
— Nachum Kaplan
Zachód wciąż nie rozumie, dlaczego doszło do wydarzeń z 7 października. Zbyt wielu ludzi na Zachodzie nie chce porzucić iluzji, że to pokój zapewnia bezpieczeństwo. Izraelczycy wiedzą, że jest dokładnie odwrotnie.
Rzymskie powiedzenie Si vis pacem, para bellum („Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”) wywodzi się z cywilizacji, która rozumiała podstawową prawdę o ludzkich sprawach: to bezpieczeństwo tworzy pokój. Izrael to rozumie, ponieważ leży na Bliskim Wschodzie. Zachód tego nie pojmuje, gdyż żyje w terapeutycznej fantazji.
Głównym złudzeniem leżącym u podstaw większości zachodnich komentarzy na temat Izraela jest przekonanie, że pokój to najwyższe dobro polityczne. Tak nie jest. Najwyższym dobrem jest bezpieczeństwo. Pokój ma wartość tylko wtedy, gdy się na nim opiera. W przeciwnym razie staje się jedynie przerwą między wojnami.
To nieporozumienie od dziesięcioleci zniekształca zachodnie myślenie o Izraelu. To dlatego dyplomaci, dziennikarze, organizacje pozarządowe, naukowcy i zawodowi entuzjaści „procesu pokojowego” nieustannie stawiają błędną diagnozę tego konfliktu. Ich analizy zazwyczaj opierają się na naiwnym założeniu, że spór dotyczy zasadniczo terytorium.
Gdyby jednak chodziło o ziemię, 7 października nigdy by się nie wydarzył. Izrael całkowicie wycofał się ze Strefy Gazy w 2005 roku. Wycofał stamtąd wszystkich żołnierzy i zlikwidował wszystkie osady. Rezultatem nie było jednak pojednanie, lecz dokonanie przez Hamas najgorszej masakry Żydów od czasów Holokaustu.
Podobnie rakietowe imperium Hezbollahu w Libanie nigdy nie miało nic wspólnego z państwowością palestyńską. Huti w Jemenie nie wystrzeliwują rakiet dlatego, że mają sprecyzowane zdanie na temat przepisów zagospodarowania przestrzennego w Judei i Samarii (znanej również jako Zachodni Brzeg). Ruchami tymi kierują cele ideologiczne, które powstały na długo przed narodzinami współczesnego państwa Izrael.
Patologia „rozwiązania dwupaństwowego”
Zachodni decydenci nienawidzą tej prawdy, ponieważ oznacza ona, że konflikt jest znacznie trudniejszy do rozwiązania dyplomatycznego, niż chcieliby wierzyć. „Rozwiązanie dwupaństwowe” pozostaje jaskrawym przykładem tej patologii. Forsuje się je nawet po 7 października, nawet po tym, jak Hamas przekształcił Gazę w dżihadystyczną twierdzę, Hezbollah zamienił południowy Liban w irańską bazę rakietową, a Iran otwarcie zaatakował Izrael pociskami balistycznymi i dronami, wchodząc z nim w stan bezpośredniej wojny.
Globalne „rozwiązanie” pozostaje niezmienne: Izrael – i tak już mały kraj – powinien stać się jeszcze mniejszy i bardziej bezbronny, zrezygnować ze strategicznej głębi i zaufać ludziom, którzy otwarcie deklarują zamiar jego zniszczenia. Ta naiwność jest wręcz porażająca, a teoria stojąca za państwem palestyńskim – zdumiewająco niedorzeczna. Żaden poważny analityk nie uwierzy, że gdyby Tajwan oddał połowę swojego terytorium Chinom, Pekin nagle porzuciłby cel przejęcia całej wyspy. Nikt rozsądny nie uznałby również, że gdyby Ukraina oddała połowę swojego terytorium Rosji, Moskwa ogłosiłaby wieczny pokój.
Jednak ortodoksyjny pogląd Zachodu głosi, że islamiści oddani sprawie zniszczenia Izraela – wierzący, że śmierć „niewiernych”, a zwłaszcza Żydów, jest przepustką do nieba – nagle złagodnieliby, gdyby tylko otrzymali suwerenne terytorium z widokiem na izraelskie aglomeracje. Teoria ta przetrwała wyłącznie dlatego, że traktuje się ją jak doktrynę religijną, a nie propozycję strategiczną.
Wydarzenia ostatnich kilku lat z niezwykłą jasnością obnażyły ten nonsens. 7 października zburzył mit, że oddawanie terytoriów prowadzi do deeskalacji. Izrael całkowicie opuścił Gazę: zlikwidował osiedla, wycofał wojska, przekazał ziemię, a nawet ekshumował zmarłych z cmentarzy. Odpowiedzią na to był 7 października.
Można by pomyśleć, że zmusi to ludzi myślących do poważnej rewizji założeń. Zamiast tego większość świata uznała, że Izrael powinien powtórzyć ten eksperyment w innym miejscu. Człowieka ogarnia zmęczenie, gdy musi mierzyć się z takim poziomem głupoty.
