Uncategorized

Światowa obsesja: obwinianie Izraela za wszystko

Autorka: Vanessa Berg

Fiksacja na punkcie państwa żydowskiego odwraca uwagę od znacznie poważniejszych wyzwań, które niszczą zachodnie społeczeństwa od wewnątrz.

Istnieje niezwykle prosty sposób, w jaki zachodni politycy mogliby i powinni mówić o Izraelu. Większość z nich jednak tego nie robi.

Zamiast tego dyskutują o Izraelu tak, jakby był on główną przyczyną niestabilności, podziałów, ekstremizmu, polaryzacji i niepokojów społecznych w ich własnych krajach. Traktują ten dziesięciomilionowy naród na wschodnim wybrzeżu Morza Śródziemnego tak, jakby ponosił on odpowiedzialność za kryzysy, które wyrosły wyłącznie na gruncie ich własnych porażek społeczno-politycznych, geopolitycznych i gospodarczych.

Rzeczywistość jest o wiele bardziej prozaiczna: Izrael nie jest powodem, dla którego ludziom żyje się źle. To nie przez Izrael koszty wynajmu mieszkań w Paryżu wymykają się spod kontroli. To nie przez Izrael młodych ludzi w Kalifornii nie stać na benzynę, a w Brukseli drastycznie rośnie przestępczość. Izrael nie odpowiada za to, że usługi publiczne na Zachodzie drastycznie podupadają, mimo stale rosnących podatków, ani za to, że w społeczeństwach demokratycznych całkowicie załamało się zaufanie do instytucji państwowych.

Codzienność ludzi stała się trudna, ponieważ ich właśni przywódcy przez dziesięciolecia podejmowali fatalne decyzje, a dziś odmawiają przyjęcia odpowiedzialności za ich konsekwencje. Izrael jest po prostu stabilnym, demokratycznym sojusznikiem w niestabilnym, lecz strategicznie kluczowym regionie. Na tym zaczyna się i kończy ta historia.

Ślepy pasażer izraelskiej technologii

Izrael to jeden z najważniejszych ośrodków innowacji na świecie. W przeliczeniu na jednego mieszkańca Izraelczycy tworzą oszałamiającą ilość nowoczesnych technologii. Ich przełomowe odkrycia rewolucjonizują cyberbezpieczeństwo, medycynę, rolnictwo, gospodarkę wodną, sztuczną inteligencję czy telekomunikację.

Miliardy ludzi na całym świecie każdego dnia korzystają z tych rozwiązań, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Podczas mojej ostatniej podróży po Europie jechałam Uberem. Kierowca, klucząc po mieście, korzystał z aplikacji Waze i jednocześnie opowiadał mi, jak głęboko nienawidzi „syjonistów”.

Absurd tej sytuacji całkowicie mu umykał. Nie dostrzegał ironii w tym, że polega na izraelskiej technologii, by wyznaczyć trasę, jednocześnie potępiając jej twórców; że zarabia na życie dzięki izraelskiemu wynalazkowi, atakując społeczeństwo, które go powołało do życia; że każdy jego skręt na drodze był sterowany izraelską pomysłowością, dzięki czemu mógł szybciej dowieźć mnie do celu i zyskać więcej czasu na narzekanie na Izraelczyków.

Tymczasem Izraelczycy nie spędzają czasu na obwinianiu Emmanuela Macrona za wysokie koszty życia w Tel Awiwie. Nie analizują swojego rynku mieszkaniowego, dochodząc do wniosku, że prawdziwym winowajcą jest Wenezuela. Nie obserwują dysfunkcji politycznych w Jerozolimie i nie zrzucają za nie odpowiedzialności na kanadyjskiego ekonomistę Marka Carneya.

Tylko na Zachodzie stało się normą, że politycy cynicznie wykorzystują Izrael jako wygodny parawan mający odwrócić uwagę od porażek na własnym podwórku. I to odwracanie uwagi staje się coraz bardziej groteskowe.

Sankcje dla babci, dyplomacja dla talibów

Przyjrzymy się Unii Europejskiej. Niedawno europejscy przywódcy hucznie ogłosili nałożenie sankcji na kilku Izraelczyków, w tym na Daniellę Weiss – 80-letnią, byłą burmistrz jednej z żydowskich społeczności w Judei i Samarii. Niemal w tym samym czasie ci sami europejscy urzędnicy nawiązali oficjalne kontakty dyplomatyczne z przedstawicielami talibów.

