
Katarzyna Żmuda-Bryl
Tak, Izrael znów musi polegać przede wszystkim na sobie – ale czy kiedykolwiek było tak naprawdę inaczej?
Od kilku dni świat żyje zapowiadanym porozumieniem między Stanami Zjednoczonymi a reżimem Islamskiej Republiki Iranu. Co chwilę wycieka ta prawdziwa, tym razem pełna wersja porozumienia, a w ślad za tym pojawiają się kolejne analizy, ponieważ publiczność domaga się jasnych odpowiedzi tu i teraz. Spory udział w zamieszaniu medialnym ma oczywiście propaganda zarówno reżimu irańskiego, jak i Rosji. Według nich planowane porozumienie to absolutne zwycięstwo islamistów irańskich, całkowita klęska i kompromitacja Trumpa, a także druzgocąca porażka Izraela.
Sam Trump, jak to on, co rusz daje sprzeczne sygnały. „Twarzą” porozumienia został Vance, a Marco Rubio wymownie milczy. Treść porozumienia być może poznamy jutro, tym bardziej, że ponoć pakistańscy negocjatorzy zażądali całkowitego wstrzymania jakichkolwiek publikacji planowanego dokumentu.
Bardzo wiele osób reaguje emocjonalnie – szczególnie ci, którzy liczyli, że ta wojna przyniesie obalenie reżimu i wolność dla Irańczyków. Ale od początku było raczej wiadomo, że wymagałoby to amerykańskiej interwencji lądowej, a to, jak przypominają analitycy, nigdy nie było zamiarem Trumpa. Dla Trumpa ta wojna była przede wszystkim starciem z Chinami (tu odsyłam do analiz Zineb Riboua z Hudson Institute).
Dla Izraela maksymalne osłabienie Iranu i jego najgroźniejszego proxy, czyli Hezbollahu, było absolutnym priorytetem. Dlatego zapowiedź włączenia do umowy zawieszenia działań izraelskich wobec Hezbollahu w Libanie wzbudza największe oburzenie i protesty. Swoją drogą, jakoś nikt nie zadaje prostego pytania – co do Libanu i Hezbollahu ma Iran? Komentatorzy przyjmują to jako oczywistość, a to potwierdza tylko fakt, jak bardzo utrwalona została irańska propaganda.
Przy tej okazji wiele osób zarzuca Trumpowi zdradę. I o tym bardzo dobry tekst napisał Michael Oren – wybitny historyk (autor najlepszej książki o wojnie sześciodniowej), były ambasador Izraela w USA i członek Knesetu. W komentarzu link do jego tekstu.
W artykule „Israel’s choices in the face of the U.S.-Iran agreement” (15 czerwca 2026, opublikowany na jego Substacku Clarity), Oren opisuje dramatyczny zwrot w relacjach USA–Izrael w kontekście przewidywanego porozumienia Trumpa z Iranem. Tekst jest chłodną, strategiczną analizą, a nie emocjonalną reakcją – idealnie wpisuje się w 78-letnią historię amerykańskiego powstrzymywania Izraela, gdy interesy Waszyngtonu (ropa, unikanie szerszej wojny, presja wewnętrzna) stoją w sprzeczności z izraelską oceną egzystencjalnego zagrożenia.
Oren zaczyna od kontrastu: jeszcze kilka miesięcy temu USA i Izrael działały w bezprecedensowej synchronizacji – wspólne operacje powietrzne, koordynacja na poziomie pilotów i dowódców, wspólne cele: obalenie reżimu ajatollahów, likwidacja programu nuklearnego i balistycznego Iranu oraz przerwanie wsparcia dla sieci terrorystycznej. Przyjaźń Netanjahu z Trumpem wydawała się głębsza niż klasyczne sojusze (Rabin–Clinton, a nawet Roosevelt–Churchill). Pokój i dobrobyt Bliskiego Wschodu bez irańskiego wpływu wydawały się realne.
Następnie przychodzi nagły zwrot. Iran atakuje sąsiednie kraje produkujące ropę pociskami balistycznymi i dronami, blokuje Cieśninę Ormuz. Ceny ropy eksplodują. Amerykańska opinia publiczna zarzuca Trumpowi, że realizuje interesy Izraela zamiast dbać o amerykańskich podatników. Mułłowie, lepiej znoszący presję, wykorzystują sytuację: żądają od Trumpa zaprzestania oporu wobec programu rakietowego i sieci terrorystycznej w zamian za otwarcie cieśniny. Warunkiem porozumienia jest również zakończenie izraelskich działań przeciw Hezbollahowi i wycofanie IDF z południowego Libanu.
