
Autor Alicja Teodorescu
W skandalach związanych z Partią Lewicy niezwykłe nie są same ujawnione fakty, lecz zdziwienie, jakie wywołują. Kiedy ten sam schemat się powtarza, nie jest to już kwestia wyjątków, lecz niestabilnej kultury politycznej.
Człowiek jest z natury zmienny. Partie składają się z ludzi, dlatego – jeśli tylko chcą – mogą się zmienić. Ponieważ mają one ponadto tendencję do premiowania oportunizmu, czyli, mówiąc wprost, do zmiany poglądów, we wszystkich ugrupowaniach – jako konsekwencję nieodłącznego dążenia do władzy – można znaleźć mniej chwalebne karty.
Stanowiska te należy z kolei traktować jako wyraz tego, jak partie interpretują ducha czasu – za którym mogą podążać, któremu mogą się sprzeciwiać lub który mogą same współtworzyć. Wszystkie partie zmieniają się zatem z biegiem czasu – czasem z przekonania, czasem z konieczności, a nierzadko z czystego oportunizmu. Ostatecznie dostosowują się do grup wyborców, które chcą zdobyć, do kwestii, które ich zdaniem mogą przynieść sukces, oraz do tego, co kreatorzy opinii oceniają jako strategicznie korzystne.
Różnica między partiami nie polega zatem na tym, czy się zmieniają, ale na tym, co pozostaje w nich niezmienne, gdy wszystko wokół ulega zmianie.
Niektórym partiom poruszanie się w tej rzeczywistości przychodzi z większym trudem niż innym. Wynika to z wielu różnych czynników – częściowo z ideologicznych korzeni, które ujawniają fundamentalne spojrzenie na człowieka, państwo i relacje między nimi. Innym czynnikiem jest pogląd na to, w jaki sposób można osiągnąć zmianę społeczną (odgórnie, od wewnątrz czy oddolnie), szybko czy powoli, a także czy zmiana ma wartość sama w sobie. Konserwatyzm w tym kontekście dotyczy temperamentu, mądrego niespieszenia się, reformowania – co stanowi przeciwieństwo bardziej progresywnego podejścia, które gloryfikuje sam ruch, samą rewolucję.
W szwedzkim parlamencie istnieje partia, która zawsze staje po złej stronie, gdy wolność zderza się z ideami autorytarnymi. Partia o niezawodnej zdolności do usprawiedliwiania, relatywizowania lub tłumaczenia ucisku – o ile jest on sprawowany przez ruchy i reżimy postrzegane jako antyzachodnie.
To Partia Lewicy (Vänsterpartiet) – ugrupowanie, które zawsze schlebiało samemu sobie, twierdząc, że stoi po „właściwej stronie historii”, podczas gdy w praktyce konsekwentnie sprzymierzało się z najbardziej totalitarnymi reżimami w dziejach. Od komunistycznej tyranii Związku Radzieckiego i Chin Mao, przez Kubę reżimu Castro i następców Cháveza w Wenezueli, aż po Arafata i Pol Pota – wszędzie tam przebiega czerwona nić, w której lojalność ideologiczna zbyt często przeważała nad troską o wolność jednostki.
W dzisiejszych czasach partia ta, kierując się strategicznymi względami walki o władzę, pozwoliła na infiltrację swoich szeregów i świadomie przygarnęła islamistów, zagorzałych antysemitów oraz romantyków terroryzmu – przy czym nierzadko wszystkie te cechy można znaleźć u jednej i tej samej osoby.
Ujawnione w ostatnich dniach informacje (choć trudno nazwać to tajemnicą, skoro tak słabo ją ukrywano), że na listach Partii Lewicy w jesiennych wyborach znajduje się mnóstwo kandydatów gloryfikujących terroryzm, szerzących antysemityzm i zaprzeczających Holokaustowi, są zatrważające. Nie dlatego, że to, co wychodzi na jaw, powinno kogokolwiek dziwić – istotą strategii Partii Lewicy stało się bowiem sprzymierzanie z islamistami, którzy nienawidzą Żydów i szwedzkich wartości – ale dlatego, że pomimo tych dobrze znanych cech, w wielu szanowanych kręgach Partia Lewicy wciąż uchodzi za partię tych „dobrych”.
