
Beata Lewkowicz
Szanowny Panie.
Nie zna mnie Pan i nigdy nasze drogi życiowe nie przecięły się osobiście.
Dawno, dawno temu, kiedy miałam 21 lat i wychodziłam po raz pierwszy za mąż, będąc istotą idealistyczną, naiwną i zapewne nieco niemądrą, wymyśliłam sobie, że na mój ślub zaproszę samego Adama Michnika, ni mniej, ni więcej. Był rok 1990. Mieszkałam wtedy w Krakowie i byłam studentką Akademii Sztuk Pięknych, ale odważnie wysłałam list z zaproszeniem zaadresowany do kogoś, kto wydawał mi się antykomunistycznym Avengersem. Otrzymałam nawet odpowiedź, że niestety Adam Michnik przybyć nie może (czego oczywiście należało się spodziewać), natomiast życzy mi wszystkiego dobrego. Odpowiedź zaginęła w trakcie jednej z moich niezliczonych przeprowadzek, więc nawet nie mam pewności, czy pochodziła osobiście od Pana czy też została napisana przez kogoś innego.
Lata dziewięćdziesiąte pamiętam przez pryzmat Gazety Wyborczej kupowanej o poranku i czytanej w autobusie, tramwaju, a po przeprowadzce do Warszawy również w metrze. Pamiętam palce pobrudzone farbą drukarską i to, że czułam się częścią wspólnoty, bo w wagonie metra prawie każdy czytał Wyborczą w czasie drogi do pracy.
Wyborcza była moim punktem odniesienia, źródłem wiedzy i spojrzenia na świat.
Pana przez dłuższy czas podziwiałam jako niezłomnego człowieka walczącego o wolność. Tak, to brzmi górnolotnie i właściwie pewnie nawet zabawnie, ale ja naprawdę tak wtedy myślałam, takimi słowami i takimi kategoriami. Nie każdy jest od razu sarkastycznym mędrcem, mając 21 lat. Ja w każdym razie nie byłam.
Leciały lata, pojawiły się pęknięcia, ale nadal byłam wierną czytelniczką, obserwatorką, może niekoniecznie bezkrytyczną fanką, ale na pewno kimś, kto uważał Pana za autorytet. Potem przestałam uważać za autorytet kogokolwiek w życiu. Zaczęłam uznawać wyłącznie autorytety od malowania ścian, autorytety od malowania paznokci, autorytety od psów, kotów i samochodów. Jeżeli chodzi o moralność i etykę, zaczęłam polegać na własnym osądzie i doszłam do wniosku, że na świecie istnieją fachowcy, ale tak naprawdę nie ma autorytetów.
W tamtych czasach mój świat był bezpiecznie poukładany. Wiedziałam, że rację ma lewica, ale nie lewica postpezetpeerowska, bo nią gardziłam, ale ta prawdziwa, w każdym razie ja za prawdziwą ją uważałam. Dziś mogę tylko westchnąć – o święta naiwności.
A potem przyszły lata dwutysięczne i wszystko, w co wierzyłam, powolutku zaczęło ulegać erozji. Nie od razu. Zajęło to kolejne dwa dziesięciolecia. Ale zawsze gdzieś tam z tyłu głowy miałam myśl, że z tego Michnika to mądry i fajny gość. Darowałam Panu (w końcu) bezkrytyczne zauroczenie Kościołem katolickim, ściskanie się z Kiszczakiem i wyrozumiałość wobec Jaruzelskiego. Darowałam nawet zamieszanie wokół afery Rywina, choć od tego momentu przestałam patrzeć na Pana jak na pomnik, a zaczęłam jak na człowieka.
A potem było już tylko gorzej.
Nie od razu, stopniowo, rok za rokiem, Gazeta Wyborcza obniżała swój poziom. Na początku powolutku, prawie niezauważalnie, później coraz szybciej, w tempie wykładniczym.
Mogłabym napisać, że nadszedł 7 października 2023 roku, ale to nieprawda. Już wcześniej artykuły Gazety Wyborczej powolutku zaczęły skręcać w kierunku, który początkowo wydawał mi się niewiarygodny, więc odmawiałam przyjęcia go do wiadomości i wypierałam ze świadomości wszelkie dowody.
Dziś patrzę na Gazetę Wyborczą i nie rozumiem, co się właściwie stało. Nie chodzi nawet o politykę, bo politycy się zmieniają. Nie chodzi o sympatie partyjne, bo te również mogą z czasem ewoluować. Nie. Gazeta Wyborcza zmieniła swoje imponderabilia. Zaczęła tolerować w imię źle pojętej wolności słowa niczym nieskrępowany hejt w komentarzach. Kto nie był z nami, ten był przeciwko nam, ergo należało go zniszczyć. Komentariat Wyborczej stał się zjawiskiem samym w sobie. W ślad za tym podążyły artykuły – a może to artykuły były pierwsze? Może po prostu jedno zaczęło uzupełniać drugie. I tak powoli Gazeta stała się jednym ze źródeł trucizny, niszczącej polskie życie społeczne i również polityczne.
