
— Adam Hummel
Najniebezpieczniejsza propaganda antysemicka to nie ta wykrzykiwana z marginesu, lecz ta prezentowana z instytucjonalnym autoretem, moralną powagą i w tonie rzetelnego reportażu.
Uwaga redakcji: Państwo Izrael zamierza pozwać „The New York Times” w związku z artykułem redakcyjnym, w którym zarzuca się powszechne wykorzystywanie seksualne i gwałty na palestyńskich więźniach – poinformowali we wspólnym czwartkowym oświadczeniu premier Benjamin Netanjahu i minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar.
Pod koniec lat 40. XIV wieku na dworze królewskim w Anglii biskup William Turbe stanął w obronie swojego klienta, rycerza Simona de Novers. Zarzut brzmiał: morderstwo.
De Novers zabił swojego lichwiarza, żydowskiego bankiera imieniem Eleazar, wobec którego miał ogromne długi wynikające z katastrofalnej w skutkach krucjaty, której udział zresztą ów bankier sfinansował. Sprawa była prosta. Znany był zabójca, znane było ciało, znany był motyw. Nie istniała żadna uzasadniona obrona prawna.
Więc biskup Turbe ją wymyślił.
Powiedział królowi Stefanowi, że proces nie może się odbyć, ponieważ istnieje inna sprawa, którą należy rozpatrzyć w pierwszej kolejności. Pięć lat wcześniej w lesie tuż za Norwich znaleziono ciało 12-letniego chłopca imieniem William. Wuj chłopca oskarżył wówczas lokalną społeczność żydowską o mord rytualny, ale oskarżenie to nie przyniosło żadnych skutków. Nie było dowodów, a wielu potępiło to jako oszustwo. Szeryf stanął w obronie Żydów. Ciało zostało pochowane, sprawa ucichła. Było po wszystkim.
Turbe przywrócił ją do życia. Stanął przed królem i oświadczył, że pięć lat wcześniej William został zamęczony na śmierć przez Żydów z Norwich w ramach rzekomej kpiny z Męki Chrystusa. Nalegał, by cała społeczność żydowska odpowiedziała za to zabójstwo, zanim jakikolwiek chrześcijanin zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za śmierć jednego ze swoich żydowskich lichwiarzy. Król Stefan, rozważny i obciążony wieloma sprawami, odroczył proces.
De Novers ostatecznie wyszedł na wolność. Dług zniknął. Narodziło się oskarżenie o mord rytualny.
Nie było to szczere przekonanie; był to czysty manewr procesowy. Biskup, stojąc w obliczu niewątpliwie winnego klienta i politycznego problemu niezapłaconego długu, sięgnął po broń retoryczną, która miała najsilniej zadziałać na jego słuchaczy. Wymyślił oskarżenie, które przez następne 800 lat doprowadziło do śmierci większej liczby Żydów niż jakakolwiek inna pojedyncza idea w historii Europy aż do Holokaustu. Uczynił to we wtorek, w sądowej poczekalni, tylko po to, by wygrać sprawę.
Rok lub dwa później do Norwich przybył mnich imieniem Thomas z Monmouth.
Tomasz nie pochodził z Norwich. Przybył do klasztoru katedralnego około 1150 roku jako osoba z zewnątrz – ambitna i obdarzona literackim instynktem. Nie było go przy śmierci Williama pięć lat wcześniej. Nie znał chłopca ani jego rodziny. Dysponował jedynie argumentacją Turbe’a przedstawioną w sądzie oraz zapomnianym ciałem na cmentarzu kościelnym. Dostrzegł jednak potencjał tej historii.
W ciągu następnych dwóch dekad Thomas zbudował kult Williama z Norwich: chłopca rzekomo zabitego przez Żydów, by mogli użyć jego krwi do wypieku macy.
