
Joshua Hoffman
Izraelska lewica nie wyciągnęła żadnych wniosków z wydarzeń z 7 października. Ten tragiczny dzień obnażył niebezpieczeństwo płynące z karmienia się iluzjami, a mimo to znaczna część tamtejszej lewicy nadal kurczowo trzyma się całkowicie przestarzałego światopoglądu.
To, komu międzynarodowe media decydują się oddać głos, gdy chcą obsesyjnie krytykować Izrael, jest niezwykle wymowne. Publicystyka takich tytułów jak „The New York Times” wielokrotnie zwraca się nie do tych Izraelczyków, którzy odzwierciedlają rzeczywisty obraz kraju, lecz do członków kurczącej się, choć wpływowej kulturowo lewicowej elity, wciąż przekonanej, że przemawia w imieniu narodu.
W tym tygodniu „The New York Times” postawił na izraelskiego historyka i intelektualistę Yuvala Noaha Harariego, profesora Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Wybór ten nie był przypadkowy. Harari reprezentuje konkretną klasę ideologiczną w Izraelu: świecką, zglobalizowaną, wykształconą, głęboko zakorzenioną w międzynarodowym kręgu intelektualnym i coraz bardziej oderwaną od instynktów, obaw, doświadczeń oraz tożsamości przeciętnego Izraelczyka. Mówimy o ludziach, którzy wciąż wierzą, że głównym motywem historii Izraela jest ocalenie go przed nacjonalizmem, religią i „ekstremizmem”, a nie przed samozwańczymi wrogami państwa żydowskiego, otwarcie dążącymi do jego całkowitej zagłady.
Mit Netanjahu jako źródła wszelkich podziałów
Nigdzie ten rozdźwięk nie był bardziej widoczny niż w nieustannych atakach Harariego na izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu. Harari stwierdził, że „nikt w historii Izraela nie podzielił narodu bardziej niż Netanjahu”. To jedno z tych sformułowań, które brzmią głęboko i mądrze w salonach elity, ale rozpadają się jak domek z kart przy najprostszej analizie. Netanjahu nie wymyślił wewnętrznych podziałów Izraela. Prawdziwy konflikt dotyczy dwóch zasadniczo odmiennych wizji państwa, a nie jednego człowieka wygrywającego kolejne demokratyczne wybory, w których frekwencja regularnie przekracza 70 procent.
- Pierwsza wizja postrzega Izrael przede wszystkim jako liberalne, postnarodowe państwo, w którym Żydzi po prostu mieszkają. Tożsamość żydowska ma tu drugorzędne znaczenie wobec uniwersalizmu, a narodowa odrębność budzi podejrzliwość. Judaizm jest akceptowany głównie jako kultura, kuchnia i pamięć historyczna, ale nie jako definiująca siła cywilizacyjna.
- Druga wizja postrzega Izrael jako narodową ojczyznę narodu żydowskiego – bezkompromisowo żydowską, zakorzenioną w historii, dbającą o bezpieczeństwo i niechętną uzależnianiu przetrwania Żydów od aprobaty międzynarodowych instytucji, elitarnych gazet czy zachodnich trendów akademickich.
Harari zdecydowanie należy do pierwszego obozu. Zdecydowana większość Izraelczyków – wręcz przeciwnie.
Brutalne zderzenie z bliskowschodnią rzeczywistością
Ta rzeczywistość stała się jeszcze bardziej oczywista po 7 października. Przed tą masakrą i wynikającymi z niej wojnami w niektórych kręgach społeczeństwa dominowała debata na temat reformy sądownictwa. Jednak 7 października zburzył iluzję, że głównym problemem Izraela jest wewnętrzna teoria konstytucyjna. Izraelczykom przypomniano w brutalny sposób, że żyją w regionie, gdzie słabość nie jest podziwiana jako moralne wyrafinowanie – jest ona bezwzględnie wykorzystywana.
Według jednej z wersji wydarzeń 7 października nagle i znikąd zradykalizował Izraelczyków. Rzeczywistość jest zupełnie inna: ten dzień po prostu czarno na białym potwierdził to, co do czego już wcześniej mieliśmy bolesne podejrzenia. Wyjaśnił, że wielu wrogów Izraela nie interesuje współistnienie, kompromis ani „zakończenie okupacji” – interesuje ich likwidacja Izraela jako państwa żydowskiego. Wyjaśnił, że siła militarna nie jest kwestią wyboru, lecz koniecznością, a hasła importowane z zachodnich ulic i uniwersytetów natychmiast rozpadają się w zderzeniu z bliskowschodnią rzeczywistością.