Zaczęła rozsiewać nienawiść do Żydów, oczywiście nie wprost. Nadal obowiązują tam resztki przyzwoitości, nikt nie określi się antysemitą per se, nikt nie napisze, że nie lubi Żydów albo że Żydów należy nie lubić lub wręcz nienawidzieć z definicji. Może to nawet nie są resztki przyzwoitości, ale po prostu pozory. Wszystko, co Gazeta Wyborcza zrobiła dla podgrzania atmosfery antyżydowskiej, antyizraelskiej powoduje, że mogłaby ona stanąć na podium antysemitów polskich. Co więcej – uważam, że skoro przez cały ten czas antysemityzm był określany w Gazecie jako rzecz podła i nikczemna, to antysemickie działania lub też działania generujące antysemityzm są tym podlejsze, im bardziej udają, że dotyczą zupełnie czegoś innego. Ukrywanie się za eufemizmem antysyjonizmu to zwykłe tchórzostwo. Przecież tam pracują ludzie na tyle inteligentni, że powinni zdawać sobie sprawę, że słowa rodzą konsekwencje.
Róża pod inną nazwą równie by pachniała, jak napisał niegdyś Szekspir, więc i antysemityzm nazwany antysyjonizmem cuchnie identycznie.
Jak to możliwe, ze środowisko, które miało być szczególnie wrażliwe na antysemityzm, samo stało się częścią problemu?
Przez większość życia wydawało mi się, że jeśli istnieje w Polsce krąg ludzi szczególnie wyczulonych na antyżydowską nagonkę, na język wykluczenia, na mechanizmy szukania kozła ofiarnego, to jest nim właśnie środowisko skupione wokół Pana. Wydawało mi się, że są granice, których ludzie przez Pana wychowani nigdy nie przekroczą, ponieważ zostało im wpojone, do czego zaprowadziło ich przekraczanie. Przecież rok 1968, który dla mnie jest datą w historii – dla Pana był osobistym doświadczeniem. Sądziłam, że potrafił je Pan przekazać kolejnym pokoleniom dziennikarzy Gazety Wyborczej.
Niestety na to nie wygląda.
Gazeta przyczynia się do wzrostu antysemityzmu – przez brak rzetelności, brak odpowiedzialności i jednostronność sama staje się częścią tego zjawiska. Powoli schodzi do poziomu Trybuny Ludu z lat sześćdziesiątych, choć przez wiele lat wydawało mi się to niewyobrażalne.
Pewnie była w tym spora dawka naiwności z mojej strony, ale zarówno Pan, jak i Helena Łuczywo, Seweryn Blumsztajn i całe środowisko Gazety Wyborczej było dla mnie czymś w rodzaju Olimpu wolności. Ludźmi, którzy walcząc z komuną zapłacili za to wysoką cenę osobistą, przeszli przez Marzec ’68, doświadczyli antysemityzmu na własnej skórze i dlatego powinni rozpoznawać go szybciej niż inni.
Dziś widzę, jak bardzo się myliłam. A jednak wciąż pozostaje we mnie resztka nadziei, że gdzieś pod warstwą konformizmu, środowiskowych mód i politycznych sympatii tli się jeszcze pamięć o tym, czym kończy się odczłowieczanie Żydów i przyzwolenie na nagonkę.
Tymczasem od wielu miesięcy obserwuję Gazetę, która częściej publikuje wypowiedzi ludzi oskarżających Izrael o najcięższe zbrodnie, a rzadziej dopuszcza do głosu osoby reprezentujące inną perspektywę i zdaje się nie dostrzegać, że w Polsce narasta atmosfera, która dla wielu Żydów staje się coraz bardziej znajoma i coraz bardziej niepokojąca.
Nie wiem, co dzieje się dziś wewnątrz Wyborczej i czy Pan nadal dzierży tam jakąkolwiek władzę, czy też jest już wyłącznie władcą tytularnym, którego się szanuje, albo nawet udaje, że się szanuje, ale z którego zdaniem w ogóle się nie liczy. Nie wiem również, co Pan w rzeczywistości myśli. Wiem natomiast, że Gazeta, która zawsze była traktowana jako alter ego Adama Michnika, stała się rozsadnikiem nienawiści do Żydów.
Kiedy zaczynałam pisać ten tekst, natknęłam się na przypomniany właśnie przez Andrzeja Koraszewskiego jego list z 2012 r., adresowany do Pana. Przyznam, że wydało mi się to znaczącym zbiegiem okoliczności. Przeczytałam go z rosnącym zdziwieniem. Zdumiał mnie fakt, że list napisany ponad dekadę temu brzmi dziś tak niepokojąco aktualnie.
