Uncategorized

Gwałtowna walka ultraortodoksów przeciwko poborowi to święta wojna wymierzona w państwo

Przyslal Leon Schatz

Autor: Shalom Yerushalmi

Szokujący atak na dom sędziego Noama Sohlberga pokazuje, że ekstremiści postrzegają sprzeciw wobec służby wojskowej jako religijną krucjatę, w której nie ma i nie będzie miejsca na żaden kompromis.

Każdy, kogo zaskoczył brutalny atak na dom i posesję wiceprezesa Sądu Najwyższego, sędziego Noama Sohlberga, całkowicie błędnie ocenił sytuację i nie zdawał sobie sprawy z ogromu nienawiści do państwa Izrael i jego instytucji, jaka od lat narasta w społeczności ultraortodoksyjnej (charedim).

Ktoś taki nie rozumie, że mamy do czynienia z religijnym ekstremizmem, który nie uznaje kompromisów ani umiaru. Dla tych ludzi to egzystencjalna święta wojna w rzekomej służbie Bogu, której – w ich głębokim przekonaniu – nigdy nie wolno im porzucić. Wybite szyby, zniszczone donice i zdewastowany samochód sędziego Sohlberga to odpryski tej religijnej krucjaty. Gdyby sędzia wpadł w ręce tłumu, jego los prawdopodobnie również byłby przesądzony – a wszystko przez „grzechy” związane z poborem do wojska, które przypisują mu ultraortodoksi.

„Bóg jest naszym królem, a my Jego sługami.
Święta Tora to nasze życie i jesteśmy z nią związani.
Nie wierzymy w rządy heretyków
I nie przestrzegamy ich praw.
Na ścieżce Tory przejdziemy przez ogień i wodę,
Na ścieżce Tory pójdziemy uświęcać imię Niebios”.

Oto proste słowa hymnu, który towarzyszy dziś każdemu młodemu ultraortodoksie wychodzącemu na ulicę. Z tymi słowami na ustach blokują drogi, szturmują więzienia, by uwalniać dezerterów, grożą rówieśnikom chcącym wstąpić do armii, czy wreszcie oblegają i niszczą domy „przedstawicieli rządu heretyków” – w tym dowódcy Żandarmerii Wojskowej, generała brygady Yuvala Yamina, oraz sędziego Sohlberga. W przekonaniu radykałów, tak właśnie wygląda „droga Tory”.

W przeszłości pieśń ta była domeną Neturei Karta – odizolowanej sekty, od której większość społeczności charedim się odcinała. Każdego, kto śpiewał o „rządach heretyków” w zaułkach dzielnicy Mea Szearim, uważano po prostu za mewariata (w jidysz: meshuggeneh). Dziś, w obliczu ostrych sporów wokół poboru charedim do Sił Obronnych Izraela (Cahal), ten podburzający refren trafił do głównego nurtu. Jego przesłanie jest jednoznaczne.

Podczas jednej z ogromnych demonstracji na moście Strunowym przy wjeździe do Jerozolimy (w trakcie której jeden z młodych protestujących zginął po upadku z wysokiego dźwigu) rozmawiałem ze studentem jesziwy.

– Nie jesteśmy Izraelczykami i ten kraj nas nie obchodzi – rzucił wprost. – Musisz to zrozumieć. Jesteśmy sługami Boga i nikt nas stąd nie wyciągnie.

Opór wobec poboru – który z czasem będzie stawał się coraz bardziej agresywny, bo protestujący widzą w nim nakaz boski – zjednoczył całą społeczność charedim wokół radykalnej Frakcji Jerozolimskiej, która jeszcze do niedawna stanowiła absolutny margines.

Siedząc na galerii Knesetu, przysłuchiwałem się bezpardonowej przemowie byłego ministra Meira Porusha z partii Zjednoczony Judaizm Tory, który z mównicy plenarnej grzmiał przeciwko policji i sądom. Schodząc z podium, Porush kontynuował swój teatr, wykrzykując na prawo i lewo hasła o „Rzymianach” i „bolszewikach”.

Dla Porusha – ikony głównego nurtu ortodoksji, wywodzącego się z rodziny od pokoleń pełniącej funkcje publiczne – rząd Izraela przestał być rządem żydowskim. Organy ścigania jawią mu się jako antysemickie, niczym rzymski cesarz Hadrian, który po stłumieniu powstania Bar-Kochby nakazał eksterminację Żydów. Setki ultraortodoksów, którzy ruszyli pod dom Sohlberga w Alon Shvut, jechały tam z przeświadczeniem, że biorą udział w buncie przeciwko współczesnym „Rzymianom i bolszewikom” zasiadającym w Knesecie, Sądzie Najwyższym i policji.

Sohlbergowi nie pomogła ani duża jarmułka na głowie, ani konserwatywne podejście do prawa, ani prawicowe poglądy i życie w osadzie na Zachodnim Brzegu. Choć izraelska prawica od dawna widziała w nim swój najsolidniejszy bastion w Sądzie Najwyższym, dla tłumu przestało to mieć znaczenie. W momencie, gdy poparł jednogłośny wyrok nakazujący pobór studentów jesziw i nakazał policji wyegzekwowanie prawa, stał się wrogiem. I to nie tylko wrogiem ultraortodoksów, ale – w ich oczach – wrogiem samego Boga.