Zastanówmy się nad tym głębiej. Z jednej strony Bruksela poucza Izraelczyków o ekstremizmie i przemocy. Z drugiej – legitymizuje reżim, który całkowicie odciął dziewczęta od edukacji, brutalnie wymazał kobiety z przestrzeni publicznej i rządzi Afganistanem poprzez bezwzględną interpretację prawa szariatu.

Trudno o bardziej jaskrawą sprzeczność: żydowska babcia z Samarii zostaje objęta sankcjami, podczas gdy fundamentaliści islamscy są zapraszani na salony. Zachodni politycy uwielbiają powtarzać, że ekstremizm niesie za sobą konsekwencje. Najwyraźniej jednak to, jakie to będą konsekwencje, zależy wyłącznie od tego, kto owego ekstremizmu się dopuszcza.

Katarski wpływ pod nosem Waszyngtonu

Od lat rządy zachodnie traktują antyzachodnie ruchy ideologiczne z bezgraniczną cierpliwością, jednocześnie poddając demokratycznego sojusznika, jakim jest Izrael, bezwzględnej wiwisekcji. Grupom, które otwarcie plują na liberalne wartości, oferuje się nieskończone usprawiedliwienia i taryfy ulgowe. Jedyne państwo żydowskie na świecie spotyka się natomiast z permanentnym potępieniem.

Ta hipokryzja byłaby wręcz śmieszna, gdyby nie niosła za sobą katastrofalnych skutków. Podczas gdy elity polityczne mają obsesję na punkcie Izraela, realne i potężne zagrożenia rozrastają się tuż pod ich nosem.

Weźmy pod uwagę jedną z najważniejszych historii ostatniej dekady, która w mediach głównego nurtu przeszła niemal bez echa. Niedawny raport ujawnił, jak Katar wydał dziesiątki milionów dolarów na subtelne kształtowanie programów edukacyjnych w Stanach Zjednoczonych. Skala tego procederu poraża: materiały edukacyjne promujące katarski punkt widzenia trafiają do najmłodszych uczniów, programy szkoleniowe dla nauczycieli są powiązane z katarskimi instytucjami, a partnerstwa z uniwersytetami skutecznie wpływają na przyszłych pedagogów, dziennikarzy i decydentów. Projekty te rewolucjonizują programy nauczania w klasach oddalonych o tysiące kilometrów od Bliskiego Wschodu.

Pomyślmy o tym przez chwilę. Amerykanom bez przerwy powtarza się, że zagraniczna ingerencja to śmiertelne niebezpieczeństwo dla demokracji. Każe nam się zachowywać czujność wobec dezinformacji i operacji wpływu. Słyszymy ostrzeżenia, że wrogie reżimy próbują zhakować nasz sposób myślenia, głosowania i rozumienia rzeczywistości.

Jednak gdy bajecznie bogata monarchia z Zatoki Perskiej od lat pompuje fortunę w instytucje edukacyjne, pisze podręczniki dla dzieci, korumpuje uniwersytety i urabia grunt intelektualny pod przyszłe pokolenia, nikt nie bije na alarm.

Wyobraźmy sobie masową histerię, gdyby to Izrael przez dziesięciolecia umieszczał swoje materiały propagandowe w amerykańskich szkołach. Jak wyglądałyby nagłówki gazet, gdyby okazało się, że izraelskie organizacje finansują szkolenia dla nauczycieli mające na celu budowanie bezkrytycznego podziwu dla Tel Awiwu u siedmiolatków?

W mgnieniu oka zwołano by przesłuchania w Kongresie. Redakcje ścigałyby się w dziennikarskich śledztwach, a aktywiści grzmieliby o bezczelnej manipulacji amerykańskim systemem oświaty przez obce państwo. Gdy robi to Katar, ci sami ludzie nagle zaczynają dostrzegać „niuanse” i potrzebę „dialogu międzykulturowego”.

Wygodny piorunochron

Tu nawet nie chodzi o sam Katar. Chodzi o priorytety. Zachodni politycy, dziennikarze, akademicy i aktywiści marnują gigantyczny kapitał czasu na prześwietlanie Izraela. Każde nowe osiedle staje się newsem dnia w międzynarodowych wiadomościach. Każda operacja wojskowa wywołuje globalny skandal. Każde słowo izraelskiego urzędnika jest rozbijane na czynniki pierwsze i potępiane.