Koraszewski pytał wtedy, dlaczego Gazeta Wyborcza coraz częściej patrzy na Izrael przez pryzmat uprzedzeń, dlaczego lekceważy antysemityzm ukrywający się za szyldem antysyjonizmu i dlaczego nie dostrzega zjawisk, które dla niego były już wtedy alarmujące. Na długo przed 7 października zadawał pytania o Hamas, Bractwo Muzułmańskie i publicznie głoszone przezeń wezwania do zabijania Żydów, przez Gazetę Wyborczą marginalizowane lub całkowicie wręcz pomijane w relacjach z tego konfliktu, który systematycznie przedstawiany jest w taki sposób, że czytelnik widzi jedynie „wszystkie winy Izraela”, nie dostrzegając szerszego kontekstu, chociażby tego, że na Bliskim Wschodzie jest mnóstwo innych państw, w większości znacznie przewyższających powierzchnią i liczebnością Izrael. I że większość z nich pragnie zniszczenia Izraela jako żydowskiego państwa, nieustannie atakując je, generując konflikty i utrudniając mu pokojowe współistnienie.
Zwracał się do Pana osobiście.
Odpowiedzi nigdy nie dostał.
Minęło kilkanaście lat i ja również piszę list do Adama Michnika.
Do Pana.
Z innych powodów, z innego miejsca, z innym życiorysem. Ale zadaję bardzo podobne pytania.
Skąd ten brak obiektywizmu, ta jednostronność i ta z trudem ukrywana nienawiść do Izraela, która w tej chwili stała się również nienawiścią do wszystkich Żydów?
Jak to możliwe że dziennikarze są tak całkowicie głusi i ślepi na fakt, że antysemityzm zalewa nas szeroką falą?
Nie można udawać, że antysemityzm nie istnieje. Tak zachowują się dzieci, które nakrywają głowę kocem i dochodzą do wniosku, że skoro one nie widzą potworów, to potwory przestały istnieć. Tymczasem one nadal tam są oddzielone jedynie cienką warstwą materiału, która w dziecięcej wyobraźni urasta do rangi nieprzeniknionej kopuły. Antysemityzm nie znika dlatego, że odwracamy od niego wzrok. Przeciwnie, rośnie spokojnie w ciemności, nabiera siły, oswaja się z własną bezkarnością, aż w końcu wychodzi z ukrycia i pożera wszystko wokół.
Ostatnio natknęłam się w czeluściach Internetu na wywiad z niejakim Sumlińskim, znanym z żydożerczych wypowiedzi, który po raz kolejny dumnie oświadczył w odpowiedzi na pytanie, czy jest antysemitą – że owszem, tak, jest nim, bo antysemityzm to prosta niechęć do Żydów, a ponieważ on Żydów nie lubi bardzo, ale to bardzo, ergo ma się za pierwszego antysemitę w Polsce. Pod tymże wywiadem tysiące polubień i setki komentarzy ludzi, którzy wypowiedzi Sumlińskiego przyklaskują, którzy go podziwiają, zgadzają się, wręcz wielbią jego słowa i przepychają się w kolejce do bycia drugim lub choćby trzecim antysemitą w Polsce. Jeszcze niedawno byłoby to nie do pomyślenia. Dziś słowo „antysemita” przestało być dla wielu ludzi określeniem wstydliwym. Weszło do panteonu pojęć nie tylko akceptowalnych, ale wręcz pozytywnych.
A jedną z winnych tego stanu rzeczy jest właśnie Gazeta Wyborcza.
Niczego innego nie spodziewałam się po skrajnie prawicowych, ekstremalnych źródłach nienawiści, ale po Gazecie?
Ostatnio Gazeta Wyborcza przekroczyła kolejny Rubikon.
Opublikowała artykuł informujący o petycji domagającej się usunięcia prof. Jan Hartmana z konferencji „Jak uczyć o Holokauście po 7 października? Antysemityzm dzisiaj” oraz z panelu zatytułowanego „Jak nie stać się antysemitą?”, która ma się odbyć w dniach 3-5 lipca na Uniwersytecie Wrocławskim. Sama petycja została przygotowana przez propalestyńskich aktywistów związanych z tzw. Solidarnościówką Wrocław.
Przyznam szczerze, że sądziłam wprzódy, iż czegoś nie zrozumiałam, bo absurd i jednocześnie podłość tej sytuacji wydawały mi się nierealne nawet, jak na współczesną Polskę i współczesną Gazetę Wyborczą. ŻYDOWSKI filozof ma zostać usunięty z konferencji poświęconej HOLOKAUSTOWI i współczesnemu ANTYSEMITYZMOWI oraz z panelu poświęconego temu, jak nie stać się antysemitą – bo tego żąda skrajnie sfanatyzowana grupka, narzucająca swoje zdanie idącemu za nim jak stado owiec mainstreamowemu dziennikarstwu.
