
Autor: Matthew Taub
Zbyt długo Zachód traktował antysemityzm jak odosobnioną chorobę społeczną – zjawisko przypadkowe, spontaniczne, wynikające jedynie z „napięć za granicą”. To wyjaśnienie nie wytrzymuje jednak konfrontacji z rzeczywistością.
Gdy w Kanadzie ostrzeliwuje się szkoły żydowskie, gdy synagogi wymagają ochrony uzbrojonych strażników, gdy zachodnie ulice wypełniają tłumy skandujące hasła „intifady”, a zwolennicy Hamasu maszerują przez stolice demokratycznych państw zaledwie dni po dokonanych masakrach – trudno mówić o zwykłym aktywizmie politycznym. Mamy do czynienia z globalnym rozprzestrzenianiem się islamu politycznego. Odmowa nazwania tego zjawiska po imieniu naraża na niebezpieczeństwo nie tylko społeczności żydowskie, ale fundamenty samej zachodniej cywilizacji.
Islam polityczny to nie „islam praktykowany politycznie”. To ruch ideologiczny zakorzeniony w przekonaniu, że islam stanowi totalny system rządzenia, mający na celu dominację nad prawem, społeczeństwem, kulturą, mediami i edukacją. Nie dąży on do koegzystencji z liberalną demokracją – dąży do supremacji nad nią.
To rozróżnienie jest kluczowe. Miliony muzułmanów praktykują swoją wiarę prywatnie i pokojowo, odrzucając ekstremizm. Wielu z nich wyemigrowało na Zachód właśnie po to, by uciec przed autorytaryzmem i religijnym radykalizmem. Islam polityczny jest jednak czymś innym: przekształca religię w rewolucyjny projekt ideologiczny o głębokiej historii intelektualnej.
Najlepszym przykładem jest Bractwo Muzułmańskie, założone w 1928 roku przez Hassana al-Bannę. Ruch ten nie ograniczał się do odnowy duchowej; dążył do islamizacji państwa poprzez edukację, presję społeczną i konfrontację. Ich manifest – „Allah jest naszym celem, Koran naszą konstytucją, Prorok naszym przywódcą, dżihad naszą drogą, a śmierć na drodze Allaha naszą najwyższą nadzieją” – to nie wyraz pobożności, lecz rewolucyjnej ideologii politycznej. Wpływy Bractwa zainspirowały niezliczone współczesne ruchy, w tym te powiązane z Hamasem.
Właśnie ten światopogląd determinuje postrzeganie Żydów. W wielu islamistycznych ramach ideologicznych nie są oni jedynie przeciwnikami politycznymi, lecz „wrogami kosmicznymi”. Nie jest to wymysł krytyków – tezy te są otwarciem głoszone w propagandzie, kazaniach i tekstach źródłowych organizacji ekstremistycznych. Radykalni duchowni celowo wyrywają z kontekstu wersety dotyczące konfliktów za życia proroka Mahometa, ignorując wielowiekową tradycję islamskiej nauki i współistnienia, by legitymizować nienawiść.
Problem nie polega na istnieniu „trudnych” tekstów religijnych – takie znajdziemy w każdej wielkiej religii. Problem leży w politycznym wykorzystaniu tych tekstów jako broni, by utrwalać poczucie krzywdy i podział na wierzących oraz ich wrogów. W tej logice Żydzi stają się symbolicznym celem na pierwszej linii frontu. Dlatego współczesny antysemityzm coraz częściej maskuje się pod hasłami „antysyjonizmu” czy „dekolonizacji”, gloryfikując ugrupowania, których cele wykraczają daleko poza granice Izraela.
Nigdy nie chodziło wyłącznie o osiedla czy palestyński nacjonalizm. Gdyby Izrael przestał istnieć, islam polityczny nie zawarłby pokoju z Zachodem, feminizmem, sekularyzmem, prawami osób LGBTQ czy wolnością słowa. Żydzi są po prostu pierwszym polem bitwy, ponieważ symbolizują wartości odrzucane przez ruchy fundamentalistyczne: demokrację, pluralizm, świeckość i wolność intelektualną.
Polityczny islam skutecznie wtopił się w tkankę zachodnich ruchów studenckich, organizacji pozarządowych i koalicji na rzecz sprawiedliwości społecznej. Przedstawia się jako kolejny ruch emancypacyjny, podczas gdy w rzeczywistości jest ideologicznym projektem zdobycia władzy. Zachodnie instytucje okazały się katastrofalnie nieprzygotowane do stawienia mu czoła. Politycy obawiają się oskarżeń o islamofobię, uniwersytety stały się inkubatorami rewolucyjnej ideologii, a tradycyjne instytucje wydają puste oświadczenia, unikając diagnozowania przyczyn problemu.
Żydzi ponoszą konsekwencje tego zaniechania jako pierwsi, ale nie są jedynym celem. Historia uczy, że gdy ruchy fundamentalistyczne zdobywają władzę, ostatecznie zwracają się przeciwko każdemu, kto nie chce podporządkować się ich kontroli: umiarkowanym, reformatorom, chrześcijanom, muzułmańskim dysydentom czy kobietom.
Dlatego antysemityzm to tylko sygnał ostrzegawczy. Głębszy problem to pytanie, czy zachodnie demokracje mają jeszcze dość moralnej odwagi, by bronić własnych wartości przed ideologiami, które otwarcie je odrzucają. Obecnie wiele z nich sprawia wrażenie uśpionych. Społeczeństwo, które traci odwagę do nazywania niebezpiecznych ideologii po imieniu, traci zdolność do obrony przed nimi.
A Żydzi po raz kolejny są po prostu pierwszymi, którzy dostrzegają pożar.
Antysemityzm to objaw. Polityczny islam to wirus.
Kategorie: Uncategorized