W tym samym czasie realne, wielkoskalowe wysiłki autorytarnych potęg zmierzające do destabilizacji zachodnich instytucji otrzymują zaledwie ochłapy uwagi.

Dlaczego Izrael bada się pod mikroskopem, podczas gdy autorytarne dyktatury, skrajne ruchy ekstremistyczne i wrogie operacje wywiadowcze ogląda się co najwyżej przez mocno zakurzoną lupę? Ponieważ Izrael stał się dla Zachodu wygodną psychologiczną obsesją. Łatwiej jest prawić kazania Izraelowi niż uzdrowić zapaść edukacyjną we własnym kraju. Łatwiej jest potępić Jerozolimę niż zbadać korupcyjne wpływy obcych mocarstw we własnych ministerstwach. Łatwiej jest zrzucić winę na Żydów niż wytłumaczyć własnym obywatelom, dlaczego ich standard życia drastycznie spada.

Dopóki uwaga opinii publicznej jest skutecznie przekierowywana na Izrael, siły, które faktycznie demontują i przebudowują zachodnie społeczeństwa, mogą działać w całkowitym cieniu. To nie jest błąd systemu. To celowa strategia.

Idealnym tego przykładem są Chiny. Podczas gdy Pekin bezwzględnie prze do dominacji w dziedzinie sztucznej inteligencji, dotując rodzimy sektor AI i rzucając otwarte wyzwanie technologiczne Stanom Zjednoczonym, chińskie media państwowe prowadzą skoordynowaną operację informacyjną na Zachodzie. Suflują narrację, według której amerykańska infrastruktura AI jest potwornym zagrożeniem dla środowiska, gospodarki i stabilności społecznej. Cel Pekinu jest jasny: osłabić konkurenta, przejąć globalne przywództwo technologiczne i zmonopolizować centra danych. To czysta, podręcznikowa rywalizacja mocarstw.

A jak reagują zachodni politycy? Wydają kolejne oświadczenie potępiające izraelski program mieszkaniowy. Absurd goni absurd. Obce rządy latami infekują systemy edukacji, finansują całe ekosystemy agresywnych aktywistów, dyktują narrację w mediach i systematycznie podkopują wiarę Zachodu we własne wartości – a elity w Waszyngtonie czy Paryżu odpowiadają na to kolejną rezolucją wymierzoną w Izrael.

Izrael jest po prostu przydatny. Służy jako idealny piorunochron. Absorbuje społeczne oburzenie, które w normalnych warunkach uderzyłoby w autorytarne reżimy, wewnętrzną korupcję czy totalną nieudolność rządzących na miejscu.

Pierwsza linia obrony

Istnieje jeszcze jedna fundamentalna prawda, której zachodni politycy panicznie boją się głośno wypowiedzieć: Izrael nie walczy wyłącznie o własne przetrwanie. Izrael jest pierwszą linią obrony przed ruchami, które dążą do całkowitego unicestwienia wartości fundamentalnych dla zachodnich demokracji.

Od dziesięcioleci państwo to mierzy się z zagrożeniami na długo przed tym, zanim te dotrą do wybrzeży Europy czy Ameryki. Raz po raz taktyki, ideologie i metody terroru, które początkowo zbywano jako lokalny „problem Izraela”, ostatecznie stawały się koszmarem nas wszystkich.

Kiedy świat z przerażeniem oglądał zamachy z 11 września 2001 roku, powszechnie uznano użycie cywilnych samolotów jako żywych bomb za szokujący, bezprecedensowy zwrot w historii. Było to wstrząsające, ale z pewnością nie bezprecedensowe. Przez dekady poprzedzające ataki na World Trade Center to właśnie izraelskie samoloty były głównym celem palestyńskich i islamskich organizacji terrorystycznych. Na przełomie lat 60. i 70. porwania maszyn cywilnych stały się ulubioną bronią grup szukających rozgłosu i chcących siać paraliżujący strach.

Najbardziej jaskrawym tego przykładem były wydarzenia z 1976 roku. Samolot linii Air France lecący z Tel Awiwu do Paryża został porwany przez palestyńskich i niemieckich terrorystów, a następnie zmuszony do lądowania w Entebbe w Ugandzie. Tam porywacze dokonali selekcji pasażerów: Żydów i Izraelczyków oddzielono od reszty i uwięziono, podczas gdy świat przyglądał się temu z bezpiecznego dystansu.

