Uncategorized

Największym kryzysem dziennikarstwa nie jest Trump – lecz sami dziennikarze

Alice Teodorescu

Podczas kryzysu migracyjnego media nie zdołały rzetelnie opisać rzeczywistości. Zamiast tego przedstawiały ją tak, jak chciały, by postrzegała ją opinia publiczna. Dziesięć lat później powtarza się ten sam schemat.

Wiosną 2013 roku dziennik „Dagens Nyheter” cieszył się z umocnienia swojej pozycji lidera wśród szwedzkich wydań internetowych gazet porannych. W wywiadzie redaktor naczelny gazety, Peter Wolodarski, wyjaśnił przepis na ten sukces:

„Ostatni tydzień był dla nas bardzo intensywny. Seria artykułów o żebractwie, list Jonasa Hassena Khemerego do Beatrice Ask oraz nasze materiały zarówno o ukrywających się uchodźcach, jak i o Tobiasie Billströmie spotkały się z ogromnym odzewem, co bardzo nas cieszy. Umacniamy naszą pozycję jako największego serwisu informacyjnego wśród szwedzkich dzienników porannych. /…/ Będziemy mocniej stawiać na tego typu dziennikarstwo wyznaczające agendę (agenda-setting journalism), które skłania nas zarówno do myślenia, jak i do odczuwania”.

Brzmi to niewinnie, wręcz szlachetnie. W rzeczywistości jednak sformułowanie to kryje w sobie rewolucyjną ideę: że zadaniem dziennikarza nie jest już jak najwierniejsze opisywanie faktów i dostarczanie ludziom narzędzi do zrozumienia świata – lecz kształtowanie percepcji czytelnika i dyktowanie mu, co powinien w obliczu tych faktów czuć.

W tym właśnie miejscu dziennikarstwo zaczęło mylić swoją misję z misją polityki – lub magii.

Wolodarski i ja spotkaliśmy się kilka lat później w debacie w programie Agenda, podczas której skrytykowałam go za tak zwane dziennikarstwo wyznaczające agendę. Moim zdaniem ogłupiało ono debatę publiczną i odwoływało się do najprostszych, emocjonalnych odruchów.

Był rok 2016, zaledwie kilka dni wcześniej Donald Trump został po raz pierwszy wybrany na prezydenta, a w Szwecji rozgorzała dyskusja o tym, jak media sprzymierzyły się z władzą podczas kryzysu uchodźczego w 2015 roku. Mówiłam wówczas o znaczeniu „neutralności wobec konsekwencji” jako przeciwieństwie dziennikarstwa zaangażowanego i podkreślałam, że media przez długi czas podważały swoją wiarygodność w sposób znacznie poważniejszy, niż kiedykolwiek byłby w stanie zrobić to Trump.

Uważałam również, że zarówno wybór Trumpa, jak i rozwój mediów alternatywnych należy postrzegać jako bezpośrednią konsekwencję niezdolności całego establishmentu do zajęcia się problemami społecznymi w sposób odpowiadający realiom dostrzeganym przez szerokie grupy wyborców.

W kolejnych latach odbywały się liczne debaty i seminaria poświęcone kwestii dziennikarskiego podejścia do tematu migracji – w wielu z nich brałam osobisty udział. Dziennikarze, zwłaszcza z mediów publicznych, opowiadali o klaustrofobicznej kulturze pracy, która przedkładała konformizm nad zwykłą ciekawość. Wydawało się, że nadchodzi czas trzeźwej refleksji, jakby sama świadomość istnienia „korytarza opinii” miała uchronić nas przed podobnymi błędami w przyszłości.

Tak się jednak nie stało. Z perspektywy dekady widać wyraźnie, że korytarz opinii jedynie się przesunął i zmienił tematy, podczas gdy jego metody, logika i cała infrastruktura pozostały nienaruszone. Najwyraźniej widać to dziś w kwestiach klimatu i środowiska, w histerycznej dyskusji na temat dysforii płciowej wśród młodzieży, a także w sposobie relacjonowania wojny w Strefie Gazy – ze szczególnym uwzględnieniem obsesji na punkcie działań Izraela.

We wszystkich tych obszarach – podobnie jak wcześniej w przypadku migracji, integracji, „apatycznych dzieci uchodźców” czy żebractwa – sedno sprawy zostało zawłaszczone przez ludzi odczuwających nieustanną potrzebę manifestowania własnej dobroci i tolerancji, ze szkodą dla osób, których te problemy realnie dotykają. W ten sposób kwestie klimatu, zdrowia psychicznego młodzieży transpłciowej oraz migracji zostały zredukowane do ról kolorowych (i wymiennych) rekwizytów w repertuarze samozwańczych aktywistów szukających poklasku.

