieje, gdy „syjonista” staje się etykietą wykluczającą z kręgu troski moralnej. Zauważcie znaki ostrzegawcze, póki są jeszcze tylko ostrzeżeniami.
Willy Cohn pisał dla pokoleń, których nigdy nie spotkał. My jesteśmy tymi pokoleniami. Pozostaje tylko pytanie: czy jesteśmy gotowi słuchać?
Człowiek, który przewidział nadejście 1933 roku
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


Świata nie zmienimy.
Ale dzis istnieje Izrael.
I jego istnienie zmienia los Żydów jeżeli Żydzi będą zdeterminowani aby go obronić. .