
Joshua Hoffman
Porozumienie między USA a Iranem ujawnia niewygodną prawdę: świat znacznie lepiej czuje się w obecności słabego Izraela niż zwycięskiego.
Nagłówki po zawarciu w tym tygodniu porozumienia między USA a Iranem były do przewidzenia. Jedni zarzucają Izraelowi „wciąganie Ameryki w kolejną wojnę na Bliskim Wschodzie”. Inni twierdzą, że prezydent USA Donald Trump porzucił Izrael u progu zwycięstwa. Jeszcze inni przedstawiają porozumienie jako dowód na to, że Waszyngton temperuje zapędy Jerozolimy, gdy tylko jej sukces militarny staje się politycznie niewygodny.
Wszystkie te interpretacje pomijają szerszy kontekst. Porozumienie podpisane przez Trumpa i prezydenta Iranu Masouda Pezeshkiana, mające zakończyć konflikt rozpoczęty 28 lutego oraz otwierające 60-dniowy okres negocjacji, ujawnia coś znacznie ważniejszego: Izrael mógł stać się zbyt potężny, by świat mógł to zaakceptować.
Od lat rządy na Bliskim Wschodzie postrzegają Islamską Republikę Iranu jako główną siłę destabilizującą region. Teheran finansuje, uzbroja i zarządza siecią milicji oraz organizacji terrorystycznych rozciągającą się od Libanu po Jemen, Irak, Syrię i Strefę Gazy. Dlatego od monarchii Zatoki Perskiej po wschodnie wybrzeża Morza Śródziemnego niewielu ubolewa nad osłabieniem potęgi Iranu.
Istnieje jednak zasadnicza różnica między dążeniem do osłabienia Iranu a dążeniem do upadku reżimu. Osłabiony Iran stwarza możliwości, upadający – generuje niebezpieczną niepewność. Kto przejmie władzę? Czy kraj rozpadnie się wzdłuż linii etnicznych i wyznaniowych? Czy nowy reżim okaże się bardziej umiarkowany, czy może jeszcze bardziej radykalny? Czy zmiana władzy przyniesie stabilność, czy tylko pogłębi próżnię strategiczną, podobną do tej w Iraku, Libii czy Syrii?
Dla krajów takich jak Arabia Saudyjska te pytania mają kluczowe znaczenie. Rijad od dziesięcioleci widzi w rewolucyjnym Iranie głównego rywala, jednak dzisiejsze saudyjskie kierownictwo realizuje najbardziej ambitną transformację gospodarczą w historii królestwa. Projekty infrastrukturalne i plany rozwoju zależą od jednego warunku: regionalnej stabilności. Osłabiony Iran może służyć interesom Saudyjczyków, ale Iran pogrążony w chaosie – już nie.
Ta sama logika dotyczy innych graczy. Katar, mimo niewielkiego obszaru, stał się strategicznie niezbędny dzięki byciu pomostem między zwaśnionymi stronami. Pomosty tracą jednak na wartości, gdy jeden gracz dominuje nad wszystkimi pozostałymi. Wiele stolic regionu po prostu nie chce, by Izrael stał się znacznie silniejszy niż obecnie.
Obawy te wykraczają poza świat arabski. Turcja również ma powody, by sprzeciwiać się zmianie równowagi sił. Doniesienia o planach Izraela, by wykorzystać mniejszości etniczne w Iranie (Kurdów, Beludżów czy Ahwazów) do destabilizacji reżimu, były dla Ankary wysoce niepokojące. Prezydent Erdoğan od lat zwalcza kurdyjski separatyzm i nie może pozwolić, by sukces Izraela ożywił kurdyjski nacjonalizm w Turcji, Iraku czy Syrii.
Podobne powściągliwości wykazują Rosja i Chiny. Moskwa buduje pozycję arbitra, balansując między rywalami; dominujący Izrael, silnie powiązany z Waszyngtonem, ograniczyłby jej wpływy. Z kolei Pekin, potrzebujący surowców i stabilności, preferuje układ, w którym żadna potęga nie dyktuje warunków.
Izrael zdolny do jednostronnego przekształcenia regionalnego porządku komplikuje te kalkulacje. To niewygodna prawda: wielu chciało osłabienia Iranu, ale niewielu pragnęło całkowitej transformacji układu sił.
Przez dziesięciolecia krytycy przedstawiali Izrael jako państwo słabe, bezbronne i całkowicie zależne od amerykańskiej ochrony. Rzeczywistość jest inna. To historyczny fenomen: państwo powstałe po Holokauście w ciągu niespełna ośmiu dekad stało się potęgą militarną, technologiczną i wywiadowczą. Jak zauważył Walter Russell Mead: „Izrael nie stał się silny dzięki sojuszowi z Ameryką. Zyskał sojusz z Ameryką, ponieważ stał się silny”.
To nie Waszyngton stworzył potęgę Izraela, lecz amerykańskie administracje sprzymierzyły się z krajem, który udowodnił swoją skuteczność strategiczną. Paradoksalnie, to właśnie sukces sprawia, że świat oczekuje od Izraela powściągliwości. Historia uczy, że Izraelowi pozwala się walczyć, ale rzadko pozwala się mu na zdecydowane zwycięstwo. Międzynarodowe apele o zawieszenie broni nasilają się zazwyczaj wtedy, gdy sukces Izraela jest w zasięgu ręki.
Wrogowie Izraela, mówiąc o „oporze”, mają na myśli właśnie to: opór wobec sukcesu. Gdyby Izrael był słaby i wiecznie zależny od innych, nie budziłby tak wielkich emocji. To, co wielu uznaje za nie do zniesienia, to fakt, że projekt syjonistyczny istnieje i odnosi sukcesy – jako kwitnąca demokracja i siła militarna.
Każde porozumienie o normalizacji, każdy przełom technologiczny czy militarny podważa narrację, według której Izrael jest „nienaturalny” i „skazany na zanik”. Dlatego konflikt trwa niezależnie od izraelskich ustępstw, takich jak wycofanie się z Libanu czy Strefy Gazy. Dla radykalnych ruchów problemem nie jest przebieg granic, lecz suwerenność i potęga państwa żydowskiego.
Dynamika ta dotyka również zachodnich kręgów aktywistycznych, w których sukces Izraela burzy czarno-białe kategorie moralne „ciemiężców i ciemiężonych”.
Porozumienie Waszyngtonu z Teheranem to nie historia zdrady, lecz uznanie nowej rzeczywistości. Regionalne i globalne mocarstwa dostosowują się do faktu, że Izrael nie tylko przetrwa, ale będzie kształtował przyszłość Bliskiego Wschodu. Przez wieki Żydzi byli prześladowani, ponieważ byli bezsilni. Dzisiaj państwo żydowskie podlega ograniczeniom właśnie dlatego, że jest potężne. Świat godzi się na Izrael poddany kontroli, ale państwo zbliżające się do szczytu swoich możliwości to dla wielu zupełnie inna historia.
„Paradoks siły: Dlaczego świat boi się zwycięskiego Izraela”.
Kategorie: Uncategorized