Mit powściągliwości i rzeczywistość w Libanie
To samo złudzenie zniekształca myślenie o Hezbollahu. Zachodnie rządy pouczały Izrael o powściągliwości i robią to nadal, nawet gdy siły izraelskie przekroczyły rzekę Litani w południowym Libanie, aby zwalczać drony i rakiety bezkrytycznie nękające północ kraju. Izraelowi bezustannie powtarza się, by unikał eskalacji, że dyplomacja zadziała i że z Hezbollahem da się porozumieć.
Zaledwie wczoraj irański reżim zmanipulował Stany Zjednoczone, „grożąc” zerwaniem negocjacji „z powodu działań Izraela w Libanie”. Kilka godzin później, podczas rozmowy telefonicznej między prezydentem USA Trumpem a premierem Izraela Benjaminem Netanjahu, Trump miał nazwać Netanjahu „szaleńcem” z powodu planowanego uderzenia na bastion Hezbollahu w Bejrucie.
„Wszyscy cię teraz nienawidzą, wszyscy nienawidzą Izraela z tego powodu” – miał powiedzieć Trump do Netanjahu. Inne źródło podało, że Trump był „wściekły” i w pewnym momencie krzyknął: „Co ty, kurwa, robisz?”.
Co takiego robi Izrael? Po prostu broni się przed Hezbollahem. Co natomiast robi Hezbollah, gromadząc arsenał większy niż niejedna armia narodowa (i znacznie silniejszy niż armia Libanu), przekształcając całe libańskie wioski w kompleksy wojskowe i umieszczając wyrzutnie rakiet pośród cywilów?
Dyplomaci produkują nieskończony strumień oświadczeń wyrażających „głębokie zaniepokojenie”, ale powierzchowne zaniepokojenie nie zastąpi systemu obrony powietrznej. W końcu jednak nadeszła rzeczywistość. Decyzja Hezbollahu o bezpodstawnym zaatakowaniu Izraela 8 października „w geście solidarności z Palestyńczykami” ujawniła to, o czym Izraelczycy mówili od dawna: problemem nigdy nie była izraelska agresja, lecz obecność irańskiej armii ekspedycyjnej stacjonującej tuż pod ich granicą.
Konflikt zniszczył znaczną część struktury dowodzenia Hezbollahu, zdewastował jego kluczowe zdolności wojskowe, wyeliminował czołowych przywódców i poważnie osłabił pozycję organizacji w Libanie. Niemniej jednak Hezbollah wciąż tam jest i nadal atakuje mieszkańców północnego Izraela, ponieważ jego cel się nie zmienił.
Konfrontacja z Teheranem
Ta sama lekcja płynie z konfrontacji z samym Iranem. Przez dziesięciolecia zachodni przywódcy twierdzili, że dyplomacja powstrzyma Teheran. Każdy termin rozmów nuklearnych był przedłużany, każde naruszenie limitów wzbogacania uranu – racjonalizowane, każde ostrzeżenie – zbywane jako panikarstwo, a każda czerwona linia – cichaczem przesuwana.
W tym samym czasie Iran zbudował potężny arsenał rakiet balistycznych, finansował grupy terrorystyczne w całym regionie, destabilizował kolejne kraje i krok po kroku zbliżał się do uzyskania broni jądrowej, co ostatecznie doprowadziło do bezpośredniej konfrontacji zbrojnej.
Przez lata zachodni decydenci zachowywali się tak, jakby wojna z Iranem była najgorszym możliwym scenariuszem. To osobliwe założenie. Reżim otwarcie wzywający do unicestwienia Izraela, wzbogacający uran, rozwijający pociski dalekiego zasięgu i budujący regionalną sieć armii terrorystycznych uznawano za zagrożenie, z którym da się żyć. Konfrontację z nim uważano za zbyt niebezpieczną. Ta logika była całkowicie postawiona na głowie.
Bezpośrednie starcie między Izraelem a Iranem obnażyło, jak bardzo polityka Zachodu oderwała się od rzeczywistości. Przez dziesięciolecia analitycy pisali o Iranie jak o nietykalnym regionalnym supermocarstwie. Gazety opisywały Islamską Republikę językiem graniczącym z mistycznym uwielbieniem. Wszelkie sugestie, że Izrael mógłby bezpośrednio rzucić wyzwanie Teheranowi, odrzucano jako szaleńczą fantazję.
Gdy wybuchła wojna i Iran wystrzelił na Izrael ogromną salwę rakiet, Izraelczycy odpowiedzieli uderzeniem odwetowym. Wtedy Islamska Republika odkryła bolesną prawdę o współczesnej wojnie: propaganda nie zastąpi sił powietrznych.
Reżim, który przez dziesięciolecia bezpiecznie prowadził wojny rękami swoich lenników, nagle sam znalazł się na celowniku. W ciągu zaledwie dwóch dni izraelskie samoloty uzyskały całkowitą swobodę działania w irańskiej przestrzeni powietrznej. Zbuntowane strategiczne obiekty wojskowe legły w gruzach. Wyeliminowano wysokich rangą dowódców, a infrastruktura krytyczna została uszkodzona. Systemy obrony powietrznej, którymi Teheran chwalił się od lat, okazały się bezradne w starciu z technologicznie nadrzędną armią.
