Autor: Shira Li Bartov,

Uczestnicy wycieczki zorganizowanej przez Fundację Miszpucha dla polskich emigrantów żydowskich i ich potomków jedzą lunch w Centrum Społeczności Żydowskiej (JCC) w Warszawie. (Adam de Kaminski / JTA)
Kilkadziesiąt lat po tym, jak antysyjonistyczna czystka praktycznie zniszczyła to, co pozostało z życia żydowskiego po Zagładzie, finansowana przez rząd inicjatywa sprowadza emigrantów z powrotem, by mogli spotkać się z tymi, którzy zdecydowali się zostać.
W marcu 1968 roku Rachelle Halpern weszła do gmachu swojej uczelni w Szczecinie i zastała grupę kolegów z roku zgromadzonych wokół gazety. Zapytała, o czym czytają. W odpowiedzi usłyszała: „O syjonistach”.
Halpern nie rozumiała. Kim byli syjoniści? Jeden z kolegów wyjaśnił krótko: „Żydzi”.
„Ale przecież ja jestem Żydówką” — powiedziała Halpern. Koledzy spojrzeli na nią z niedowierzaniem. „To niemożliwe” — stwierdził jeden z nich. Przecież nie miała rogów.
Wkrótce Halpern miała zostać wciągnięta w spiralę kryzysu społeczno-politycznego w komunistycznej Polsce. Jego kulminacją była sterowana przez władze antysemicka kampania, która pozbawiła Żydów pracy, możliwości studiowania i obywatelstwa, zmuszając około 13 000 osób do opuszczenia kraju. W ciągu kilku miesięcy Halpern zrzekła się polskiego obywatelstwa i porzuciła wszystko, co znała, aby rozpocząć nowe życie w Stanach Zjednoczonych.
Tamten moment, gdy jej koledzy z roku czytali o „syjonistach” i patrzyli na nią z przerażeniem, zapoczątkował w niej głęboką zmianę.
„Wywołało to we mnie mnóstwo nieufności i strachu. Nagle okazało się, że otaczają mnie ludzie przekonani, że chcę wyrządzić krzywdę Polakom” – powiedziała Halpern w rozmowie z Jewish Telegraphic Agency (JTA).
Halpern, która ma obecnie 79 lat, dołączyła do grupy polskich emigrantów i ich dzieci, którzy w kwietniu przyjechali do Polski, aby zmierzyć się z traumą 1968 roku. Spotkanie zorganizowało Konsorcjum Zaangażowanej Pamięci (zrzeszenie organizacji zajmujących się dziedzictwem żydowskim w Polsce), a sfinansowało je polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.
Według koordynatorki programu, Patrycji Dołowy, był to pierwszy raz, kiedy polski rząd sfinansował wyjazd mający na celu przepracowanie wydarzeń z 1968 roku i zaprosił do udziału Żydów, których życie zostało wówczas wywrócone do góry nogami.
Dziewięcioro uczestników przybyło ze Szwecji, Danii i Stanów Zjednoczonych. Przez osiem dni odwiedzali miejsca związane z kulturą żydowską oraz organizacje społecznościowe w Warszawie, Wrocławiu i Łodzi. Te trzy miasta były przed laty domem dla największych skupisk Żydów, którzy po Holokauście postanowili odbudować swoje życie w Polsce – i to właśnie tamtejsze społeczności zostały ponownie zdziesiątkowane w 1968 roku. Choć uczestnicy wycieczki nigdy wcześniej się nie znali, ich wspomnienia idealnie do siebie pasowały, tworząc mozaikę bolesnej, wciąż otwartej rany w historii polskich Żydów.
Karen Auerbach, historyczka zajmująca się dziejami polskich Żydów na Uniwersytecie Karoliny Północnej w Chapel Hill, zauważa, że ten rozdział historii pozostaje mało znany wielu Polakom oraz społecznościom żydowskim na świecie. Wynika to częściowo z powszechnego mitu, że życie żydowskie w Polsce zostało całkowicie i ostatecznie zniszczone przez Holokaust.

Rachelle Halpern (z prawej) i inni uczestnicy wycieczki Fundacji Miszpucha zwiedzają Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie. (Adam de Kaminski / JTA)
„Wiedza o tym, że w Polsce po II wojnie światowej istniała i funkcjonowała społeczność żydowska, jest tak znikoma, że ten temat rzadko w ogóle przebija się do świadomości publicznej” – twierdzi Auerbach.
