Uncategorized

Groteskowe finansowanie islamskiego ekstremizmu przez Zachód

Nachum Kaplan

Zachód z jednej strony walczy z islamskim terroryzmem, a z drugiej wspiera warunki ideologiczne, które go podsycają. To szalona polityka.

W ramach polityki, która bez wątpienia jest najbardziej absurdalną spośród wszystkich chybionych strategii rządowych, zachodnie gabinety jednocześnie potępiają islamski ekstremizm i finansują ekosystem ideologiczny, który go generuje.

Zachód uparcie twierdzi, że walczy z islamskim ekstremizmem. Prezydenci ogłaszają to z mównic, premierzy powtarzają po kolejnych atakach, szefowie wywiadów ostrzegają przed radykalizacją, a uniwersytety organizują poświęcone temu konferencje. Wokół retoryki zwalczania dżihadyzmu zbudowano całe biurokracje.

Sama Wielka Brytania wydaje obecnie ponad miliard funtów rocznie na działania policji antyterrorystycznej, nadzór, programy deradykalizacji, rozbudowę wywiadu oraz infrastrukturę bezpieczeństwa wewnętrznego. Francja przeznaczyła na ten cel kolejne miliardy po falach islamistycznych zamachów. W całej Europie rządy wydają dziś ogromne sumy na radzenie sobie ze skutkami radykalizacji, jednocześnie wciąż dotując ekosystemy ideologiczne, które ją inkubują.

Najbardziej irytujący są roszczeniowi studenci, potrząsający mi przed nosem puszkami w pobliżu stacji metra i przystanków, by skłonić mnie do datku na „sprawę Gazy”. Wiem, że te pieniądze trafiają prosto do terrorystów. Mówię im, że wolałbym kupić akcje Elbit Systems, ale ten żart do nich nie trafia.

To jednoczesne potępianie i dotowanie ruchów islamistycznych oraz szerszych sieci, które stanowią dla nich pożywkę, to jeden z najdziwniejszych rytuałów zachodniej cywilizacji. Europa i część anglosfery funkcjonują dziś jak człowiek, który zatrudnia deratyzatora, jednocześnie hodując szczury w piwnicy.

Rządy w całej Europie od dziesięcioleci pompują publiczne środki w organizacje powiązane z aktywizmem islamistycznym, zasłaniając się mętno brzmiącymi hasłami wielokulturowości, walki z rasizmem, pomocy uchodźcom, spójności społecznej, działań rozwojowych czy wsparcia religijnego. Pieniądze płyną szerokim strumieniem przez organizacje charytatywne, NGO-sy, inicjatywy edukacyjne, ośrodki kultury, programy międzywyznaniowe, grupy studenckie i mechanizmy pomocy międzynarodowej, by ostatecznie – już jako szekle – trafić do kieszeni terrorystów w Strefie Gazy.

Sama Unia Europejska w latach 2021–2024 przeznaczyła około 1,2 miliarda euro na pomoc dla Palestyńczyków, podczas gdy Hamas pozostawał dominującą siłą w politycznym i administracyjnym ekosystemie Strefy Gazy. Zachodni urzędnicy wypowiadają się tak, jakby te pieniądze trafiały w próżnię. Tak nie jest. W systemach ideologicznych każde euro działa jak polityczny tlen.

Czasami odbiorcy tych środków otwarcie popierają stanowisko islamistów, takich jak Hamas, jednak częściej po prostu tworzą klimat ideologiczny, w którym islamizm może rozkwitać. To rozróżnienie ma jednak mniejsze znaczenie niż czcionka, której zachodnie NGO-sy używają w swoich raportach rocznych.

Ekstremizm rzadko rodzi się w pełni ukształtowany. Zamachowcy-samobójcy nie wychodzą z jaskiń, cytując Sayyida Qutba jako swoje pierwsze słowa. Ekosystemy ideologiczne mają znaczenie. Narracje i uwarunkowania moralne mają znaczenie. Cywilizacja albo wytwarza przeciwciała przeciwko ekstremizmowi, albo tworzy klimat, w którym ten ekstremizm się normalizuje.

Zachód w coraz większym stopniu finansuje to drugie rozwiązanie.


Paraliż moralny i kult ofiary

Część problemu wynika z faktu, że zachodnie elity nie potrafią odróżnić islamu od islamizmu bez popadania w całkowity paraliż moralny. Przerażone wizją posądzenia o stronniczość, często traktują samą dyskusję na temat ideologii islamistycznej jako podejrzaną. Skutkiem tego jest drastyczne obniżenie standardów: organizacje, które niegdyś bez wahania uznano by za sekciarskich ekstremistów, dziś są traktowane jako legalni „partnerzy społeczni”.

Dzieje się tak, ponieważ współczesne zachodnie instytucje nie oceniają już ruchów społecznych przez pryzmat wartości cywilizacyjnych. Zamiast tego posługują się terapeutycznym językiem użalania się nad krzywdami. Jeśli dana grupa potrafi przedstawić się jako marginalizowana, skolonizowana, wykluczona, doświadczona traumą lub uciśniona, znaczna część zachodniej klasy politycznej traci zdolność do rzetelnej weryfikacji tego, w co ta grupa faktycznie wierzy.

