
Autor: Matthew Taub
Odkąd większość z nas pamięta, sformułowanie „rozwiązanie dwupaństwowe” zajmuje święte miejsce w dyskusjach na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Politycy się na nie powołują, dyplomaci je powtarzają, a redakcje gazet i organizacji międzynarodowych uznają je za jedyny moralnie akceptowalny cel. Przestało ono być zwykłą propozycją polityczną – stało się dogmatem wiary.
Jednak im dłużej przyglądamy się historii tego konfliktu, tym trudniej uciec od prostego, choć niewygodnego wniosku.
Rozwiązanie dwupaństwowe nigdy nie było prawdziwym celem palestyńskiego ruchu narodowego. Coraz rzadziej jest ono także celem Izraela. Być może największą przeszkodą w zrozumieniu tego konfliktu jest właśnie odmowa przyjęcia tej rzeczywistości do wiadomości.
Współczesny świat od dziesięcioleci traktuje konflikt izraelsko-palestyński tak, jakby chodziło w nim wyłącznie o granice. Wmawia się nam, że wystarczy narysować odpowiednie linie na mapie, by nastał pokój. Znaleźć właściwą formułę dla Jerozolimy, wypracować porozumienie w sprawie osiedli, zapewnić gwarancje bezpieczeństwa – i konflikt w końcu się zakończy.
Ale co, jeśli w tym starciu nigdy nie chodziło przede wszystkim o granice?
A co, jeśli spór o terytorium od zawsze był drugorzędny wobec znacznie głębszego pytania: czy państwo żydowskie ma w ogóle prawo do istnienia?
To pytanie budzi dyskomfort, ponieważ burzy narrację, która od pokoleń dominuje w zachodnim myśleniu. O wiele łatwiej jest wierzyć, że pokój czeka tuż za rogiem, na kolejnych negocjacjach, niż zmierzyć się z ewentualnością, że jedna ze stron wielokrotnie odrzucała kompromis tylko dlatego, iż wymagałby on uznania legitymizacji żydowskiej suwerenności.
Historia zmusza nas jednak do konfrontacji z tą ewentualnością.
W 1947 roku palestyńskim Arabom zaproponowano utworzenie własnego państwa obok państwa żydowskiego. Odrzucili tę propozycję. Odrzuciły ją również sąsiednie kraje arabskie, wywołując wojnę, której celem nie było stworzenie Palestyny, lecz niedopuszczenie do powstania Izraela. Gdyby wówczas przyjęto tę ofertę, państwo palestyńskie istniałoby już od niemal osiemdziesięciu lat.
W kolejnych dekadach pojawiały się następne okazje. Niezależnie od formuły negocjacji, propozycji pokojowych czy kompromisów terytorialnych, schemat pozostawał uderzająco spójny. Izraelscy przywódcy wielokrotnie deklarowali gotowość do podziału ziemi w imię pokoju. Przywódcy palestyńscy z kolei regularnie mieli problem z akceptacją ostatecznego porozumienia, które trwale uznawałoby legitymację państwa żydowskiego – albo po prostu je odrzucali.
Nie oznacza to, że każda izraelska oferta była idealna – bo nie była. Nie oznacza to również, że Arabowie w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu Jordanu nie mają uzasadnionych roszczeń – bo je mają. Jak każdy naród, mają swoje aspiracje, historyczne przywiązanie do tej ziemi i autentyczne cierpienia, które wymagają dostrzeżenia.
Jednak uznanie tych faktów nie wymazuje innej rzeczywistości: konflikt trwa nie dlatego, że państwo palestyńskie było nieosiągalne, ale dlatego, że jego akceptacja wymagałaby porzucenia nadrzędnego celu.
Doskonale oddaje to hasło, które rozbrzmiewa dziś na demonstracjach w całym świecie zachodnim. Okrzyk „Od rzeki do morza” nie jest wezwaniem do współistnienia dwóch państw. To żądanie utworzenia jednego. Mapy niesione na niezliczonych wiecach nie pokazują Izraela obok Palestyny – one całkowicie wymazują Izrael. Problemem nie jest więc to, gdzie zaczynają się i kończą granice Izraela. Problemem dla protestujących jest sam fakt, że Izrael istnieje.
Przez dziesięciolecia wielu zachodnich obserwatorów wolało przymykać oko na te fakty, ponieważ zmierzenie się z nimi wymagałoby rewizji poglądów na naturę tego konfliktu. Jeśli spór ma podłoże czysto terytorialne, można go rozwiązać kompromisem. Jeśli jednak ma charakter egzystencjalny, kompromis staje się niemożliwy.