Szkody psychologiczne mogą ostatecznie okazać się dotkliwsze niż straty materialne. Ta bitwa wciąż trwa – z Waszyngtonem jako głównym graczem naprzeciw Iranu oraz Izraelem walczącym w Libanie. Najbardziej zdumiewające było jednak to, jak wiele zachodnich rządów zareagowało na te wydarzenia, domagając się powściągliwości od strony, która właśnie udowodniła realność zagrożenia. Lekcja, jaką wyciągnęło wielu liderów, nie brzmiała: „pozwoliliśmy Iranowi stać się zbyt niebezpiecznym”, lecz: „stawianie czoła niebezpieczeństwu jest niebezpieczne”.
Rzeczywistość nie czyta rezolucji ONZ
Wojna z Iranem pokazała coś, czego zachodni decydenci od lat starali się nie dostrzegać: zagrożenia nie znikają tylko dlatego, że liderzy odmawiają stawienia im czoła. Rzeczywistość nie dba o dyplomatyczne slogany, nie czyta rezolucji ONZ ani nie uczestniczy w konferencjach w Genewie. Rzeczywistość nadchodzi wraz ze spadającymi pociskami.
Wojna zadała potężny cios irańskiej infrastrukturze wojskowej, osłabiła jego sieć rakietową i obronę powietrzną oraz obaliła starannie pielęgnowany mit o niepokonalności Teheranu. Choć reżim i jego ambicje przetrwały, świat zyskał dowód na to, że jest on znacznie słabszy, niż przez lata twierdzili jego apologeci i zachodni sprzymierzeńcy.
Jednak reakcja społeczności międzynarodowej okazała się przygnębiająco znajoma. Priorytetem nie było usunięcie zagrożenia, lecz jak najszybsze zakończenie konfrontacji. A to nie to samo. Rozejm bywa użyteczny, kupuje czas i stwarza nowe możliwości, ale nie jest zwycięstwem.
Zachód bez przerwy myli chwilowe zawieszenie broni z trwałym rozwiązaniem konfliktu. Traktuje wojnę jak nieprzyjemny spór korporacyjny, który można zażegnać poprzez dialog, mediacje i odpowiednie wsparcie emocjonalne. Niestety, Hezbollah nie jest tym zainteresowany. Tak samo jak Hamas czy Islamska Republika Iranu.
To prowadzi do kluczowego pytania strategicznego: Jaki jest cel izraelskiej siły militarnej?
Odpowiedzią nie może być samo przetrwanie kolejnych ataków. Armia istnieje po to, by zagwarantować bezpieczeństwo. Jeśli zagrożenia nieustannie odżywają, ponieważ wojny kończą się przed osiągnięciem celów strategicznych, wówczas starcia te stają się jedynie niezwykle kosztownym odsuwaniem problemu w czasie.
Właśnie ten błąd Izrael popełniał wielokrotnie i dziś znów próbuje się go do niego zmusić. Przez lata akceptowano cykliczne eskalacje z Hamasem, tolerowano zbrojenie się Hezbollahu i polegano na międzynarodowych obietnicach w sprawie Iranu. Każde opóźnienie sprawiało, że ostateczna konfrontacja stawała się potężniejsza i groźniejsza.
Wniosek powinien być dziś oczywisty: Izrael nie może zlecać swojego bezpieczeństwa Waszyngtonowi, a tym bardziej komukolwiek innemu. Powinien cenić sojuszników i współpracować, gdzie to możliwe, ale musi myśleć jak kraj, który ostatecznie stoi sam. Państwo żydowskie nie powstało dlatego, że międzynarodowe gwarancje okazały się wiarygodne. Powstało, ponieważ te gwarancje wielokrotnie okazały się bezwartościowe.
Ta lekcja jest dziś tak samo aktualna jak w 1948 roku. Być może nawet bardziej. Bliski Wschód wychodzący z wojen przeciwko Hamasowi, Hezbollahowi i Iranowi różni się od tego sprzed 7 października. Hamas został zdruzgotany, Hezbollah głęboko osłabiony, a słabości Iranu – obnażone. Żadne z tych zagrożeń jednak nie zniknęło. Ich toksyczna ideologia, nienawiść i ambicje wciąż są żywe.
Jeśli społeczność międzynarodowa naprawdę chce stabilizacji na Bliskim Wschodzie, musi przestać obsesyjnie skupiać się na abstrakcyjnych „procesach pokojowych”, a zacząć dostrzegać realia bezpieczeństwa. To one decydują o tym, czy pokój ma w ogóle jakiekolwiek szanse.
Obowiązkiem Izraela nie jest zadowalanie pozbawionych kręgosłupa krytyków. Jego obowiązkiem jest zapewnienie bezpiecznego życia żydowskim dzieciom we własnym państwie. Wszystko inne ma drugorzędne znaczenie – włącznie z samym pokojem.
Dlaczego Zachód nie rozumie Izraela?
Kategorie: Uncategorized