W ten sposób organizacje o ciągotach reakcyjnych, teokratycznych, antysemickich, mizoginistycznych lub otwarcie islamistycznych zyskują publiczną legitymizację. Przechodzą przez ideologiczną machinę ofiarowości i wychodzą z niej moralnie oczyszczone.

Zjawisko to staje się szczególnie absurdalne po atakach terrorystycznych. Po każdej islamistycznej zbrodni zachodnie rządy odtwarzają tę samą choreografię:

  • Przemówienia o niezłomności i odporności.
  • Czuwania przy świecach.
  • Sloganowe hasła o jedności.
  • Zaostrzone środki bezpieczeństwa i przeglądy procedur wywiadowczych.
  • Panele dyskusyjne z udziałem ekspertów, których dotychczasowy wkład w życie publiczne polegał na przekonywaniu, że obawy przed islamizmem są przesadzone.

Następnie, po cichu, finansowanie jest kontynuowane – jakby nic się nie stało, a zamachy były jedynie złym snem. Te same ekosystemy aktywistów, które promują sekciarską politykę tożsamości, pielęgnują wrogość wobec zachodnich norm liberalnych, usprawiedliwiają islamizm jako „opór antykolonialny” czy normalizują antysemicką retorykę, nadal otrzymują zaproszenia na salony, dotacje, partnerstwa instytucjonalne i dostęp do decydentów.


Drabina radykalizacji

Zachód stał się mistrzem w zwalczaniu symptomów islamizmu, jednocześnie finansując warunki sprzyjające jego rozprzestrzenianiu się. Wynika to częściowo z niejasności pojęciowej. Zachodnie elity wyobrażają sobie ekstremizm jako coś, co uderza nagle i irracjonalnie, niczym piorun z jasnego nieba. Nie rozumieją, że radykalizacja to proces społeczny, ideologiczny i stopniowy. Powstaje on poprzez sieci moralnego przyzwolenia.

Młody człowiek rzadko przechodzi bezpośrednio od zwykłego życia do terroryzmu. Zazwyczaj prowadzi tam konkretna ścieżka:

[Krok 1: Nauka, że muzułmanie są wiecznymi ofiarami w skali globalnej]
[Krok 2: Przeświadczenie, że zachodnie społeczeństwa są nieodwracalnie rasistowskie]
[Krok 3: Przyswojenie konspiracyjnego antysemityzmu pod maską antysyjonizmu]
[Krok 4: Uznanie, że liberalne wartości demokratyczne są duchowo puste]
[Finał: Jawny ekstremizm – architektura moralna jest już gotowa]

Zachód bezrefleksyjnie finansuje poszczególne stopnie tej drabiny.

Ta sama ślepota cechuje politykę pomocy zagranicznej. Rządy zachodnie rutynowo wysyłają ogromne sumy do regionów, w których grupy islamistyczne dominują w strukturach społeczeństwa obywatelskiego, systemach edukacji, instytucjach religijnych i sieciach samorządowych. Urzędnicy zachowują się tak, jakby te pieniądze funkcjonowały w próżni politycznej – jakby środki przekazywane do głęboko zideologizowanych środowisk mogły pozostać neutralne. Tak nie jest. Pieniądze, legitymizacja i infrastruktura to władza. Każda dotacja zmienia układ sił w danym społeczeństwie.

Jednak zachodni decydenci często zachowują się jak technokraci uwięzieni w arkuszach kalkulacyjnych. Jeśli kategoria finansowania nosi etykietę „pomoc humanitarna”, grubą kreską odcinają ją od konsekwencji politycznych. Pozwala to rządom wmawiać samym sobie, że wspierają ludność cywilną, podczas gdy znaczna część otaczającego ją ekosystemu pozostaje dżihadystyczna i głęboko wroga wobec liberalnej demokracji. Jeśli darczyńcy przekazują Hamasowi pieniądze na opłacenie etatu ochroniarza (co w praktyce oznacza faceta z kałasznikowem), w arkuszu kalkulacyjnym zostaje to odnotowane jako sukces projektu.

Przez lata Katar przekazał Strefie Gazy szacunkowo 1,8 miliarda dolarów przy milczącej zgodzie wielu podmiotów zachodnich i regionalnych – rzekomo w celu utrzymania „stabilności”. Rezultatem nie było jednak umiarkowanie. Rezultatem był 7 października. UNRWA, agencja ONZ ds. uchodźców palestyńskich, której pracownicy byli współwinni pogromu z 7 października, dysponowała miliardowymi budżetami, mimo że znajdowała się w centrum większej liczby skandali niż rock’n’rollowy perkusista.

W efekcie zachodni podatnicy finansują ruchy, których wartości są fundamentalnie sprzeczne z fundamentami społeczeństw, które te pieniądze wykładają.