Exodus Żydów w 1968 roku przypieczętowały słowa Władysława Gomułki, ówczesnego przywódcy komunistycznej Polski. Kilka dni po zwycięstwie Izraela nad wspieranymi przez Związek Radziecki krajami arabskimi w wojnie sześciodniowej (1967), Gomułka oświadczył, że Polska nie będzie tolerować „piątej kolumny”. Sformułowanie to jednoznacznie sugerowało, że polscy Żydzi są lojalni wobec Izraela, a nielojalni wobec własnej ojczyzny. Wkrótce potem komunistyczna Służba Bezpieczeństwa przeprowadziła czystki w aparacie państwowym i partyjnym, wymierzone głównie w osoby pochodzenia żydowskiego, ze szczególnym uwzględnieniem armii.
Kampania ta przybrała na sile po tym, jak przez Polskę – podobnie jak przez wiele innych krajów na świecie – przetoczyła się fala protestów młodzieżowych w marcu 1968 roku. Polscy studenci demonstrowali przeciwko cenzurze i ograniczaniu swobód obywatelskich przez reżim Gomułki. W wyniku brutalnych represji tysiące osób zatrzymano, wydalono z uczelni lub zwolniono z pracy. Ponieważ wśród protestujących studentów byli również Żydzi, władze wykorzystały ten fakt jako pretekst do oskarżenia ich o „syjonizm”, wpisując demonstracje w rzekomy globalny spisek żydowski.
Władze organizowały masowe wiece „antysyjonistyczne” i podsycały nienawiść w oficjalnej propagandzie, celowo unikając słowa „Żyd”. Prasa piętnowała rzekomych „syjonistów”, niszcząc ich relacje z sąsiadami. Nowa fala czystek pozbawiła pracy tysiące ludzi i naraziła ich na antysemickie szykany. Żydów zmuszano do emigracji – warunkiem otrzymania dokumentów wyjazdowych było zrzeczenie się polskiego obywatelstwa.
Czystki były realizowane nie tylko na odgórny rozkaz partii. Uczestniczyli w nich także zwykli obywatele, którzy wykorzystywali antysemicką nagonkę do eliminowania konkurencji i rozwijania własnych karier – zwraca uwagę Dariusz Stola, historyk i były dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
„Dla wielu osób otwierało to drogę do szybkiego awansu” – wyjaśnia Stola. „Jeśli ktoś ubiegał się o stanowisko i miał kontrkandydata pochodzenia żydowskiego, najprościej było oskarżyć go o bycie zakamuflowanym syjonistą. Wykorzystywano to też do załatwiania prywatnych porachunków – wystarczyło rzucić oskarżenie, ponieważ to na oskarżonym spoczywał ciężar udowodnienia, że syjonistą nie jest”.
Do początku lat 70. połowa Żydów mieszkających w Polsce opuściła kraj. Zniszczyło to społeczność, która z wielkim trudem odradzała się po koszmarze Zagłady. Kampania Marca ’68 skutecznie położyła kres zorganizowanemu życiu żydowskiemu w Polsce.
Pięćdziesiąt osiem lat później Patrycja Dołowy oprowadziła polskich emigrantów i ich potomków po instytucjach kulturalnych, które powstały po upadku komunizmu w celu ratowania żydowskiej pamięci – od Muzeum POLIN w Warszawie po Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Skontaktowała ich również z osobami, które – podobnie jak jej rodzina – zdecydowały się po 1968 roku pozostać w kraju.

Ówczesny prezydent Polski Andrzej Duda (z prawej) oraz Dariusz Stola, dyrektor Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, podczas wizyty w muzeum w Warszawie, 3 marca 2016 r. (AP Photo/Czarek Sokołowski)
Patrycja Dołowy, była dyrektorka warszawskiego JCC, jest założycielką Fundacji Miszpucha. Organizacja ta dąży do odbudowy i umacniania więzi między Żydami mieszkającymi w Polsce a diasporą, ze szczególnym uwzględnieniem ofiar przymusowej emigracji z 1968 roku. Dołowy zaaranżowała spotkania emigrantów z tymi, którzy zostali: artystami z wrocławskiej sieci Kultur-Lige, aktywistami z łódzkiej organizacji HaKoach oraz warszawskimi naukowcami, przedsiębiorcami i koordynatorami JCC.
W 1968 roku ojciec Dołowy został relegowany z uczelni i odebrano mu możliwość kontynuowania studiów doktoranckich. Dylemat, czy wyjechać, czy zostać, głęboko podzielił wówczas rodziny i grupy przyjaciół. Połowa bliskich jej rodziców zdecydowała się na emigrację, co doprowadziło do rozpadu tego, co nazywa „miszpuchą” – słowem będącym polskim zapisem hebrajskiego mishpacha (w jidysz: mishpokhe), oznaczającego rodzinę.