Jeszcze kilkanaście lat temu wydawało mi się, że Gazeta Wyborcza byłaby pierwszą gazetą, która zaprotestowałaby przeciw podobnej próbie wykluczenia człowieka z debaty publicznej. Dziś najwyraźniej uznaje ją za inicjatywę wartą nagłośnienia.
Czy naprawdę nikt w redakcji nie zauważył ironii sytuacji? Żyd ma zostać usunięty z konferencji o antysemityzmie, ponieważ nie mówi tego, co część środowiska chciałaby usłyszeć. A Gazeta założona przez ludzi, którzy sami doświadczyli Marca ’68, uznaje tę historię za wartą promocji.
Wygląda na to, że gdyby w 1968 roku antysyjonizmem nie posługiwały się komunistyczne władze, znalazłby on znacznie większe poparcie w społeczeństwie polskim. Hamulcem nie był brak antyżydowskich uprzedzeń, lecz niechęć do utożsamiania się z propagandą partyjną. Dziś tego hamulca już nie ma, antysemityzm pozostał i wreszcie znalazł ujście.
Marzec ’68 nie był wyłącznie kampanią propagandową, dla wielu ludzi oznaczał bardzo konkretne korzyści. Ktoś przejął zwolnione mieszkania, miejsca pracy, awanse i stanowiska. O tym aspekcie tamtych wydarzeń rzadko się pamięta, choć jego skutki mogły okazać się znacznie trwalsze. Polska inteligencja ma korzenie postmarcowe, czyli gdzieś tam w głębi duszy sprzyja antysemityzmowi, dlatego tak łatwo, tak radośnie wręcz przyjęła narrację antysemicką ukrytą w powracającym jak zły szeląg pojęciu antysyjonizmu.
Pan i pańskie środowisko przegraliście walkę o Gazetę. Ludzie Marca ’68 nie wychowali kolejnego pokolenia w swoim duchu. Zostało ono ukształtowane gdzie indziej, przez innych ludzi, często w domach beneficjentów tamtej kampanii, i ostatecznie to ono przejęło instytucje takie jak Gazeta Wyborcza.
Pewnie dlatego nie udało się Panu wychować kolejnych pokoleń dziennikarskich, bo zwyczajnie nie potrafiły one odciąć się od swoich korzeni.
A w polskim podglebiu tkwi nieusuwalny pierwiastek antysemityzmu, dający o sobie znać w kluczowych momentach.
Strasznie to smutne, że nie dał się Pan pokonać polskiemu komunizmowi przez tyle dziesięcioleci, a uległ Pan dzieciom i wnukom marcowych docentów.
Jana Hartmana można lubić albo nie lubić. Można zgadzać się z jego poglądami albo uważać je za błędne. Ja go lubię, choć bardzo często się z nim nie zgadzam.
Przez dziesięciolecia Gazeta Wyborcza na najwyższym diapazonie moralności pouczała nas wszem i wobec o pluralizmie, wolności słowa i konieczności przeciwstawiania się wykluczaniu ludzi za poglądy. Dziś Gazeta bez żenady informuje o akcji mającej usunąć człowieka, dziennikarza, naukowca, Żyda – z konferencji poświęconej Holokaustowi i antysemityzmowi dlatego, że żąda tego grupka fanatyków, która narzuciła mainstreamowi jedynie słuszny pogląd na rzeczywistość.
Jak doszło do tego, że gazeta tworzona przez ludzi, którzy sami doświadczyli antysemickiej nagonki Marca ’68, pomaga dziś nagłaśniać akcję zmierzającą do ocenzurowania wolności słowa?
Zwracam się z tym pytaniem do Pana osobiście – JAK TO SIĘ MOGŁO STAĆ?
I czy naprawdę chce Pan zostać zapamiętany jako człowiek, który przeżył Marzec ’68, a teraz patrzy bezczynnie, jak historia zaczyna zataczać koło i który nie dostrzegł momentu, gdy mechanizmy prowadzące do tamtej nagonki zaczęły odradzać się na nowo?
Jeszcze nie jest za późno, żeby zostawić po sobie świadectwo. Żeby stanąć po stronie tego, co słuszne.
Proszę zacząć od haniebnej nagonki na Jana Hartmana – właśnie w imię wolności.
Proszę zabrać głos, bo Pana milczenie w tej sprawie jest przerażająco wymowne.
Panie Adamie, larum grają…
A Pan nie wstajesz?
Kategorie: Uncategorized