Kapitulacja i brak pewności siebie

Późniejsze, nieuniknione śledztwa po atakach to studium czystego szaleństwa. Urzędnicy pytają, dlaczego radykalizacja postępuje, jakby była to wielka, filozoficzna tajemnica. Think tanki zlecają raporty. Eksperci brylują w telewizji, operując gęstym, biurokratycznym żargonem o „czynnikach napędzających brutalny ekstremizm”. Masowo marnuje się papier, by analitycy mogli drukować artykuły wyjaśniające rzeczy oczywiste dla każdego, kto nie zajmuje się zawodowo unikaniem prawdy.

Niewygodna prawda jest taka, że zachodnim instytucjom brakuje moralnej pewności siebie, by uczciwie stawić czoła ideologicznemu ekstremizmowi. Boją się własnego osądu. Zostały wyszkolone, by z podejrzliwością traktować jasne rozróżnienia moralne. Zbyt bezpośrednie potępienie ideologii grozi zarzutem o „esencjalizm”. Bezkompromisowa obrona zachodniej cywilizacji może zostać uznana za „reakcyjną”. Zwracanie uwagi na powtarzające się wzorce ideologiczne grozi łatką bigoterii.

W efekcie dyskusja staje się wymijająca, eufemistyczna i zwyczajnie tchórzliwa. Od patrzenia na to zbiera się na wymioty. Antysemityzm nazywa się „napięciami społecznymi”. Zastraszanie na tle wyznaniowym staje się „wyzwaniem dla spójności społecznej”. Wezwania do supremacji religijnej to zaledwie „skargi oparte na tożsamości”.

Ta niechęć do mówienia wprost tworzy próżnię, którą islamiści umiejętnie wykorzystują. W przeciwieństwie do zachodnich biurokracji, ruchy islamistyczne dokładnie wiedzą, w co wierzą, czego chcą i jak działa władza. Rozumieją instytucje, demografię i wojnę narracyjną. Co najważniejsze – doskonale wiedzą, że zachodnie elity są psychicznie bezbronne wobec oskarżeń o nietolerancję.

Uderzenie w tę zachodnią słabość to jeden z największych strategicznych sukcesów islamizmu. Kiedy rządy legitymizują radykalne organizacje jako „oficjalnych przedstawicieli” społeczności muzułmańskich, automatycznie odsuwają na boczny tor muzułmanów o poglądach liberalnych, świeckich i reformatorskich. Państwa zachodnie na własne życzenie wzmacniają najgłośniejsze, najbardziej ideologiczne frakcje, marginalizując tych, którzy rzeczywiście dzielą z nami demokratyczne wartości. A potem gratulują sobie inkluzywności.

U podłoża tego wszystkiego leży głębsza patologia: Zachód przestał wierzyć w samego siebie. Cywilizacja, która niepewnie podchodzi do własnych fundamentów, nie potrafi ich spójnie bronić. Zachodnie elity mówią o demokracji, pluralizmie, wolności słowa, sekularyzmie i prawach kobiet jak o proceduralnych abstrakcjach, a nie jak o unikalnych osiągnięciach cywilizacyjnych, które zdobyto wielkim kosztem i które zasługują na bezwzględną obronę.

Prowadzi to do kuriozalnych spektakli: rządy potrafią z całą surowością ścigać drobne, obyczajowe wykroczenia, jednocześnie tolerując otwarcie nieliberalne, sekciarskie ruchy – o ile tylko te drugie sprytnie posługują się językiem ofiary. Ta hierarchia ważności jest aż nader wymowna. Komik, który opowie obraźliwy dowcip, wywołuje ogólnokrajowy skandal i lincz. Islamski kaznodzieja, głoszący mordercze, teokratyczne idee, otrzymuje policyjną ochronę i zaproszenia do publicznego dialogu.

Problem sięga głębiej niż zwykła hipokryzja. Zachód jest tak zagubiony, że często traktuje obronę własnych wartości jako zagrożenie większe niż ruchy, które dążą do ich całkowitej destrukcji.

To szaleństwo nie może trwać bez końca. Cywilizacje przetrwają tylko wtedy, gdy potrafią odróżnić sojuszników od przeciwników, liberalizm od nieliberalizmu, integrację od separatyzmu, a tolerancję od zwykłej kapitulacji. Upadają, gdy tracą zdolność dokonywania tych rozróżnień.

Obecnie znaczna część Zachodu próbuje gasić pożar ekstremizmu, jednocześnie dolewając oliwy do ognia, który go wznieca. Rzeczywistość w końcu upomni się o swoje. Pytanie brzmi jedynie: jak wiele szkód musi się jeszcze dokonać, zanim zachodnie rządy zrozumieją, że finansowanie ekosystemów wrogich liberalnej cywilizacji nie ma nic wspólnego z walką z ekstremizmem?

To po prostu ekstremizm z oficjalną pieczątką.

Groteskowe finansowanie islamskiego ekstremizmu przez Zachód

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.