Mimo tak dramatycznych wydarzeń Dołowy przyznaje, że w oficjalnej polskiej historii temat antysemickiej kampanii przez lata niemal nie istniał, funkcjonując wyłącznie jako ciche, bolesne wspomnienie w żydowskich domach. Wydarzeniom z 1968 roku towarzyszyło poczucie wstydu i dezorientacji. Dotknęło ono ludzi, którzy uważali się za Polaków, a od własnego rządu i sąsiadów usłyszeli, że nimi nie są.
„Uważam, że historia tamtego pokolenia wciąż jest głęboko wyciszona” – mówi Dołowy. „W Polsce właściwie nie rozmawia się o 1968 roku, a nawet jeśli podejmuje się ten temat, brakuje nam odpowiednich słów, by opisać to, co realnie spotkało nas i naszą społeczność”.
Rachelle Halpern miała 22 lata, gdy w grudniu 1968 roku jej rodzina zdecydowała się na wyjazd do krewnych w Bostonie. Mimo komunistycznej propagandy zarzucającej polskim Żydom potajemne powiązania z Izraelem, do tego kraju wyjechało zaledwie około 3000 osób. Większość z 13-tysięcznej fali uchodźców schroniła się w Szwecji, Danii i Stanach Zjednoczonych, gdzie w czasach zimnej wojny funkcjonowały programy pomocowe dla uchodźców politycznych z bloku wschodniego.
Wcześniejsze fale polskich Żydów, którzy ocaleli z Zagłady, rzeczywiście masowo emigrowały do Izraela. Jednak według prof. Stoli, ci, którzy zdecydowali się pozostać w Polsce aż do 1968 roku, byli w większości ludźmi zlaicyzowanymi, silnie zasymilowanymi i związanymi z polską kulturą. Ich relacje z religią, Izraelem czy syjonizmem były znikome lub żadne – wielu z nich identyfikowało się jako zaangażowani komuniści bądź socjaliści.
„Doskonale wiemy, że do Izraela udała się zaledwie mniejszość z nich, mimo że władze usilnie próbowały ich do tego zmusić” – dodaje Stola.
Aby otrzymać upragnione pozwolenie na opuszczenie kraju, Halpern i inni emigranci musieli podpisać deklarację, że udają się do Izraela. W zamian otrzymywali dokument podróży (tzw. dokument dokumentacyjny), który automatycznie pozbawiał ich polskiego obywatelstwa.

Rachelle Halpern, która wychowała się w Polsce, a w 2025 roku przeżyła atak bombowy w Boulder podczas marszu solidarności z zakładnikami porwanymi 7 października w Izraelu, przemawia podczas czuwania w Centrum Społeczności Żydowskiej w Boulder w stanie Kolorado, 4 czerwca 2025 r. (Andy Cross/The Denver Post via AP)
„Z wyglądu przypominał zwykły dowód osobisty – zdjęcie, imię, nazwisko, data urodzenia” – opisuje Stola. „Jednak kluczowy zapis znajdował się na dole i brzmiał: »Posiadacz niniejszego dokumentu nie jest obywatelem Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej«. O ile mi wiadomo, to jedyny dokument tożsamości na świecie, którego główną funkcją było zaświadczanie o tym, kim się nie jest”.
Halpern wraz z siostrą zrzekły się obywatelstwa w urzędzie emigracyjnym. Zapamiętała ten dzień jako niezwykle „szary” – ponure biuro, małe okienko i chłodny polski urzędnik.
„Traktowano nas jak wrogów narodu” – wspomina. „Musiałyśmy tam stać, podnieść rękę i uroczyście oświadczyć, że zrzekamy się polskiego obywatelstwa. Płakałyśmy bez przerwy”.
Niewiele brakowało, a Halpern zostałaby w kraju. Tuż przed tym, jak jej rodzina miała wsiąść w Szczecinie w nocny pociąg do Warszawy, dziewczyna spanikowała i uciekła. Strach przed utratą jedynego świata, jaki znała, okazał się paraliżujący. Tamtą noc spędziła u przyjaciółki. Dopiero nad ranem dotarła do niej brutalna rzeczywistość: w Polsce nie miała już nic – ani obywatelstwa, ani pieniędzy, ani statusu studentki, ani bliskich. Ostatecznie dogoniła rodziców w Warszawie, tuż przed odjazdem pociągu do Wiednia.
