Uncategorized

List Otwarty

Beata Lewkowicz

Kultura od zawsze żywiła się modą. Dziś modna jest „Palestyna”. Daje poczucie bycia człowiekiem dobrym, wrażliwym oraz postępowym. I to praktycznie – nomen omen – za free. Bo bycie umiarkowanym wyznawcą „free free Palestine” nie tylko nic nie kosztuje, ale wręcz przynosi spore zyski. Wkład własny to kefija i podążanie za stadem, czyli koszty zerowe. No dobra – niektórzy wydali 150 zł na kefiję z Chin sprzedawaną przez „bezinteresownych” aktywistów z Facebooka. Ale summa summarum własna inwestycja jest niewielka.

A że współczesna kultura również musi z czegoś żyć, bo głodujący artyści dawno wyszli z mody, i dziś trzeba być widocznym, zapraszanym, cytowanym, udostępnianym, moralnie słusznym, więc wielu ludzi kultury zaczęło pasożytować na Izraelu. Budują sobie swoją przeczystą jak święta dziewica pozycję moralną, dającą im dostęp do równie przeczystego źródła pieniędzy z grantów, zamówień, eventów, występów, paneli i czego tylko sobie zamarzą. To jest właściwie układ idealny – pozorowana rewolucja nic nie kosztująca towarzysko, nie grożąca żadnymi sankcjami ani nawet najmniejszymi trudnościami życiowymi, a wręcz przeciwnie, dająca duże profity. A wszystko to można z dużą łatwością zbudować sobie na potępianiu Izraela, obrzucaniu go inwektywami, negowanie jego prawa do istnienia, na demonstracyjnym oburzeniu, na produkowaniu kolejnych listów otwartych, manifestów i petycji, w których antysemityzm pudruje się słowem „antysyjonizm”, choć spod tego pudru i tak wyłażą wszystkie pryszcze.

A przy tym obiekt, na którym pasożytują, czyli dziewięciomilionowe państwo żydowskie, tak naprawdę nie tylko nic im zrobić nie może – bo jest demokratyczne i te wszystkie bzdety o ludobójstwie etcetera, są wyłącznie emocjonalnymi propagandowymi fajerwerkami, ale również nie chce, bo jak wyżej napisałam – jest państwem demokratycznym.

Potępianie Izraela jest po prostu bezpieczne. Można pojechać do Tel Avivu, wyjść na główny deptak i wykrzyczeć swoją nienawiść do tego państwa. I wiecie co? Najprawdopodobniej nic wam się nie stanie. Spróbujcie zrobić to samo w Afganistanie, Sudanie albo Chinach.

Może jakaś mała flotylla w obronie więźniów politycznych w Chinach? Może marsz przez Azję w geście solidarności z afgańskimi kobietami? Ojej. Innym razem. To już za dużo wysiłku, za mało poklasku, za mało pieniędzy z Kataru i za mało grantów, czyli w sumie też pieniędzy z Kataru, a poza tym po prostu zbyt niebezpiecznie.

Polska kultura i sztuka, również paździerzowa polityka, pełna jest żerujących na Izraelu. Co byście, biedulki, właściwie zrobili, gdyby Izrael nie istniał? Gdyby nie było tej wojny? Sudan jest nudny. Afrykańskie dzieci naprawdę umierają z głodu, więc to jest straszne, brzydkie, odrażające i przede wszystkim – też nudne. Tam trzeba byłoby zrobić coś realnego, a nie tylko odwalać teatrzyk.

Znacznie łatwiej pasożytować na Izraelu.

Jak pchły na lwie.

Bytują na nim, gryzą go i żywią się jego krwią, ale na szczęście guzik mogą mu zrobić.

On bez nich nie tylko może istnieć, chociaż myślę, że byłoby mu nieco łatwiej, one bez niego opadną na piach, gdzie zakończą żywot odcięte od źródła swojej egzystencji.

Po Izraelu skaczą całe tabuny takich aktywistycznych pcheł. Nienawidzą swojego żywiciela, ale bez niego byłyby nikim.