A jednak Harari wyszedł z tych wydarzeń, najwyraźniej niczego się nie nauczywszy. Podobnie jak większość izraelskiej lewicy, po prostu powrócił do ustawień fabrycznych: z powrotem do haseł o „pokoju z Palestyńczykami”, obwiniania Netanjahu i traktowania izraelskiego nacjonalizmu jako większego zagrożenia niż dżihadystyczne barbarzyństwo.
Brak partnera do rozmowy i moralne zagubienie elit
W pewnym momencie Harari stwierdził, że lepiej mieć „zarówno silną armię, jak i porozumienie pokojowe”. Oczywiście. Każdy Izraelczyk wolałby pokój; obywatele nie są na niego uczuleni. Izrael wielokrotnie wykazywał gotowość do oddawania ziemi, dawania autonomii, uwalniania skazanych przestępców (w tym masowych morderców) oraz daleko idących ustępstw dyplomatycznych w zamian za spokój.
Problem polega na tym, że do pokoju trzeba dwojga, o czym osoba „wysoce wykształcona”, taka jak Harari, powinna już wiedzieć. Jest na tyle dorosły, by pamiętać, że druga intifada zniszczyła wiarygodność izraelskiej lewicy, ponieważ Izraelczycy na własne oczy oglądali zamachy samobójcze w autobusach, restauracjach i kawiarniach po latach optymizmu związanego z procesem pokojowym z Oslo.
7 października przyniósł coś jeszcze gorszego. To nie był zwykły terroryzm – to był średniowieczny sadyzm transmitowany na żywo w mediach społecznościowych.
A jednak Harari mówi tak, jakby główną przeszkodą wciąż była niechęć Izraela. Co więcej, część wywiadu dla „New York Timesa” poświęcił na analizowanie strategii, w jaki sposób Hamas mógłby osiągnąć większe zwycięstwo wizerunkowe. Twierdził, że Hamas odniósł „niesamowite zwycięstwo militarne” i upokorzył Izrael, ale mógłby odnieść jeszcze większy triumf geopolityczny, gdyby oszczędził cywilów i humanitarnie traktował zakładników przed międzynarodowymi kamerami.
Proszę pomyśleć, jak potwornie oderwane od rzeczywistości brzmi to dla Izraelczyków.
7 października terroryści z Hamasu wtargnęli do izraelskich domów, zamordowali całe rodziny, gwałcili kobiety, porywali dzieci i starców, palili ludzi żywcem i zmasakrowali uczestników festiwalu muzycznego, transmitując te okrucieństwa z dumą w internecie. Tymczasem wkład Harariego w dyskusję polega na teoretyzowaniu o alternatywnej strategii PR-owej, którą Hamas powinien był zastosować. To właśnie ten rodzaj intelektualizacji sprawia, że zwykli obywatele coraz bardziej nie ufają własnym elitom kulturowym. Jest coś moralnie odpychającego w obserwowaniu, jak rodzimi „intelektualiści” analizują ludobójcze masakry przez pryzmat optymalizacji wizerunku i marketingu geopolitycznego.
Jednostronny ciężar moralny i walka o narrację
Harari twierdził również, że wielu Izraelczykom trudno jest dostrzec cierpienie Palestyńczyków. To ewidentna nieprawda. Izraelczycy doskonale zdają sobie sprawę z tego cierpienia. Nie jesteśmy ślepi. Wiemy, że wojna jest straszna i że Gaza doświadcza ogromnych trudności. Izraelczycy odrzucają jedynie żądanie, by współczucie dla drugiej strony przeważyło nad ich własnym instynktem przetrwania. Żadne państwo na świecie nie zniosłoby wydarzeń z 7 października i nie zareagowało z powściągliwością, jakiej oczekują zachodni aktywiści z mediów społecznościowych. Żadne – ani Ameryka, ani Kanada, ani Australia, ani żaden kraj w Europie.
W sposobie, w jaki krytycy przedstawiają tę kwestię, kryje się głęboka manipulacja. Izraelczyków bez przerwy pyta się, czy przejmują się cierpieniem Palestyńczyków. Rzadko kiedy pyta się Palestyńczyków, ich przywódców czy ich globalnych zwolenników, czy przejmują się cierpieniem Żydów. Ciężar moralny w jakiś sposób zawsze spoczywa tylko na jednej stronie.