Znamienne, że nawet po tak dramatycznych zajściach na podwórku sędziego, reakcja polityków charedim była pełna niuansów i… cichego zrozumienia dla sprawców. Wszystko oparto na retoryce typu „tak, ale”. Partie Zjednoczony Judaizm Tory, Shas, a nawet ruch Chabad wydały wprawdzie lakoniczne oświadczenia potępiające przemoc, ale natychmiast dorzuciły do nich krytykę samego sędziego, Sądu Najwyższego oraz państwa.

Znany ultraortodoksyjny publicysta Aryeh Ehrlich (związany z Chabadem) opublikował nagranie, w którym stwierdził bez ogródek: „Sohlberg jako pierwszy rzucił zapałkę na podpalony stos, zmuszając policję do aresztowania ludzi uchylających się od służby. Sędzia Sohlberg nie niszczy doniczek. On niszczy ludzkie życie”.

Konkluzja jest prosta: ultraortodoksi do wojska nie pójdą, bez względu na to, czy ustawa o zwolnieniach przejdzie, czy nie. Zależy im jednak na usankcjonowaniu tego stanu rzeczy, by legalnie omijać komisje poborowe. Oczekiwali, że ich liderzy polityczni zagwarantują im masowe zwolnienia zซuzby, co pozwoliłoby im po cichu unikać armii i jednocześnie pobierać ogromne dotacje od państwa. Państwa, którego de facto nie uznają i nie uznają, dopóki nie stanie się ono państwem teokratycznym (halachicznym).

Gdy ministrowie i posłowie zawiedli na tym polu – a premier Benjamin Netanjahu przyznał wprost liderom charedim, że ustawa prędko nie przejdzie – a żandarmeria zaczęła wyrywkowo aresztować dezerterów, tama puściła.

W kuluarach pojawiają się głosy krytykujące ortodoksyjnych rabinów i polityków za błędy taktyczne. Jeden z wysokich rangą przedstawicieli Zjednoczonego Judaizmu Tory tłumaczył mi to tak:

– Przez lata studenci jesziw dostawali odroczenia, które z automatu stawały się zwolnieniami. To był status quo wypracowany jeszcze za Dawida Ben Guriona. Problem pojawił się po wybuchu wojny, gdy opinia publiczna zaczęła pytać: „A co z tymi, którzy wcale się nie uczą?”. Wtedy nasi liderzy zaczęli się jąkać. Władze pokazały im dowody i zdjęcia młodzieży ultraortodoksyjnej, która porzuciła studia nad Torą i bije bąki. Wpadliśmy w pułapkę. Trzeba było walczyć wyłącznie o realnych studentów jesziw i bronić tamtego status quo. Przez to, że chcieliśmy ugrać zbyt wiele, możemy stracić wszystko.

Rabini nie chcą jednak odpuścić żadnemu młodemu człowiekowi – nawet tym z marginesu społeczności – w obawie przed rozmyciem tożsamości religijnej grupy. Rzeczywistość pokazuje jednak coś zupełnie innego.

Młody chłopak, który idzie do specjalnych, ortodoksyjnych oddziałów armii (takich jak brygady „Chasmonaim” czy „Netzah Yehuda”), ma realną szansę zachować religijny styl życia w kontrolowanym środowisku. Tymczasem chłopak, który rzuca naukę, włóczy się nocami po centrum Jerozolimy, przesiaduje na dworcu autobusowym i wsiąka w na wskroś świecką kulturę kibicowską na stadionie Teddy podczas meczów Beitaru, traci kontakt z religią o wiele szybciej.

Pobór to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Sohlberg domaga się sprawiedliwego podziału obywatelskich obowiązków. Ultraortodoksi, którzy demolowali jego podwórko, chcą słyszeć wyłącznie o całkowitym zwolnieniu. Dochodzi do tego, że wielu zatrzymanych przez policję odmawia wylegitymowania się lub celowo zamienia się dokumentami tożsamości, by utrudnić procedury.

Co czeka nas dalej? Sytuacja będzie eskalować.

W tym tygodniu w Knesecie stałem blisko ministra Icchaka Goldknopfa ze Zjednoczonego Judaizmu Tory, który rozmawiał z dobrze poinformowanym dziennikarzem ze środowiska charedim. Dziennikarz ostrzegał go bez owijania w bawełnę:

– To jeszcze nie jest szczyt tego kryzysu. Przełom nastąpi dopiero wtedy, gdy dojdzie do ściany. Czekają nas potężne zamieszki, regularne walki na ulicach, przemoc i, niestety, prawdopodobnie pierwsze ofiary śmiertelne. Dopiero gdy dojdzie do masowych aresztowań i totalnego wybuchu, wszyscy usiądą do stołu, żeby gasić pożar. A my w ten sposób zyskamy kolejnych kilka lat spokoju. Bo do wojska i tak nie pójdziemy.

Gwałtowna walka ultraortodoksów przeciwko poborowi to święta wojna wymierzona w państwo

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Należy karać tych pasożytów karami pieniężnymi. Przede wszystkim uciąć im i to każdemu wszelkie finansowe sparcie państwa. Niech sobie radzą tak jak radzili sobie w diasporze. Jeśli nie uznają państwa, to państwo na pewno nie powinno ich wspomagać kosztem pracy tych, którzy są normalnymi obywatelami. Nie chcą być cząstką społeczeństwa, to niech nie będą. …..niech żyją na swój rachunek.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.