Podczas gdy rządy zachodnie tygodniami debatowały i rozważały negocjacje z terrorystami, Izrael podjął natychmiastowe działania. W trakcie jednej z najbardziej brawurowych operacji antyterrorystycznych w historii izraelscy komandosi przelecieli ponad 4 tysiące kilometrów nad terytorium wroga, szturmem zdobyli lotnisko, zlikwidowali porywaczy i uratowali ponad setkę zakładników.

Operacja w Entebbe udowodniła coś, czego Zachód do dziś nie potrafi w pełni przyswoić: terroryzm to nie lokalny spór graniczny ani problem dla zwykłej policji. To globalne, strategiczne zagrożenie, które nie uznaje granic państwowych.

Większość zachodnich przywódców w latach 70. uważała te zamachy za wewnętrzną sprawę Izraela. Izrael od początku rozumiał, że to preludium do czegoś znacznie większego. Taktyka testowana na Izraelczykach kilkadziesiąt lat temu została ostatecznie wymierzona w Amerykanów i Europejczyków. Ideologia stojąca za tamtymi mordami nie wyparowała po rajdzie komandosów – ewoluowała, rozprzestrzeniła się, zaadaptowała i ostatecznie doprowadziła do narodzin współczesnego, globalnego dżihadu.

Izrael nigdy nie zmagał się z problemem specyficznie „izraelskim”. Zmagał się z zagrożeniem cywilizacyjnym, do którego drzwi potwór zapukał po prostu najwcześniej.

Czas na uczciwą rozmowę

Kiedy Izraelczycy precyzyjnie identyfikują nowe niebezpieczeństwo, zachodni komentatorzy zbywają to jako wojenną paranoję. Kiedy Izrael buduje nowoczesne systemy obrony, padają oskarżenia o nieproporcjonalną reakcję. A kiedy to samo zagrożenie w końcu uderza w serce Europy, nagle wszyscy zszokowani odkrywają, że problem był realny od samego początku.

Ten schemat powtarza się z mechaniczną wręcz regularnością. Izrael jest permanentnie wypychany poza nawias zachodniej rodziny demokratycznej, mimo że nieustannie stawia czoła tym samym totalitarnym siłom, które dybią na wolny świat – tyle że robi to wcześniej, częściej i w nieporównywalnie trudniejszych warunkach.

Nie oznacza to, że Izrael jest nieomylny. Oznacza to jednak, że zachodni przywódcy powinni podchodzić do izraelskich analiz bezpieczeństwa z o wiele większą pokorą, niż mają to w zwyczaju. Historia uczy bowiem, że gdy Izrael staje do walki z siłami nienawidzącymi pluralizmu, wolności i demokracji, rzadko kiedy walczy z nimi sam przez długi czas.

Z jakiegoś perwersyjnego powodu zachodnie elity rezerwują swoją najcięższą artylerię krytyczną nie dla agresywnych, autorytarnych satrapii, ale dla jedynej demokracji w tamtym regionie, która stawia im czynny opór. To odwrócenie ról stanowi jedno z największych moralnych i intelektualnych zagubień naszych czasów.

Odpowiedzialny i dojrzały zachodni polityk powinien wyjść przed kamery i powiedzieć wprost:

To byłaby uczciwa, dojrzała rozmowa. A co najważniejsze – rozmowa ratująca naszą własną podmiotowość.

Największym zagrożeniem dla cywilizacji zachodniej nie jest demokratyczny sojusznik walczący o życie tysiące kilometrów stąd. Największym zagrożeniem jest postępująca ślepota zachodnich przywódców, którzy przestali odróżniać przyjaciół od wrogów, demokracje od krwawych dyktatur oraz tych, którzy wyznają te same wartości, od tych, którzy z zapałem budują dla nas szafot.

Izrael tego chaosu pojęciowego nie stworzył. On go jedynie bezlitośnie obnaża. A to, w jaki sposób zachodni politycy mówią dziś o Izraelu, mówi nam niestety nieskończenie więcej o dramatycznej kondycji samego Zachodu niż o państwie żydowskim.

Światowa obsesja: obwinianie Izraela za wszystko

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.