
Leo Pearlman
Pięćdziesiąt lat temu Izrael był chwalony za to, że nie porzucił swoich zakładników. Dzisiaj nawet pomoc dla Żydów wiąże się z moralnym zastrzeżeniem.
W miniony weekend minęła 50. rocznica jednej z najbardziej niezwykłych operacji wojskowych w historii współczesnej.
4 lipca 1976 roku izraelscy komandosi przelecieli ponad 4000 kilometrów do Ugandy, szturmowali lotnisko w Entebbe i uratowali ponad 100 zakładników w akcji tak brawurowej, że stała się ona punktem odniesienia, według którego od tamtej pory ocenia się każdą misję ratunkową.
Ta rocznica skłoniła mnie do refleksji: czy dzisiejszy świat nadal by ją świętował? Czy gazety uczciłyby odwagę Izraela? Czy rządy pochwaliłyby jego determinację? Czy komentatorzy nadal opisywaliby to jako triumf dobra nad złem?
Wtedy zdałem sobie sprawę, że nie musimy się nad tym zastanawiać, ponieważ niemal 50 lat później Izrael przeprowadził kolejną niezwykłą operację ratunkową. Tym razem nie było to Entebbe, lecz Nuseirat — a w różnicy między tymi dwoma wydarzeniami kryje się historia nie tylko o Izraelu, ale także o nas wszystkich.
Porwanie samolotu Air France nr 139 rozpoczęło się tak samo, jak niezliczone akty terroryzmu przed nim. Uzbrojeni terroryści przejęli cywilną maszynę i skierowali ją do Ugandy, gdzie powitał ich reżim Idi Amina. Po wylądowaniu wydarzyło się coś, co wywołało dreszcz przerażenia wśród społeczności żydowskich na całym świecie: pasażerów rozdzielono, zatrzymując zakładników żydowskich i izraelskich, a większość pozostałych uwolniono. Zaledwie trzy dekady po Holokauście Żydzi po raz kolejny znaleźli się w sytuacji, w której byli selekcjonowani przez uzbrojonych ludzi.
Izrael nie mógł się z tym pogodzić. Mimo ogromnych przeciwności izraelskie służby wywiadowcze zlokalizowały zakładników, zaplanowały operację, którą do dziś analizuje się w akademiach wojskowych, i wysłały komandosów tysiące mil w głąb wrogiego terytorium, by sprowadzić ich do domu.
Akcja trwała nieco ponad godzinę. Uratowano ponad 100 osób, lecz zginęło również kilku zakładników oraz dowodzący atakiem Yonatan Netanjahu (brat Benjamina Netanjahu). Śmierć ponieśli także ugandyjscy żołnierze oraz osoby, które znalazły się w samym środku walk.
Operacja w Entebbe nie przebiegła bez rozlewu krwi. Jednak dominującą reakcją międzynarodową był podziw dla samej akcji ratunkowej. Nie jest to tylko ocena z perspektywy czasu – znajduje to odzwierciedlenie w ówczesnych relacjach.
Prezydent USA Gerald Ford napisał do izraelskiego premiera Icchaka Rabina, wyrażając „ogromną satysfakcję” narodu amerykańskiego z faktu, że Izrael udaremnił „bezsensowny akt terroryzmu”. Gazeta „The Guardian” opisała to jako „genialny taktycznie nocny nalot Izraela na lotnisko w Entebbe… [który] uwolnił pozostałych 100 zakładników przetrzymywanych przez tydzień przez niemieckich i arabskich terrorystów”.
Już samo sformułowanie jest wymowne: na pierwszym miejscu była akcja ratunkowa, a dopiero na drugim – terroryści. Nawet tam, gdzie pojawiały się pytania prawne dotyczące suwerenności Ugandy, zaskakująco niewiele osób twierdziło, że Izrael powinien po prostu zostawić zakładników na miejscu. Debata dotyczyła granic, a nie tego, czy Żydów należy ratować.