Dlaczego więc media, które aspirują do miana poważnych, angażują się w ten niepoważny spektakl? W grę wchodzi kilka czynników.

  • Po pierwsze: w tematach uznanych za kontrowersyjne często pomija się fakty, które mogłyby zmienić obraz sytuacji na korzyść jednej ze stron. To sprawia, że sam dobór informacji staje się najpotężniejszym narzędziem inżynierii społecznej. Ponieważ każda relacja wymaga skrótowości, już na wczesnym etapie decyduje się o tym, co zostanie pokazane, a co przemilczane. To, co zostaje pominięte, bywa kluczowe. Ostateczny kształt wiadomości zależy od subiektywnej oceny – w najlepszym wypadku opartej na kryterium ważności, w najgorszym – na prywatnych poglądach dziennikarza (które w tym środowisku często pokrywają się z bieżącym oportunizmem politycznym).
  • Po drugie: kluczowe jest postrzeganie własnej roli przez samych dziennikarzy. Nie ma wątpliwości, że zbyt wielu z nich nie traktuje już zawodu jako narzędzia do rozpowszechniania faktów i prawdy, lecz jako broń w walce o społeczeństwo, które sami uznali za sprawiedliwe. Istnieje bowiem fundamentalna różnica między relacjonowaniem wydarzeń a stawaniem się ich kreatorem i sędzią.

Sytuację tę dobrze ilustruje list otwarty podpisany przez grupę (byłych) znanych osobistości związanych ze szwedzką telewizją publiczną SVT:

„W tej chwili SVT Nyheter ryzykuje, że wybierze niewłaściwą drogę. Dlatego chcemy wezwać kierownictwo SVT do potraktowania misji public service z najwyższą powagą. Ostatecznie chodzi tu o demokrację, wiedzę i budowanie społeczeństwa”.

Zastanawiam się jednak: o jakie „budowanie społeczeństwa” tutaj chodzi? W oparciu o jakie wartości, przesłanki i ideologiczne punkty wyjścia? Tego z artykułu się nie dowiemy. Z prostego powodu – odpowiedzi na te pytania są uważane za aksjomat przez tych, którzy posiadają przywilej definiowania pojęć.

Kolejny wymiar sprawy to rzetelność i dociekliwość, z jakimi weryfikuje się alternatywne wyjaśnienia, związki przyczynowo-skutkowe oraz źródła informacji. Jeśli spojrzymy na relacje z najbardziej spornych tematów naszych czasów, staje się oczywiste, że publikowane teksty mówią znacznie więcej o ich autorach niż o obiektywnej rzeczywistości.

Co paradoksalne, dziennikarze mediów głównego nurtu dopuszczają się dokładnie tych samych praktyk, o które oskarżają media alternatywne: szerzenia dezinformacji, stronniczości i wybiórczego traktowania faktów. Istotna różnica polega jednak na tym, że te drugie nigdy nie udawały bezstronności – w przeciwieństwie do tych pierwszych.

Zjawisko to jest najbardziej widoczne w przypadku relacji z wojny w Strefie Gazy i Libanie oraz ogólnego obrazu działań Izraela. Nie jest to kwestia drugorzędna; opinia publiczna i decydenci opierają swoją wiedzę na doniesieniach medialnych, co z kolei kształtuje decyzje polityczne, naciski dyplomatyczne, sankcje czy umowy międzynarodowe.

Biorąc pod uwagę sposób, w jaki Izrael był przedstawiany przez dekady, a zwłaszcza w ciągu ostatnich niemal trzech lat od 7 października, czy powinno nas dziwić, że przeciętny odbiorca uznał ten kraj za wyjątkowo morderczy i moralnie zdeprawowany? Nie. Ludzie otrzymali dokładnie taki obraz, jaki media – bazując na Hamasie jako głównym źródle obecnej narracji – chciały im zaserwować. Wszystko potoczyło się zgodnie z planem.

Mówiąc bez ogródek: za każdym razem, gdy Izrael odpowiada na atak zainicjowany przez Hamas, Hezbollah czy Iran, to działania Izraela są piętnowane jako „eskalacja”. Kluczowy fakt – że Izrael został zaatakowany w trakcie obowiązującego zawieszenia broni – błyskawicznie znika z pierwszych stron gazet. Sam atak staje się przypisem, a izraelska odpowiedź – głównym tematem wiadomości.

Kiedy Hamas wystrzeliwuje rakiety na izraelskie miasta, nagłówki krzyczą o „izraelskim odwecie”. Kiedy Hezbollah atakuje z południowego Libanu, relacje skupiają się na „kontrataku Izraela”. Kiedy Iran otwarcie uderza w Izrael, uwaga natychmiast przenosi się na ryzyko, że to Izrael „zaogni konflikt”. W ten sposób agresor znika z pola widzenia, a ten, kto się broni, staje się czarnym charakterem całej opowieści.