Sygnatariusze petycji żądającej stygmatyzacji, osądzenia i wyłączenia z życia artystów izraelskich, grupa mieniących się ludźmi kultury (i o zgrozo, kilku z nich nawet można określić tym mianem), apeluje do zapewne cichaczem im sprzyjającej minister kultury, pani Cienkowskiej, która już od dawna wyrażała swoje antyizraelskie „prywatne” poglądy publicznie – aby każdy, kto zapragnąłby dostąpić zaszczytu zbliżenia się do polskich artystów, dziennikarzy, pisarzy i kogo tam jeszcze, musiałby złożyć publiczną lojalkę, a właściwie to chyba antylojalkę, odcinającą go od jego własnego państwa. Takie zetempowskie zebranie na skalę ogólnopolską. Na miejscu izraelskich artystów turlałabym się ze śmiechu.

Naprawdę myślicie, że oni marzą o wystawie w Polsce tak bardzo, że gotowi byliby sprzedać swój kraj, aby tylko dostąpić zaszczytu wystawienia się w Rzeszowie czy Lublinie, albo rozmowy z fanatycznymi ludźmi niby-kultury, którzy odbierają ich państwu prawo do egzystencji, relatywizują terroryzm i generalnie gdzieś mają ich być albo nie być? Że chcieliby spotykać się z ludźmi, którzy nazywają ich kraj ludobójczym, opierając się wyłącznie na własnym widzimisię, bo przecież „koń jaki jest każdy widzi” i po cóż jakiekolwiek definicje, wyroki czy konsensus prawny, skoro wystarczy, że jedna pani z drugą panią i trzecim panem z internetów tak powiedzą? Komisje ONZ-owskie, na które się powołujecie – to tylko i wyłącznie doradcze ciała, przeżarte przez antysemityzm i finansowane przez te same pieniądze, za które również sponsorowany jest Hamas i Hezbollah.

Zresztą kultury w tych „ludziach kultury” jest mniej więcej tyle, ile zmieściłoby się naparstku mojej babci

Ci sami szlachetni empaci, którzy godzinami potrafią pisać o człowieczeństwie, czułości i wrażliwości, wobec realnego człowieka wykazują się kompletnym okrucieństwem, jeśli tylko ten nie stoi dokładnie po ich stronie. Wtedy nagle można obrażać, opluwać, publicznie poniżać i odczłowieczać. Wszystkie chwyty dozwolone, bo przecież w słusznej sprawie.

Islamu lepiej nie dotykać. Religii lepiej nie dotykać (no chyba, że chrześcijaństwo – ich tak, odrażających kolonizatorów). Ale konkretnego człowieka można już bez problemu rozszarpać publicznie, jeśli nie powtarza obowiązującej narracji. Pogarda, wyzwiska i dehumanizacja to jest codzienny język tych hunwejbinów jedynej prawdy. Ja osobiście skosztowałam tego i dotyka to mnie każdego dnia. Bo przecież szczekam za szekle. Brzydkie stwierdzenie, prawda? Może i nieładne, ale i tak jedno z łagodniejszych, które wyszło spod klawiatury człowieka kultury, którego nazwisko widzę na liście podpisujących list apelujący o wykluczeniu Izraelczyków. Że zacytuję również jedną sygnatariuszek tegoż listu, używając określenia, którego użyła onegdaj w stosunku do mojej osoby – fujka.

I właśnie tacy „ludzie kultury” podpisali ten list.

To jest po prostu obrzydliwe.

Kusi mnie żeby zacytować Kazika i jego słynne: „Wszyscy artyści to prostytutki

W oparach lepszych fajek, w oparach wódki

A jedni są lepsi, a drudzy są gorsi

A gorsi są tańsi, a lepsi są drożsi”

Ale nie, bo to nieprawda – nie WSZYSCY artyści, zawsze są wyjątki, które ratują honor środowiska, tak skłonnego do skundlenia i wygłaszania antysemickich klisz w poczuciu bezinteresownej, moralnej czystości, podczas gdy w rzeczywistości robią to za wymierne zyski.

I nie chroni przed taką postawą ani dorobek artystyczny ani zasługi dla kultury, jak widać na przykładzie Marka Kondrata, który postanowił nie dotykać niczego, co z Żydami związane, odmawiając wystąpienia w sztuce autorstwa Lejba Fogelmana – bo to Żyd. A przepraszam, powodem było „bo na Bliskim Wschodzie toczy się wojna”. I nieważne, że pan Fogelman mieszka w Stanach Zjednoczonych, a jego wspomnienia mają niewiele wspólnego z Izraelem lub wojną. Żyd to Żyd i lepiej trzymać się od niego z daleka.

Trzeba się temu powszechnemu skundleniu przeciwstawiać.

__________________________________________-

LIST OTWARTY / PODPIS

Wyświetl mniej

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.