Uncategorized

Uciekłam z Hezbollahu — i odkryłam prawdę o Izraelu

Rawan Osman

Wychowałam się w samym sercu machiny, która podsyca nienawiść do Izraela, i mówię każdemu, kto zechce słuchać: ta machina to kłamstwo.

Dorastałam w bastionie Hezbollahu w libańskiej dolinie Bekaa — żyznym regionie we wschodnim Libanie, położonym około 30 kilometrów na wschód od Bejrutu.

W ramach mojej edukacji Izrael nie był traktowany jak państwo. Był przestępstwem — raną celowo utrzymywaną w stanie otwartym. Każdy pogrzeb, każde hasło, każde kazanie wskazywało w tym samym kierunku: tam, po drugiej stronie granicy, leży źródło waszego cierpienia.

Uwierzcie w to. Powtarzajcie to. Przekazujcie dalej.

Wierzyłam w to. Powtarzałam to. Przez lata.

Potem przeprowadziłam się do Francji i poznałam Żydów — nie jako abstrakcję, nie jako wrogów, ale jako prawdziwych ludzi: sąsiadów i współpracowników. Zderzenie tego, czego mnie nauczono, z tym, co widziałam na własne oczy, było tak gwałtowne – tak intelektualnie krępujące – że nie miałam innego uczciwego wyboru, jak tylko zacząć od nowa: czytając, pytając i rozbierając, cegła po cegle, wszystko, co podano mi jako prawdę.

To, co znalazłam po drugiej stronie tego procesu, to nie tylko brak nienawiści. Było to coś, czego się nie spodziewałam: podziw.

Pozwólcie mi precyzyjnie określić, czego bronię, a czego nie. Nie bronię każdej polityki Izraela. Nie bronię żadnego rządu bezwarunkowo. Nie proszę nikogo, by zostawił swoje zdolności krytycznego myślenia za drzwiami.

Zamiast tego bronię tego, czym jest Izrael, co reprezentuje i co zbudował w regionie, który w dużej mierze zawiódł własnych obywateli.

Izrael to demokracja w sąsiedztwie autokracji. To państwo rządzone zgodnie z prawem w regionie, gdzie prawo jest rutynowo wykorzystywane jako broń przeciwko obywatelom. To kraj, w którym Arabowie zasiadają w parlamencie, kobiety sprawują funkcje przywódcze, a wyrażanie sprzeciwu nie kończy się wyrokiem śmierci. Jest niedoskonały – jak każda demokracja – ale jest autentycznie, strukturalnie odmienny od wszystkiego, co go otacza. Ta różnica nie jest przypadkowa. O to właśnie chodzi.

Tak zwana „sprawa palestyńska”, w formie, w jakiej jest dziś prowadzona, nie jest ruchem wyzwolenia narodowego. Mówię to nie po to, by bagatelizować cierpienie Palestyńczyków; to cierpienie jest rzeczywiste, a jego cenę płacą prawdziwi ludzie. Mówię to, ponieważ infrastruktura tej „sprawy” – jej fundatorzy, ideolodzy i najgłośniejsi orędownicy – nigdy nie była zainteresowana utworzeniem państwa palestyńskiego. Była zainteresowana eliminacją Żydów.

Spójrzcie, kto zbudował międzynarodową strukturę tego ruchu. Spójrzcie na szczyt Organizacji Współpracy Islamskiej z 1997 roku w Teheranie, gdzie po raz pierwszy termin „apartheid” został systematycznie przypisany Izraelowi – nie przez Palestyńczyków, ale przez reżim irański, z myślą o eksporcie tej retoryki. Spójrzcie na Durban, niesławną Światową Konferencję ONZ przeciwko Rasizmowi z 2001 roku – moment, w którym strategia geopolityczna opracowana przez Iran została z powodzeniem wprowadzona do głównego nurtu, by zmienić ramy konfliktu izraelsko-palestyńskiego ze sporu terytorialnego w walkę o prawa człowieka przeciwko „rasistowskiemu reżimowi”.

Spójrzcie, kto zyskuje, gdy konflikt trwa, a kto traci, gdy próbuje się go rozwiązać. Odpowiedzią nigdy nie jest palestyńska rodzina w Strefie Gazy. Odpowiedzią jest zawsze reżim, milicja, infrastruktura ideologiczna, która potrzebuje, by rana pozostała otwarta.