Gdy Izrael odpowiada na ataki dronów Hezbollahu bombardowaniem Bejrutu, Trump publicznie nazywa Netanjahu „f***ing crazy” i żąda natychmiastowego wstrzymania operacji. Oren podkreśla surrealizm sytuacji: tego samego wieczoru, podczas hucznych obchodów 80. urodzin Trumpa z walkami UFC (organizator walk MMA) na trawniku Białego Domu, prezydent ogłasza „landmark moment for American diplomacy”.
Dla Izraela oznacza to egzystencjalny dylemat: albo porzucić północ kraju (gdzie Hezbollah ma zdolność dosięgnięcia Tel Awiwu), albo ryzykować poważny konflikt z USA – utratę dostaw amunicji, potępienie w ONZ i dyplomatyczną izolację. Oren zauważa, że po raz pierwszy w historii Izrael stoi praktycznie sam – bez realnego oparcia w Kongresie, Demokratach czy Europie.
Na pytanie The Wall Street Journal, co Netanjahu może zrobić, Oren odpowiada: pytanie nie brzmi „czy może”, lecz „czy musi”. Premier musi bronić państwa za wszelką cenę, nawet kosztem pogorszenia relacji z USA. Przywołuje historyczne precedensy: Menachema Begina, który w 1981 r. zniszczył iracki reaktor Osirak mimo amerykańskiego sprzeciwu, oraz Lewiego Eshkola, który w 1967 r. podjął decyzję o prewencyjnej wojnie mimo ostrzeżeń Waszyngtonu.
Oren kończy wezwaniem do wewnętrznej mobilizacji: likwidacja podziałów religijno-laickich i lewica-prawica, rozwiązanie kwestii służby Haredim, wsparcie dla rezerwistów i mieszkańców północy, masowe inwestycje w publiczną dyplomację oraz dywersyfikację sojuszy (Azja, Afryka, Ameryka Południowa). Tylko zjednoczony i zahartowany Izrael przetrwa.
Planowane porozumienie z islamskim reżimem bez uwzględnienia zagrożeń dla Izraela nie byłoby pierwszą „zdradą”. Poczynając od wojny o niepodległość w 1948 roku, kiedy USA nałożyły całkowite embargo na broń, przez kryzys sueski w 1956 roku, kiedy Eisenhower wymusił całkowite wycofanie się Izraela z Synaju i Gazy mimo realnego egipskiego zagrożenia, wojnę Jom Kippur, kiedy administracja Nixona i Kissingera celowo opóźniała dostawy broni, co kosztowało życie wielu izraelskich żołnierzy, wspomniany wcześniej izraelski atak na iracki reaktor i odpowiedź Reagana zawieszającego dostawy F-16, porozumienie JCPOA zawarte przez Obamę ignorujące zagrożenia rakietowe i działalność proxy Iranu, a w końcu chwiejną postawę Bidena w czasie wojny w Gazie.
W 2026 r. Trump – mimo wcześniejszego pro-izraelskiego kursu (Porozumienia Abrahama, uznanie izraelskich praw do Wzgórz Golan, wyeliminowanie Sulejmaniego) – powtarza ten sam schemat: blokada Ormuz, rosnące ceny energii, zbliżające się wybory uzupełniające do Kongresu, które odbędą się 3 listopada, oraz realne antyizraelskie nastroje na amerykańskiej prawicy (o lewicy nie wspominam). Amerykańscy prezydenci nie tylko w przypadku Izraela kierowali się wyłącznie własnym interesem. Może tylko do tej pory byli bardziej powściągliwi w publicznych wypowiedziach. A w przypadku Trumpa doświadczenie wskazuje, że nie należy przykładać zbyt dużej wagi do tego, co mówi.
Liczy się to, co robi.
Izrael znów musi polegać przede wszystkim na sobie.
dStorneospt2io3u9 :9f11c2066a9mz 46f0u7e5rhmt11fc agc5cw188u ·
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized


W 1967 Prezydent Johnson ” nie mogl znalezsc ” gwarancji USA wolnej zeglugi przez Morze Czerwone kiedy Nasser zablokowal Straits of Tiran, gwarancje dane przez Eisenhowera wzamian za wycofanie sie Izraela z Synaju 10 lat wczesniej.
Jego State Department zadal zeby Izrael nie atakowal Egiptu pomimo blokady i przemieszcen wojsk egipskih do granicy Izraela.
Hilary Clinton nie ” mogla znalezsc” Listu Busha, o legalnosci osiedli izraelskich na tzw. Zachodnim Brzegu, liscie danym Szaronowi wzamian za wycofanie sie z Gazy.