Halpern ukończyła studia medyczne w Bostonie i przez lata pracowała jako lekarka – najpierw w Kalifornii, później w Kolorado. Do Polski przyjechała ponownie dopiero w 2007 roku, po blisko 40 latach nieobecności.
Inni młodzi Żydzi w 1968 roku potraktowali przymusowy wyjazd jako szansę. Władimir Mietek Szpirt, kolejny uczestnik wyjazdu zorganizowanego przez Fundację Miszpucha, miał wtedy 18 lat i właśnie zaczynał studia medyczne w Szczecinie. Na uczelni zderzył się z jawną wrogością. Gdy usłyszał w radiu przemówienie Gomułki o „piątej kolumnie”, podjął natychmiastową decyzję o ubieganiu się o azyl w Danii. Dla niego opuszczenie bloku wschodniego stało się przepustką do wolności, swobodnych studiów i stabilizacji.
Jego rodzice ucierpieli jednak znacznie bardziej. Oboje stracili pracę jako księgowi w państwowych przedsiębiorstwach, a władze odmówiły im zgody na wyjazd, argumentując, że posiadają „tajemnice państwowe”. Szpirt musiał wyjechać zupełnie sam, nie wiedząc, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy matkę i ojca. Udało im się dołączyć do syna w Danii dopiero po blisko dwóch latach.
Szpirt niedawno przeszedł na emeryturę po wieloletniej praktyce lekarskiej w Kopenhadze. Podobnie jak Halpern, w kwietniu wrócił do miejsc, w których brutalnie zamknięto pierwszy rozdział jego młodości. Będąc seniorem, dostrzega paradoks swojego losu.
„W Danii od zawsze postrzegano mnie po prostu jako Polaka” – przyznaje Szpirt. „To ironia losu, bo przez pierwsze 18 lat życia w Polsce odmawiano mi prawa do bycia Polakiem. Dopiero w Danii stałem się lekarzem polskiego pochodzenia, a nie Żydem z Polski”.
Wielu uchodźców z 1968 roku na zawsze odcięło się od kraju pochodzenia. Eliza Fishenfeld dorastała w Nowym Jorku. Jej rodzice uciekli z Polski kolejno w 1969 i 1974 roku. Dzięki Fundacji Miszpucha mogła po raz pierwszy odwiedzić Polskę jako dziecko emigrantów, którzy wyjechali stąd „głęboko zranieni i pełni gniewu” i poprzysięgli sobie, że nigdy nie wrócą.

Władimir Mietek Szpirt w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. (Shira Li Bartov / JTA)
Fishenfeld wychowała się w hermetycznym środowisku nowojorskiej diaspory. Wspomina, że wszyscy znajomi jej rodziców byli polskimi Żydami dotkniętymi marcową czystką, a spajała ich pamięć o wspólnych szkołach czy młodzieżowych obozach w przedmarcowej Polsce.
„Wiem, że przed 1968 rokiem szczerze kochali Polskę. Słyszałam od nich mnóstwo pięknych, radosnych opowieści, a ich krąg towarzyski w USA składał się wyłącznie z rodaków” – opowiada Fishenfeld. „Nasza społeczność była w zasadzie małą enklawą przedwojennej i powojennej Polski w Nowym Jorku”.
Fishenfeld przyznaje, że przyjazd do Warszawy był dla niej „emocjonalnym powrotem do domu”, choć dzisiejsza Polska w niczym nie przypomina szarego, komunistycznego kraju z opowieści rodziców. Podczas wycieczki dzwoniła do nich każdego dnia, by relacjonować swoje wrażenia – rodzice, ze względu na zaawansowany wiek, nie są już w stanie podróżować.
Antysemicka nagonka nie tylko zniszczyła społeczność żydowską, ale także brutalnie okaleczyła polską naukę i kulturę. Z uniwersytetów, szpitali i instytutów badawczych nagle zniknęli wybitni specjaliści, na co zwraca uwagę Joanna Podolska, była dyrektorka Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi. Ich nagła nieobecność pozostawiła w miastach wyrwę nie do zasypania.
„Straciliśmy ogromną część elity intelektualnej, co było dla kraju potężnym ciosem” – podkreśla Podolska. „Młodzi, zdolni ludzie, którzy mogli budować potencjał Polski, wyjechali i rozwinęli kariery jako obywatele innych państw. Byli wśród nich genialni lekarze, filmowcy, prawnicy, chemicy i artyści. Polska byłaby dziś bez wątpienia bogatszym i bardziej znaczącym krajem, gdyby tym ludziom pozwolono tu zostać”.
