Uncategorized

Tysiąc celebrytów właśnie podpisało list. To nie jest dobra wiadomość.

Autor: Hen Mazzig

W maju 2019 roku Madonna wystąpiła na scenie Expo w Tel Awiwie. Rok wcześniej Netta wygrała konkurs utworem „Toy”. Tamtej wiosny Izrael był gospodarzem Eurowizji, którą obejrzały 182 miliony widzów, a fani uznali ją później za najlepszą produkcję dekady. Gdyby wtedy ktoś powiedział, że tysiąc hollywoodzkich gwiazd będzie musiało pewnego dnia podpisać list otwarty, by bronić samego prawa Izraela do występów na tej scenie, brzmiałoby to jak szaleństwo.

Sześć lat później, w sali konferencyjnej w Genewie, delegacja Holandii demonstracyjnie opuszcza zgromadzenie ogólne Europejskiej Unii Nadawców (EBU). W jej ślady idzie Hiszpania. Irlandia, Słowenia i Islandia wycofują się z debaty w ciągu tygodnia. Po raz pierwszy od piętnastu lat rozpada się sojusz krajów tzw. „Wielkiej Piątki”. Nemo, reprezentant Szwajcarii, który triumfował w 2024 roku, w geście protestu odsyła swoje trofeum do EBU pocztą.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma momentami, w 2024 roku, siedziałem w studiu telewizyjnym naprzeciwko Piersa Morgana, przekonując na żywo przed kamerami, że Izrael ma pełne prawo brać udział w Eurowizji.

Dorastałem, oglądając historyczny triumf Dany International w 1998 roku i sukces Netty w roku 2018. Byłem osobiście w Tel Awiwie na finale w roku 2019. Przez całe moje życie, aż do 7 października, konieczność dowodzenia w brytyjskiej telewizji, że izraelski artysta ma prawo startować w konkursie piosenki, wydałaby mi się absurdem. W 2024 roku była to już smutna konieczność. Dwa lata po tamtym wywiadzie tysiąc wpływowych osób podpisuje petycję, w której powtarza dokładnie te same argumenty, które ja wykrzykiwałem z telewizyjnego fotela.

List opublikowano 15 kwietnia 2026 roku. Podpisało go tysiąc osób, w tym Helen Mirren, Gene Simmons, Scooter Braun, dyrektor generalny Sony Pictures, prezes Universal Music Publishing oraz szef Recording Academy. Tysiąc prominentnych postaci z branży rozrywkowej zjednoczyło siły, by wywalczyć dla Noama Bettana – dwudziestoletniego reprezentanta Izraela – możliwość wykonania piosenki „Michelle” na eurowizyjnej scenie. Warto wczytać się w to głębiej: tysiąc potężnych nazwisk angażuje się w sprawę zwykłego festiwalu muzycznego.

To najlepszy dowód na to, jak bardzo zmieniły się czasy.

Jednym z sygnatariuszy jest Assi Azar. To ten sam Assi, który współprowadził Eurowizję 2019 w Tel Awiwie – tę samą, o której wspomniałem na początku. Był wtedy twarzą momentu, który wszyscy naiwnie braliśmy za trwały standard.

Miesiąc po 7 października Assi wrócił przed kamery. Poprowadził program HaKokhav Haba – izraelskie reality show, które wyłoniło Eden Golan na konkurs w Malmö, Yuvala Raphaela do Bazylei, a w tym roku Noama Bettana do Wiednia. Zapytałem go, jak wspomina ten pierwszy dzień przesłuchań. Jak to jest: przejść drogę od prowadzenia spektakularnego, radosnego finału w Tel Awiwie do wybierania dwudziestolatka, który lada moment będzie musiał stawić czoła wrogiemu tłumowi w Europie? Minęło zaledwie sześć lat.

Każdy podpis na tym kwietniowym liście to rachunek za coś, co jeszcze niedawno dostawaliśmy zupełnie za darmo.

Nikt nie tworzy takich petycji bez powodu. Ten list powstał jako reakcja na równoległe, potężne kampanie, które w ciągu ostatnich dwóch lat zebrały tysiące podpisów największych gwiazd muzyki pop, kina i platform streamingowych. Tamte manifesty wzywają do całkowitej izolacji kulturalnej Izraela, a Eurowizja stała się ich głównym celem. Dlatego obecność tysiąca nazwisk na liście poparcia dla Izraela nie jest demonstracją siły. To jedynie desperacka odpowiedź na znacznie większą siłę uderzającą z drugiej strony. Reprezentantka Ukrainy nie potrzebuje przecież, by Helen Mirren gwarantowała jej prawo do śpiewania. Potrzebuje tego wyłącznie reprezentant Izraela – a ci, którzy stają w jego obronie, wciąż są w mniejszości.