Społeczności żydowskie zareagowały w bardzo podobny sposób. Panowała ulga, świętowano i odczuwano dumę. Nie było ani zakłopotania, ani przeprosin. Entebbe stało się symbolicznym wyrazem współczesnego syjonizmu. Państwo żydowskie przekroczyło kontynenty, by ocalić życie swoich obywateli. Nie budziło to kontrowersji; właśnie dlatego tak wielu wierzyło, że Izrael ma prawo istnieć.
Prawie pół wieku później historia postawiła przed Izraelem niepokojąco znajome wyzwanie. 7 października 2023 roku bojownicy Hamasu i inni Palestyńczycy wkroczyli na terytorium Izraela, zamordowali około 1200 osób i porwali 251 innych. Był to najtragiczniejszy dzień dla Żydów od czasów Holokaustu.
Kilka miesięcy później izraelskie służby wywiadowcze zlokalizowały czworo żywych zakładników w Nuseirat, palestyńskim obozie dla uchodźców w samym środku Strefy Gazy. Byli to: Noa Argamani, Almog Meir Jan, Andrey Kozlov i Shlomi Ziv.
Podobnie jak w Entebbe, akcja wymagała niezwykłej wiedzy wywiadowczej, zapierającej dech w piersiach odwagi i skrupulatnego planowania. Podobnie jak wtedy, siły izraelskie świadomie przystąpiły do operacji, w której niewinni cywile mogli stracić życie — i rzeczywiście je stracili. Jednak decydująca dyskusja, która nastąpiła po tych wydarzeniach, była diametralnie inna.
Gazeta „The Guardian” rozpoczęła swój reportaż nie od informacji o uwolnieniu czterech zakładników po 245 dniach niewoli, ale od słów: „Izraelskie ataki w środkowej części Strefy Gazy zabiły dziesiątki Palestyńczyków, z których wielu było cywilami, w trakcie operacji sił specjalnych mającej na celu uwolnienie czterech zakładników…”. Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii Europejskiej, oświadczył: „Wiadomości ze Strefy Gazy o kolejnej masakrze cywilów są przerażające. Potępiamy to w najostrzejszych słowach”.
W BBC jeden z prezenterów zapytał, dlaczego Siły Obronne Izraela (IDF) nie ostrzegły cywilów przed rozpoczęciem operacji, która z natury musiała być tajna. W CNN jeden z komentatorów opisał ją jako „jeden z najkrwawszych izraelskich ataków” tej wojny.
W 1976 roku głównym tematem była sama akcja ratunkowa. W 2024 roku stała się ona jedynie tłem dla innej historii.
Nie oznacza to, że troska o niewinnych palestyńskich cywilów jest nieuzasadniona; każda śmierć cywilna jest tragedią. Pokazuje to jednak, jak przesunął się moralny punkt ciężkości. W 1976 roku pytano, jak Izraelowi udało się uratować zakładników. W 2024 roku dla wielu dominującym pytaniem stało się to, czy Izrael w ogóle powinien był podejmować próbę ratunku.
Oczywiście Izrael podjął decyzję o działaniu – demokracje ponoszą odpowiedzialność za swoje decyzje – ale ponoszenie odpowiedzialności za wybór to nie to samo, co ponoszenie winy za moralny dylemat. Dylemat ten stworzyli porywacze. Bez porwania samolotu nie byłoby Entebbe; bez porwań nie byłoby Nuseirat; bez terrorystów nie byłoby misji ratunkowych.
Istnieje jeszcze jedna ciągłość, zbyt często pomijana. Porywacze zmienili nazwę, ale cel pozostał ten sam. W 1976 roku należeli do „Ludowego Frontu Wyzwolenia Palestyny”. W 2024 roku nazywali się Hamasem i Palestyńskim Dżihadem Islamskim. Jedni używali retoryki marksistowskiej rewolucji, drudzy – islamistycznego dżihadu. Metody ewoluowały, ale cel pozostał niezmienny: zniszczenie Izraela i mordowanie Żydów.
W 2024 roku Hamas nie był już tylko organizacją terrorystyczną. Rządził Gazą przez prawie dwie dekady. Status „władzy” nie złagodził jego ideologii. 7 października nie był odstępstwem od normy, lecz logiczną konsekwencją systemu, który zawsze traktował życie Żydów jako zbędne.