To rozróżnienie jest kluczowe, ponieważ wyjaśnia, dlaczego proces pokojowy raz po raz kończył się fiaskiem. Wyjaśnia, dlaczego wycofanie się Izraela z kolejnych terenów nie doprowadziło do pojednania. Gdy Izrael opuścił południowy Liban, próżnię tę wypełnił Hezbollah. Gdy wycofał się ze Strefy Gazy, władzę przejął Hamas. Teoria, że oddanie terytorium zmniejszy wrogość, legła w gruzach. Zamiast tego oddane ziemie stawały się przyczółkami do dalszych ataków.
Wydarzenia z 7 października ostatecznie zburzyły te złudzenia u większości Izraelczyków.
Przez lata wmawiano im, że współpraca gospodarcza może złagodzić ekstremizm, że można go powstrzymać metodą odstraszania, a współistnienie wyłoni się samo, jeśli stworzy się ku temu odpowiednie warunki. Aż w końcu tysiące terrorystów z Hamasu przekroczyło granicę i dokonało najkrwawszej masakry Żydów od czasów Holokaustu.
To, co wydarzyło się tamtego dnia, całkowicie zmieniło dyskurs w Izraelu. Debata nie dotyczy już tego, na jakie ryzyko można sobie pozwolić w dążeniu do pokoju. Dziś pytanie brzmi: czy podjęcie takiego ryzyka w ogóle pozwoli nam przeżyć?
Atak ten nie przekonał Izraelczyków, że pokój jest czymś złym. Przekonał ich jednak, że pokoju nie da się zbudować na pobożnych życzeniach. Naród, który jednego poranka zobaczył zagładę całych swoich społeczności, nie powierzy już swojej przyszłości obietnicom, które wielokrotnie okazywały się bezwartościowe.
Właśnie dlatego debata międzynarodowa wydaje się dziś tak oderwana od rzeczywistości. Podczas gdy dyplomaci wciąż posługują się językiem z lat 90., ludzie na miejscu poszli dalej. Palestyńczycy coraz częściej mówią o jednym państwie, które ma zastąpić Izrael. Izraelczycy z kolei zadają sobie pytanie, czy utworzenie kolejnego wrogiego podmiotu u ich granic przyniesie pokój, czy jedynie stworzy większą wersję Strefy Gazy.
Mimo to znaczna część świata wciąż powtarza tę samą formułę, jakby samo jej wypowiadanie mogło zaklinać rzeczywistość.
Tragedia polega na tym, że rozwiązanie dwupaństwowe, które początkowo mogło być szczerą próbą pogodzenia dwóch narodowych dążeń, z czasem zamieniło się w pusty frazes. Stało się rytuałem – sposobem na to, by politycy i komentatorzy mogli sprawiać wrażenie głęboko zatroskanych problemem, bez konieczności mierzenia się z siłami, które naprawdę napędzają ten konflikt.
Prawda jest bowiem taka, że żaden plan pokojowy nie przyniesie skutku, dopóki nie odpowie się na fundamentalne pytanie: czy naród żydowski ma takie samo prawo do samostanowienia, jakiego domagają się dla siebie wszystkie inne narody?
Dla większości Izraelczyków odpowiedź jest oczywista. Dla wielu Palestyńczyków i ich zwolenników pozostaje ona kwestią sporną.
I to jest sedno sprawy. Nie osiedla, nie punkty kontrolne, nie granice ani nawet nie Jerozolima. Najważniejsze pytanie od zawsze brzmiało: czy jedyne na świecie państwo żydowskie ma prawo istnieć?
Dopóki odpowiedź na to pytanie nie będzie brzmiała jednoznacznie „tak”, każda mapa, każdy szczyt klimatyczny czy konferencja pokojowa rozbiją się o tę samą przeszkodę, która zniweczyła wysiłki dyplomatyczne wielu pokoleń.
Mówiąc wprost: rozwiązanie dwupaństwowe nigdy nie było realnym celem. Było jedynie parawanem dymnym, którego używano, by uniknąć rozmowy o sednie problemu.
A problemem tym jest akceptacja.
Akceptacja żydowskiej suwerenności i prawa do samostanowienia. Przyjęcie do wiadomości faktu, że naród żydowski – podobnie jak każdy inny – ma prawo rządzić się sam w ojczyźnie swoich przodków.
Podsumowując tę niewygodną prawdę: rozwiązanie dwupaństwowe nie jest odpowiedzią i nigdy nią nie będzie
Nie ma nic złego w tym, że nie wierzy się w rozwiązanie dwupaństwowe
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