W dniach po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2024 roku rozwinęłam argumentację, którą już w wieczór wyborczy przedstawiłam w programie Aktuellt. Napisałam wówczas między innymi:
„W niedzielnych wyborach Partia Lewicy podwoiła swój wynik w Malmö. W wielu obszarach Rosengård – gdzie 60 procent mieszkańców urodziło się za granicą, a 26 procent to osoby urodzone w Szwecji, których oboje rodzice pochodzą z zagranicy (w samej dzielnicy Herrgården aż 96 procent mieszkańców ma zagraniczne korzenie, w większości z Iraku, byłej Jugosławii, Libanu, Bośni i Hercegowiny oraz Afganistanu) – partia ta uzyskała 50 procent głosów. We wspomnianym okręgu wyborczym Herrgården Partia Lewicy niemal dziesięciokrotnie zwiększyła poparcie: z 6,8 procent w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2019 roku do aż 61,8 procent w tym roku. W całym Malmö Partia Lewicy niemal podwoiła swój wynik z poprzednich wyborów europejskich, osiągając 19,4% w porównaniu do wcześniejszych 11%.
Podobnie sytuacja wygląda w innych miejscach w Szwecji. W okręgu Vantör 16, niedaleko Rågsved w południowym Sztokholmie, Partia Lewicy uzyskała 43,0%. Zapytany o sukcesy ugrupowania, Hassan Jamma, przewodniczący tamtejszej rady dzielnicy, odpowiada z przekonaniem:
»Jonas (Sjöstedt – przyp. aut.) jest przecież sympatyczny, miły i dobrze się spisał. Ale w tych stronach to nie Jonas przyciąga tłumy. Nie, tutaj chodzi o kwestię palestyńską. /…/ Wiele osób podchodziło do nas w centrum Högdalen i mówiło: „Zamierzam na was głosować, bo stoicie po stronie Palestyńczyków”. /…/ Na przedmieściach ta kwestia była o wiele ważniejsza niż ogólnie wśród reszty wyborców«.
Tak więc pomimo niskiej frekwencji wyborczej w tym regionie, wynoszącej nieco ponad 37 procent, ponad 40 procent głosujących oddało swój głos na Partię Lewicy. Skutkowało to również tym, że partia ta stała się największą siłą w 21 z 27 okręgów wyborczych w Vantör – na obszarach, które wcześniej były zdominowane przez Socjaldemokratów.
Zaledwie kilka dni przed wyborami liderka Partii Lewicy, Nooshi Dadgostar, opublikowała zdjęcie z ambasadorem Palestyny w Sztokholmie i napisała: »Wybory do Parlamentu Europejskiego to wybory dla Palestyny. Głosujcie na rzecz Palestyny. Głosujcie na Partię Lewicy!«
W dzienniku Sydsvenskan palestyński aktywista Aziz Elali bez owijania w bawełnę komentuje sukcesy Partii Lewicy:
»To partia, która od samego początku stała po stronie Palestyny. Wiemy, że oddamy na nią nasz głos. /…/ Ponieważ wiemy, że od wielu miesięcy mówi ona głośno, iż sprzeciwia się państwu terrorystycznemu. Mamy nadzieję, że zrobi jeszcze więcej i że naprawdę położy kres wszelkiej współpracy z terrorystycznym państwem Izrael«.
/…/ Zaledwie dwa dni po wyborach, gdy głosy były wciąż liczone, kilka znaczących postaci ruchu palestyńskiego opublikowało jasny komunikat:
»Gratulacje i proszę bardzo, Partio Lewicy i Partio Zielonych, za dobry wynik w wyborach do UE. Ruch palestyński i inne międzynarodowe ruchy solidarnościowe to siła polityczna, z którą należy się liczyć. Poparcie ruchu palestyńskiego nie jest jednak bezwarunkowe«.
Oczywiście, że to poparcie nie jest „bezwarunkowe” – o czym wspomniane partie doskonale wiedzą. Ich wniosek, biorąc pod uwagę wynik wyborów, który dał Partii Lewicy kolejny mandat, powinien brzmieć: należy kontynuować obraną drogę. Po co zmieniać strategię, która przyniosła wyborczy sukces?
/…/ To, co podkreśliłam w programie Aktuellt, było dokładnie tym, co sami mówią palestyńscy aktywiści i przedstawiciele lewicy: sukces Partii Lewicy i Partii Zielonych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wynikał z jednoznacznego opowiedzenia się po stronie Palestyny (i przeciwko Izraelowi, co w tym kontekście jest co najmniej równie ważne; często bowiem ten, kto nienawidzi Żydów, robi to silniej, niż współczuje Palestyńczykom).