Machina stojąca za tą obroną jest dziś ogromna: Creative Community for Peace, ADL, StandWithUs, The Jewish Federation oraz kilkanaście mniejszych organizacji, wspieranych przez potężne kancelarie prawne i agencje PR. To stały, budowany przez dekady przez profesjonalistów aparat obronny, który regularnie generuje tego typu odezwy. Ten aparat działa i to prawdopodobnie dzięki niemu Noam Bettan w ogóle będzie mógł wyjść w maju na scenę. Przeraża mnie jednak to, co ta sytuacja obnaża. Cena za obecność żydowskich artystów w kulturze drastycznie wzrosła. Bycie żydowskim twórcą w przestrzeni publicznej stało się dziś skomplikowaną operacją logistyczną.

Wystarczy spojrzeć na wiek sygnatariuszy. Mirren ma 80 lat. Simmons – 76. Osbourne – 73. Messing – 57. Bialik – 50. Schumer – 44. To są budowniczowie. Przez cztery dekady to oni krok po kroku tworzyli silną pozycję Żydów w anglosaskiej branży rozrywkowej i doskonale pamiętają czasy, gdy ta obecność wcale nie była oczywista. Dziś bronią tej linii, bo bronią własnego dorobku.

Helen Mirren. Jeden z tysiąca podpisów. (Fot. Cindy Ord/Getty Images)

A teraz spójrzmy, kogo na tej liście brakuje. Nie ma tam ani jednej dwudziestopięcioletniej żydowskiej gwiazdy popu. Nie ma wpływowych komików z pokolenia Z, którzy gromadzą wielomilionowe zasięgi w mediach społecznościowych. Większość młodych woli milczeć.

Istnieje też trzecia, najbardziej bolesna kategoria: młodzi żydowscy artyści, którzy nie tylko nie milczą, ale aktywnie podpisują petycje drugiej strony. Wychowali się w świecie pełnym możliwości, który zbudowało dla nich starsze pokolenie, a dziś obracają się przeciwko niemu. Przykładem jest brytyjska piosenkarka Jessie Ware, ciesząca się ogromną popularnością wśród młodej, progresywnej publiczności. Od października 2023 roku regularnie podpisuje listy wzywające do bojkotu Izraela obok Dua Lipy czy Massive Attack. Występuje na wydarzeniach takich jak antyizraelski koncert „House Against Hate” w Londynie i publicznie popiera ruch, który domaga się wyrzucenia Noama Bettana z Eurowizji.

Podobnie trzydziestoletnia Hannah Einbinder, Amerykanka żydowskiego pochodzenia, która właśnie odebrała swoją pierwszą nagrodę Emmy za rolę w serialu „Hacks”. Wykorzystała swoją przemowę na podium, by wykrzyczeć hasło „Wolna Palestyna”, a wcześniej podpisała deklarację Film Workers for Palestine, zobowiązując się do bojkotu izraelskich instytucji filmowych. „Moim obowiązkiem jako Żydówki – tłumaczyła później za kulisami – jest wyraźne oddzielenie narodu żydowskiego od państwa Izrael”. Jakby to zastrzeżenie miało ją przed czymkolwiek uratować. To tylko dwa jaskrawe przykłady, a jest ich znacznie więcej.

Pod głośnym, medialnym sporem kryje się cichy, głęboki kryzys pokoleniowy. Generacja, która zbudowała kulturową legitymację dla obecności Żydów w świecie sztuki, ma dziś siedemdziesiąt, osiemdziesiąt lat i wciąż musi dźwigać ten ciężar na własnych barkach. Pokolenie, które ten kapitał odziedziczyło w prezencie, w większości woli stać z boku, a jego najgłośniejsza mniejszość robi wszystko, by obrócić w ruinę fundamenty, na których sama wyrosła.

Dlatego z jednej strony czuję ogromną wdzięczność. Dziękuję każdemu, kto podpisał ten kwietniowy list, za to, że po raz kolejny znaleźliście w sobie siłę, by nie ustąpić pola.

Z drugiej jednak strony – jakże potworne i przygnębiające jest to, że w ogóle musieliście to zrobić.

Tysiąc celebrytów właśnie podpisało list. To nie jest dobra wiadomość.

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.