Kolejne rządy Izraela nie zgadzały się niemal w żadnej kwestii: od osadnictwa po gospodarkę. Jednak jeden instynkt pozostawał stały: gdy Żydzi zostaną wzięci jako zakładnicy, Izrael przybędzie im na ratunek. Ten instynkt jest wpisany w sam sens istnienia Państwa Izrael.
W 1976 roku Izrael budził podziw, ponieważ nie zgodził się porzucić swoich obywateli. W 2024 roku został potępiony, ponieważ również się na to nie zgodził. Niemal wszystko, co nastąpiło później, wynika z tej zmiany.
Zmiana ta nie miała charakteru wyłącznie politycznego. Była to zmiana kulturowa i filozoficzna. Kiedy operacja w Entebbe zakończyła się sukcesem, społeczności żydowskie na całym świecie świętowały. Nie oczekiwano, by Żydzi najpierw przepraszali w imieniu Izraela, ani by swoją ulgę równoważyli wyjaśnieniem, dlaczego rozumieją żale porywaczy. Przeważające uczucie było proste: „są w domu”.
Pół wieku później wielu Żydów doświadczyło czegoś innego. Poparcie dla izraelskiej akcji ratunkowej coraz częściej wiąże się z oczekiwaniem pewnych zastrzeżeń. Zanim świętowali powrót zakładników, wielu odczuwało presję, by przepraszać za państwo, które ich uratowało.
To jedno słowo – „ale” – mówi wiele. W 1976 roku ulga była początkiem i końcem zdania. W 2024 roku coraz częściej wymaga ona usprawiedliwień. Sam fakt ich istnienia świadczy o tym, jak radykalnie zmienił się krajobraz moralny.
Syjonizm, niegdyś postrzegany przez wielu jako ruch wyzwoleńczy narodu żydowskiego, stał się w globalnym dyskursie synonimem ucisku. Żydowska ojczyzna stała się „oprawcą”, a żydowska samoobrona budzi wyjątkowe podejrzenia. Po najkrwawszej masakrze od czasów Holokaustu wielu Żydów znalazło się w sytuacji, w której oskarżano ich nie dlatego, że świętowali morderstwo, ale dlatego, że świętowali ratunek.
Zastanówcie się nad tym. Jeśli ratowanie własnych obywateli wiąże się z ryzykiem ofiar wśród cywilów, bo terroryści wykorzystują ich jako żywe tarcze, to czy — według wielu dzisiejszych ocen — obywatele ci powinni po prostu pozostać w niewoli? Takie oczekiwanie byłoby nie do pomyślenia w 1976 roku.
Entebbe nauczyło świat, że Żydzi nigdy więcej nie zostaną porzuceni. Nuseirat ujawniło, jak wielu ludzi uważa teraz, że powinni byli zostać porzuceni.
Nie jest to argument przeciwko krytyce Izraela. Krytykujcie rządy, strategię wojskową czy polityków – każda demokracja powinna podlegać kontroli. Jest to jednak argument przeciwko zmianie zasad moralnych, według których ocenia się demokracje. Jeśli uznamy, że operacje wojskowe są bezprawne tylko dlatego, że terroryści sprawili, iż koszt ratowania zakładników stał się wysoki, dajemy im gotowy plan działania: ukrywajcie się za cywilami, porywajcie niewinnych i czekajcie, aż demokracje uznają, że ratowanie własnych obywateli nie jest już „właściwe”.
Pięćdziesiąt lat temu świat patrzył na Entebbe i widział demokrację, która nie chce porzucić swoich obywateli. Dziś świat patrzy na Nuseirat i zastanawia się, czy ci obywatele w ogóle powinni byli zostać uratowani.
Zastanawiałem się, czy świat świętowałby Entebbe, gdyby wydarzyło się dzisiaj. Teraz już znam odpowiedź.
Ratowanie życia Żydów wymaga dziś przeprosin
Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Kategorie: Uncategorized