Ponadto nie jest tajemnicą, że wielu wyborców lewicy, zwłaszcza Partii Lewicy (V), pochodzi z krajów, w których antysemityzm jest zarówno wspierany przez państwo, jak i społecznie legitymizowany. Faktu, że wśród tych wyborców występują silne tendencje do „głosowania klanowego”, wiele partii – w szczególności Socjaldemokraci – miało już okazję doświadczyć na własnej skórze”.
Nie należy tu również lekceważyć wymiaru polityki tożsamościowej. Gdy zachęca się ludzi do działania wyłącznie jako przedstawiciele danej grupy etnicznej lub religijnej, prowadzi to do postaw bardziej tożsamościowych i nacjonalistycznych (choć niekoniecznie zorientowanych na Szwecję), co oczywiście ma ogromny wpływ na wyniki poszczególnych wyborów.
Zwracanie uwagi na ten stan rzeczy nie jest „niedemokratyczne”, jak nieporadnie próbuje to przedstawiać publicysta Åhlund, lecz jest realistycznym spojrzeniem na wzorzec zachowań, który w praktyce może doprowadzić do demontażu demokracji. Jeśli bowiem przy urnach wyborczych to nie ideologia, a tożsamość grupowa odgrywa kluczową rolę, wpłynie to destrukcyjnie na całą politykę.
Ponadto napisałam wówczas:
„Innymi słowy, interesująca jest nie tyle sama zmiana demograficzna, ile to, co ta zmiana oznacza dla kultury i wartości – a w dalszej perspektywie dla wyników wyborów, jeśli imigranci głosują na podstawie innych parametrów, takich jak pochodzenie etniczne i religia, niż robi to większość społeczeństwa.
W demokracji każdy może głosować tak, jak chce, i na podstawie dowolnych kryteriów, a głosy wszystkich obywateli Szwecji mają dokładnie taką samą wartość – co do tego nie ma wątpliwości. Można to jednak stwierdzić, jednocześnie zauważając, że zachodzące zmiany są szkodliwe dla procesu demokratycznego. Szkodliwe jest również to, że coraz większa mniejszość odczuwa większą lojalność wobec interesów i konfliktów swoich dawnych ojczyzn niż wobec kraju, w którym fizycznie mieszka – co w konsekwencji prowadzi do prześladowań i zagrożeń dla szwedzkiej mniejszości żydowskiej.
Segregacja nie jest zatem wyłącznie kwestią ekonomii i wykluczenia społecznego, ale w najwyższym stopniu problemem tego, jakie wartości będą kształtować szwedzkie społeczeństwo”.
Nic nie wskazuje na to, by dynamika, którą opisałam dwa lata temu, wygasła. Wręcz przeciwnie. I właśnie w tym świetle należy postrzegać obecny skandal wokół Partii Lewicy. Ujawnienia, które zaczęły pojawiać się po 7 października 2023 roku – i które będą pojawiać się nadal, dopóki partia ta będzie łowić ekstremistyczny elektorat w rzekomo antyrasistowskich wodach – nie są niefortunnymi wypadkami przy pracy. To element przemyślanej strategii.
Ekstremiści są przyciągani celowo, ponieważ partia walczy o głosy ludzi wyznających takie radykalne wartości. Chodzi tu o potencjalnie bardzo dużą liczbę (muzułmańskich) wyborców, którzy w przeciwnym razie mogliby zrezygnować z głosowania lub przenieść swoje poparcie na którąś z nowo powstałych partii propalestyńskich.
Wszyscy, którzy zwracali uwagę na ten stosunkowo prosty fakt, byli natychmiast etykietowani jako islamofobowie. Amineh Kakabaveh, była (i de facto wypchnięta z partii) członkini Partii Lewicy, która kończyła swoją karierę polityczną jako posłanka niezależna w Riksdagu, napisała w odniesieniu do prymitywnego sposobu, w jaki Nooshi Dadgostar próbuje tuszować skandal:
„To, co się teraz dzieje, potwierdza to, przed czym od dawna ostrzegałam: socjalistyczna, feministyczna i świecka polityka nie może współistnieć ze strategią, która szuka poparcia wśród ruchów islamistycznych, sprzeciwiających się samostanowieniu kobiet, wolności jednostki i innym podstawowym prawom demokratycznym”.
Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że tego rodzaju postulaty są całkowicie sprzeczne z wartościami judeochrześcijańskimi, które stanowią fundament szwedzkiego ładu społecznego: prymatem jednostki nad zbiorowością, równouprawnieniem kobiet i mężczyzn, sekularyzmem, uniwersalizmem państwa prawa oraz przekonaniem, że ludzi należy oceniać przez pryzmat ich indywidualnych czynów, a nie jako przedstawicieli grupy etnicznej, religijnej czy kulturowej.