Sprawa palestyńska w dzisiejszym wydaniu jest narzędziem antyzachodniego projektu cywilizacyjnego. Jej celem nie jest państwo obok Izraela. Jej celem jest świat bez Izraela, a co za tym idzie – świat, w którym wartości reprezentowane przez ten kraj zostaną pokonane. Liberalna demokracja. Żydowskie samostanowienie. Idea, że mały naród może przetrwać, budować i domagać się własnej godności wbrew woli tych, którzy chcieliby go wymazać.

Kiedy zachodni „postępowcy” maszerują pod tym sztandarem, nie robią tego w imię wolności. Maszerują w imię unicestwienia jedynej rzeczy na Bliskim Wschodzie, która przypomina to, co rzekomo cenią.

Do judaizmu dochodziłam powoli, tak jak dochodzi się do czegoś prawdziwego – nie w pośpiechu, lecz stopniowo.

To nie polityka poruszyła mnie jako pierwsza. Były to teksty – przekonanie, obecne w tysiącach lat żydowskiej myśli, że człowiek został stworzony na obraz Boga i że nie jest to metafora, lecz obowiązek. Obowiązek dostrzegania drugiego człowieka, dyskutowania, kwestionowania, pociągania władzy do odpowiedzialności, w tym własnej.

Dorastałam w kulturze, w której najwyższą cnotą było podporządkowanie się przywódcy, milicji, narracji. Judaizm skonfrontował mnie z przeciwstawną tezą: że Bóg nie chce twojego milczenia. Że zmaganie się z prawdą jest samo w sobie formą oddawania czci.

A potem jest wytrwałość – nie wynikająca z uporu, lecz z trwania narodu, który przetrwał każdą cywilizację próbującą go zniszczyć i odpowiadał nie podbojem, lecz wkładem: prawem, literaturą, medycyną oraz upartym przekonaniem, że życie jest warte ochrony, a świat można uczynić bardziej sprawiedliwym.

Izrael jest politycznym wyrazem tej tradycji: nieprawdopodobnym państwem, narodem, który powrócił na ziemię przodków po dwóch tysiącach lat wygnania i zbudował w ciągu dziesięcioleci to, czego sąsiedzi nie zdołali osiągnąć przez wieki. Nie dlatego, że są „lepsi”, ale dlatego, że ukształtowała ich tradycja, która traktuje cywilizację poważnie.

To właśnie jest przedmiotem ataku. Nie rząd. Nie polityka. Cywilizacja.

Jestem Syryjką i Libanką. Urodziłam się w Damaszku, wychowałam w duchu historii przedstawianej przez Hezbollah. Moja rodzina zapłaciła cenę za moje wybory. Żyję w cieniu zagrożenia. Mówię wam to nie po to, by wzbudzić współczucie, ale dlatego, że ma znaczenie, kto to mówi.

Nie jestem mieszkanką Zachodu, która odkryła Izrael podczas wycieczki Birthright. Nie jestem kimś, kto wpadł w tę sytuację z wygodnego życia. Pochodzę z wnętrza machiny, która produkuje nienawiść do Izraela, i mówię wam: ta machina to kłamstwo. Widziałam obie strony od środka i nie ma tu miejsca na fałszywe porównania.

Izrael nie jest naszym wrogiem. Nigdy nim nie był. Naszym wrogiem jest ideologia, która potrzebowała, byśmy wierzyli inaczej – ponieważ dopóki byliśmy nastawieni przeciwko Izraelowi, nie patrzyliśmy na to, co nam się robiło.

Popieram Izrael, ponieważ wierzę w cywilizację. Ponieważ wierzę w godność każdego człowieka, w tym moją własną. Ponieważ znalazłam w judaizmie i w państwie, które z niego powstało, coś, czego warto bronić – nie pomimo mojego pochodzenia, ale właśnie dzięki niemu.

Prawda, kiedy w końcu do niej dotrzesz, nie wydaje się objawieniem. Wydaje się czymś, o czym powinieneś był wiedzieć od zawsze.

Uciekłam z Hezbollahu — i odkryłam prawdę o Izraelu

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.