Nawet po kilkudziesięciu latach wydarzenia z 1968 roku pozostają w Polsce tematem wrażliwym politycznie. W latach 2015–2023, za rządów konserwatywnej partii Prawo i Sprawiedliwość, oficjalna polityka historyczna koncentrowała się na budowaniu dumy narodowej i walce z zjawiskiem, które politycy nazywali „pedagogiką wstydu”.
Tego typu narracja sceptycznie odnosiła się do badań nad trudnymi wątkami polskiego antysemityzmu czy przypadkami kolaboracji niektórych Polaków z niemieckim okupantem podczas II wojny światowej. Kulminacją tego kursu było uchwalenie w 2018 roku głośnej ustawy penalizującej przypisywanie Narodowi Polskiemu odpowiedzialności za zbrodnie III Rzeszy.
W tym samym 2018 roku rządzący ostro skrytykowali wystawę „Obcy w domu. Wokół Marca ‘68”, przygotowaną przez Muzeum POLIN. Ekspozycję zamykała instalacja prezentująca antysemickie i ksenofobiczne cytaty z roku 1968 zestawione z wpisami z polskiego internetu i mediów z roku 2018. Choć wypowiedzi były anonimowe, opinia publiczna szybko zidentyfikowała autorów niektórych współczesnych cytatów jako prominentnych polityków ówczesnej partii rządzącej.
Wystawa wywołała oburzenie w kręgach rządowych. Ówczesny minister kultury Piotr Gliński zarzucił dyrektorowi muzeum, Dariuszowi Stoli, prowadzenie „upolitycznionej i agresywnej działalności”. W efekcie nagonki Stola stracił stanowisko dyrektora w 2019 roku, mimo wygranego oficjalnego konkursu na kolejną kadencję. (Do rady muzeum został przywrócony dopiero wiosną 2026 roku przez nowy, centrowy rząd premiera Donalda Tuska).
Anat Plocker, historyczka Europy Wschodniej z Centrum Studiów Żydowskich im. Taube’ego na Uniwersytecie Stanforda, zauważa, że mechanizmy retoryki antysemickiej wypracowane przez komunistyczne władze w 1968 roku są do dziś niezwykle żywotne i chętnie adaptowane przez współczesną prawicę narodową.

Kobieta przechodzi obok Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, 16 lipca 2019 r. (AP Photo/Czarek Sokołowski)
„Sposób, w jaki mówi się dziś o pamięci o Zagładzie, rzekomych ukrytych żydowskich wpływach czy spiskach Zachodu mających uderzyć w suwerenność Polski – to wszystko kalka dyskursu politycznego z 1968 roku” – twierdzi Plocker. „Obserwując debatę publiczną, można odnieść wrażenie, że współcześni politycy niemal słowo w słowo przepisują tamte antysemickie broszury propagandowe”.
Osiem lat po kryzysie wokół wystawy „Obcy w domu”, Patrycja Dołowy nie kryje satysfakcji z faktu, że to właśnie polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych sfinansowało obecny przyjazd Fundacji Miszpucha. Ma nadzieję na organizację kolejnych edycji, ponieważ czas ucieka – to ostatni moment, by usłyszeć te relacje z pierwszych ust.
„Emigranci z Marca ’68 weszli już w wiek senioralny, są dziadkami. To ostatnia szansa, by osobiście opowiedzieli swoje biografie naszym dzieciom i wnukom” – podsumowuje Dołowy.
Rachelle Halpern po raz pierwszy odwiedziła Polskę w 2007 roku, gdy dowiedziała się o Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Od tamtej pory wracała do kraju regularnie, uczestnicząc m.in. w uroczystościach rocznicowych. Zauważyła jednak pewną prawidłowość: większość uczestników tych wydarzeń stanowili goście z zagranicy. „To nie byli ludzie, którzy na co dzień tworzą współczesne życie żydowskie w tym kraju” – wspomina.
Właśnie dlatego zdecydowała się na udział w projekcie Fundacji Miszpucha. Halpern nie miała ochoty po raz kolejny analizować wojennych traum swoich rodziców ani rozdrapywać ran z 1968 roku. Jej celem było spotkanie z ludźmi pokroju Dołowy – tą częścią wielkiej „miszpuchy”, która nie wyjechała i mimo przeciwności losu zdołała zbudować w Polsce żywą, nową społeczność.
„Nie chciałam znowu wracać do martyrologii i opowieści o zniszczonym życiu moich rodziców oraz bliskich” – deklaruje Halpern. „Dla mnie byłoby to jak ponowne spacerowanie po cmentarzu. Przyjechałam tutaj, żeby zobaczyć to, co żyje i bije nowym tętNem”.
Kategorie: Uncategorized