Harari stwierdził następnie, że choć Izrael odniósł zwycięstwo militarne, to przegrał walkę o narrację, która dawała mu „legitymizację” w świecie. Zakłada to jednak coś zasadniczo fałszywego: że globalna wrogość wobec Izraela wybuchła dopiero z powodu tej wojny. Tak nie było. Izrael oskarżano o kolonializm, apartheid, czystki etniczne, ludobójstwo i brak prawa do istnienia na długo przed 7 października. Ruchy „antysyjonistyczne” otwarcie świętowały przemoc wobec Izraelczyków już 7 października, zanim armia izraelska w ogóle zdążyła podjąć jakiekolwiek działania odwetowe.
Przekonanie, że Izrael doświadczył jedynie tymczasowego kryzysu wizerunkowego, jest w najlepszym razie naiwnością. W rzeczywistości 7 października ujawnił, jak wiele nienawiści do Żydów tliło się pod powierzchnią zachodnich społeczeństw. W miarę jak blakną wspomnienia o Holokauście, stare antysemickie instynkty powracają, ubrane w zaktualizowany język moralny. Żydów nie oskarża się już o zatruwanie studni; dziś zarzuca się im „biały kolonializm”. Słownictwo się zmienia, ale obsesja pozostaje ta sama.
Trauma diaspory udająca filozofię
I wreszcie dochodzimy do prawdopodobnie najbardziej absurdalnej części wywodu Harariego: jego twierdzenia, że współczesny Izrael niszczy rzekomo tolerancyjny judaizm, który wyłonił się podczas dwóch tysięcy lat istnienia diaspory. Według historyka judaizm biblijny był wyjątkowo brutalny i nietolerancyjny, podczas gdy judaizm diaspory ewoluował w coś moralnie wyższego właśnie dlatego, że Żydzi żyli jako bezsilna mniejszość pod obcym panowaniem.
Taka interpretacja jest historycznie spłycona i filozoficznie mętna.
- Po pierwsze, każda starożytna cywilizacja była brutalna według współczesnych standardów. Wyróżnianie judaizmu biblijnego jako wyjątkowo barbarzyńskiego świadczy o ignorancji historycznej. Starożytny świat był pełen podbojów, wojen plemiennych, niewolnictwa i przymusu religijnego. Asyryjczycy obdzierali wrogów ze skóry żywcem, Rzymianie krzyżowali tysiące ludzi, a imperia rutynowo dokonywały eksterminacji. Biblia hebrajska odzwierciedla realia starożytnego Bliskiego Wschodu, a nie standardy współczesnego uniwersyteckiego seminarium.
- Po drugie, rozwój etyczny judaizmu nie nastąpił wyłącznie dlatego, że Żydzi stali się słabi. Taki argument jest wręcz obraźliwy. Żydowska tradycja moralna ewoluowała dzięki niezwykłej cywilizacji intelektualnej i duchowej: debatom rabinicznym, rozumowaniu prawnemu, etyce prorockiej, odpowiedzialności wspólnotowej oraz wielowiekowej refleksji filozoficznej. Żydowski nacisk na sprawiedliwość, naukę i godność ludzką nie był jedynie produktem ubocznym bezradności na wygnaniu. Był to autonomiczny sukces cywilizacyjny.
- Po trzecie, Harari idealizuje bezsilność Żydów jako stan moralnie oczyszczający, traktując jednocześnie żydowską suwerenność jako czynnik deprawujący. To jedna z najniebezpieczniejszych patologii obecnych w niektórych kręgach współczesnej żydowskiej kultury intelektualnej: przekonanie, że Żydzi zasługują na moralny podziw tylko wtedy, gdy są bezbronni. Według tej logiki Żydzi tułający się bezpaństwowo przez historię są oświeceni, ale Żydzi broniący się siłą militarną są prymitywni. To nie jest moralność. To trauma diaspory udająca filozofię.
Harari całkowicie ignoruje oczywisty powód, dla którego Izrael stał się bardziej zorientowany na bezpieczeństwo i silny narodowo: realia geopolityczne. Izraelczycy nie obudzili się pewnego ranka z kapryśnym postanowieniem, by stać się twardszymi, bardziej sceptycznymi czy nacjonalistycznymi. Te postawy ukształtowały dekady terroryzmu, fiaska procesów pokojowych, regularne ostrzały rakietowe, zamachy samobójcze, wrogość sąsiadów, a ostatecznie – rzeź z 7 października.
Ukształtowała je historia, doświadczenie i twarda rzeczywistość. Izraelska lewica nadal stawia błędną diagnozę, ponieważ odmawia zmierzenia się z kluczową lekcją, którą reszta społeczeństwa odrobiła już dawno temu: przetrwanie nie jest nikomu dane raz na zawsze. 7 października nie stworzył tej zasady – on po prostu odebrał luksus udawania, że jest inaczej.
Iluzje izraelskiej lewicy i medialne elity
Kategorie: Uncategorized