Ilu odbiorców wie na przykład, że Hezbollah rozbudował swoją infrastrukturę wojskową w około 60 wioskach w południowym Libanie, ukrywając ją za żywymi tarczami z ludności cywilnej tuż przy granicy z Izraelem? Że ostrzeliwuje północny Izrael od ponad ćwierć wieku? Że dzieje się tak wbrew licznym rezolucjom ONZ nakazującym rozbrojenie tej organizacji? I że misja pokojowa UNIFIL, która od 1978 roku ma patrolować tę granicę, całkowicie zawiodła?

Warto zadać pytania: jak często szwedzki czytelnik otrzymuje rzetelny, pogłębiony i wielowymiarowy obraz struktur wojskowych Hezbollahu w południowym Libanie? Jak często media analizują fakt, że Hamas cynicznie wykorzystuje obiekty cywilne do celów militarnych? Jak często wyjaśnia się, dlaczego izraelscy przywódcy postrzegają zagrożenie egzystencjalne inaczej niż europejscy komentatorzy – i gdzie podziały się analizy pokazujące, jak my sami zachowalibyśmy się w obliczu identycznego niebezpieczeństwa?

Zamiast tego publicystyka zamieniła się w teatr moralnego samozadowolenia, w którym ideologiczne fiksacje dziennikarza ważą więcej niż prawo odbiorcy do rzetelnej wiedzy. Przekaz medialny przestał być oknem na świat – stał się filtrem, który zniekształca docierające światło.

Kiedy 13 lat temu Wolodarski tłumaczył sukces „Dagens Nyheter” zwrotem ku dziennikarstwu zaangażowanemu, opisywał w gruncie rzeczy zmianę paradygmatu w szwedzkich mediach. Oznaczała ona, że informowanie zeszło na dalszy plan, a nadrzędnym celem stało się instruowanie ludzi, jak mają „myśleć i odczuwać”. Dziennikarstwo zrezygnowało z wiernego opisywania rzeczywistości na rzecz jej kreowania. Ta ambicja, jak widać, przyniosła owoce.

Najskuteczniejsza manipulacja nie polega bowiem na ordynarnym kłamstwie, ale na starannej selekcji faktów podporządkowanej z góry założonej tezie. Jako odbiorcy musimy bezustannie pytać:

  • Co dziennikarz decyduje się nagłośnić, a co przemilczeć?
  • Jakie fakty trafiają na czołówki, a jaki kontekst zostaje wycięty?
  • Komu przypisuje się sprawczość i odpowiedzialność, a kogo redukuje do roli biernej ofiary lub tła?
  • Które narracje są legitymizowane, a jakie pytania uznaje się za niestosowne, by w ogóle je zadać?

Gdy te wybory systematycznie i od lat zmierzają w jednym kierunku – tak jak w przypadku Izraela – powstaje całkowicie wypaczony obraz świata. Jeśli dodamy do tego powielanie jawnych kłamstw i sensacyjnych „newsów”, które prostuje się małym drukiem długo po tym, jak wyrządziły szkody, dewastacja wizerunkowa staje się faktem o nieobliczalnych skutkach.

Nie wolno bagatelizować powagi sytuacji. Kiedy dziennikarstwo staje się aktywizmem, traci swój najcenniejszy kapitał – wiarygodność. A kiedy znika wiarygodność, ludzie zaczynają szukać prawdy gdzie indziej – w alternatywnych źródłach i u innych liderów opinii.

Tak działo się podczas debaty imigracyjnej. Tak dzieje się i teraz. Historia uczy, że rzeczywistość w końcu zawsze dogoni i zweryfikuje każdą narrację. Pytanie tylko, jak wiele zaufania społecznego bezpowrotnie stracimy, zanim to nastąpi. Jak bowiem mamy odbudować ideały oświecenia, skoro ci, którzy powinni stać na ich straży, sami świadomie i metodycznie pozbawiają je treści?

Największym kryzysem dziennikarstwa nie jest Trump – lecz sami dziennikarze


Odkryj więcej z Oficjalny blog emigracji 1969

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. Rodzice Wolodarskiego, z Polski, wychowali sie na ” Dziennikarze to inzynierowie dusz ludzkich” .
    Widocznie wierzyli w to i synalek z jego gazeta dalej chrzani w imie tej doktryny Tow. Josifa Wissarionowicza.
    Widocznie nienawisc do Izraela tez sie odrodzila w ich plodzie

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.