Jednak gdy polityka tożsamościowa stawia pochodzenie etniczne lub religię ponad tymi zasadami, charakter demokracji ulega mutacji. Polityka przestaje być debatą ideową, a staje się walką plemienną między grupami, co niszczy normy spajające pluralistyczne społeczeństwo – ze szkodą przede wszystkim dla mniejszości.
Dlatego kluczowe jest zrozumienie, że zjawiska, które obserwujemy, są ze sobą powiązane w sposób znacznie głębszy, niż się powszechnie uważa. Nie mamy do czynienia z serią odizolowanych incydentów; to problem systemowy i strukturalny (by użyć ulubionego pojęcia samej lewicy). Ludzie nienawidzący Żydów, którzy gromadzą się w strukturach Partii Lewicy i wokół niej, stanowiąc filar radykalnego „ruchu palestyńskiego”, często wysuwają szereg innych żądań zagrażających fundamentom demokracji.
Nienawiść do Żydów to jedynie element większego kompleksu ideologicznego, w skład którego wchodzą: myślenie spiskowe, antyamerykanizm, wrogość wobec Zachodu, głęboka nieufność do instytucji liberalnych oraz skłonność do dzielenia świata na ciemiężycieli i uciemiężonych na podstawie przynależności grupowej, a nie indywidualnej.
To poważne zagrożenie. Gdy polityka tożsamościowa przedkłada lojalność grupową nad uniwersalne zasady, ludzie zaczynają być oceniani na podstawie tego, kim są, a nie tego, co robią. Stąd już tylko krok do akceptacji odpowiedzialności zbiorowej, tworzenia hierarchii ofiar, a w konsekwencji – kreowania zbiorowych wrogów.
Sytuacja ta jest szczególnie groźna, ponieważ jej skutki nie dotykają wyłącznie mniejszości żydowskiej. Społeczeństwo, które oswaja się z antysemityzmem, z czasem oswoi się z każdą inną formą kolektywizmu. Ten sam błąd poznawczy, który pozwala na demonizowanie Żydów, umożliwia późniejsze traktowanie przeciwników politycznych z podejrzliwością, ograniczanie wolności słowa i legitymizowanie cenzury. Logika dzieląca ludzi na „dobre” i „złe” grupy nieuchronnie podkopuje zaufanie społeczne, praworządność i całą kulturę demokratyczną.
Właśnie dlatego powtarzające się skandale w Partii Lewicy są papierkiem lakmusowym stanu naszej demokracji. Najważniejsze wcale nie jest to, że media raz po raz przyłapują tę partię na promowaniu kandydatów o skrajnych poglądach – choć to już samo w sobie jest bulwersujące. Kluczowe pytanie brzmi: dlaczego tacy ludzie tak masowo trafiają właśnie do Partii Lewicy, dlaczego niemal wyłącznie są to osoby o korzeniach migracyjnych (często wyznania muzułmańskiego) i dlaczego partia ta za każdym razem wita ich z otwartymi ramionami?
Bo jeśli dach przecieka przy każdym deszczu, to czy nie nadszedł czas, by przestać obwiniać pogodę, a przyjrzeć się konstrukcji budynku?
Polityka opiera się na wysyłaniu sygnałów. Partie przyciągają takich wyborców, aktywistów i kandydatów, którzy czują, że ich światopogląd spotka się tam z akceptacją. Jeśli partia przez lata daje do zrozumienia, że doraźne interesy polityczne mają większą wagę niż obrona liberalnych zasad demokratycznych, to ludzie o takiej hierarchii wartości naturalnie zaczną zasilać jej szeregi. (Fakt, że we współczesnej Szwecji jest ich tak wielu, to temat na osobny felieton). Prędzej czy później ludzie ci zaczną domagać się realnych wpływów.
Właśnie w tym świetle należy oceniać obecny kryzys. Nie jest on anomalią na drodze rozwoju tej partii. Jest jego logiczną konsekwencją. Problem Partii Lewicy nie polega na tym, że po dziennikarskich śledztwach musi co chwilę pozbywać się kolejnych ekstremistów. Problem polega na tym, że ekstremiści ci z pełnym przekonaniem uznają Partię Lewicy za swój naturalny dom polityczny – i przez bardzo długi czas nikt nie wyprowadza ich z błędu.
Partia Lewicy zbiera to, co zasiała
Kategorie: Uncategorized