Zebrał zeznania od każdego, kogo udało mu się znaleźć: krewnych Williama, lokalnych mieszkańców, którzy nagle „przypomnieli sobie”, że widzieli rzeczy, z których wcześniej nie zdawali sobie sprawy, oraz żydowskiego konwertyty na chrześcijaństwo imieniem Theobald. Ten ostatni dostarczył Thomasowi argument, który mnich uznał za posunięcie mistrzowskie. Teobald twierdził, że przywódcy żydowscy spotykają się co roku w Narbonie, aby wybrać europejską społeczność mającą dokonać rytualnego morderstwa chrześcijańskiego dziecka.
Dla Thomasa był to „niezbity dowód” – świadek koronny, dezerter, osoba z wewnątrz, która przeszła na drugą stronę i teraz mówi prawdę. Ignorowano absurdalność całej teorii oraz fakt, że w judaizmie obowiązuje absolutny i rygorystyczny zakaz spożywania jakiejkolwiek krwi.
Thomas spisał to wszystko w książce zatytułowanej Życie i męka Wilhelma z Norwich. Zajęło mu to lata, ponieważ był niezwykle skrupulatny. Książka miała charakter starannego reportażu, z wymienionymi z imienia świadkami, datowanymi wydarzeniami i cytowanymi dialogami. Czytało się ją jak dzieło trzeźwo myślącego, religijnego człowieka, oddanego dokumentowaniu trudnej prawdy.
Kult Williama rozrastał się. Przybywali pielgrzymi, a klasztor zarabiał pieniądze. Inne miasta zwróciły na to uwagę. W ciągu kilku pokoleń własne męczennicze dziecko miało Gloucester, potem Bury St Edmunds, następnie Lincoln, a potem dziesiątki innych miast w całej Europie. Wiek po wieku, aż po Trydent, Damaszek i Kielce – każde z tych wydarzeń było lokalną repliką sądowej sztuczki Turbe’a, ubranej w literackie szaty Thomasa.
Pierwotne oszczerstwo o krwi rozprzestrzeniło się po całej Europie.
Należy pamiętać o jednym ważnym szczególe dotyczącym Tomasza z Monmouth: nie był on niewykształconym fanatykiem ani chłopem. Był uczonym mnichem benedyktyńskim w jednym z najważniejszych klasztorów katedralnych w Anglii, piszącym dla grona swoich rówieśników: ludzi piśmiennych, wpływowych i wyrafinowanych.
Oskarżenie o mord rytualny nie było wymysłem ograniczonych umysłów z marginesu społecznego; od początku do końca było to dzieło elit. Turbe sformułował je na dworze królewskim przed obliczem monarchy. Tomasz rozwinął tę historię dla wykształconych czytelników. Instytucje, które ją propagowały, były najbardziej prestiżowymi instytucjami tamtej epoki.
To ta część opowieści, którą większość relacji o oszczerstwach o krew pomija, ponieważ jest najbardziej niewygodna. Wolimy myśleć, że kłamstwo rozprzestrzeniło się, ponieważ ludzie w średniowieczu byli łatwowierni lub naiwni. Wcale tacy nie byli – oni również mieli swoje wątpliwości.
Powodem, dla którego ta narracja odniosła sukces, był fakt, że jej twórcami byli ludzie cieszący się powszechnym zaufaniem, a jej odbiorcami – ci, których uważano za najbardziej rozważnych i światłych.
(Tutaj: Pomnik Szymona z Trydentu…)
W miniony poniedziałek „The New York Times” opublikował artykuł opiniotwórczy autorstwa Nicholasa Kristofa zatytułowany „Milczenie w obliczu gwałtów na Palestyńczykach”.
W tekście tym pojawia się kilka ciężkich zarzutów.
Najbardziej sensacyjnym z nich jest twierdzenie, że izraelscy strażnicy więzienni rzekomo tresują psy do seksualnego wykorzystywania palestyńskich więźniów. Kristof przedstawia to jako element szerszego, systemowego schematu, podpierając się wywiadami z rzekomo anonimowymi ofiarami oraz raportami Euro-Mediterranean Human Rights Monitor – organizacji, którą Izrael uznał za powiązaną z Hamasem, a której założyciela izraelskie władze powiązały z osobami celebrującymi ataki z 7 października.
Zarzut dotyczący psów krążył w określonych bańkach informacyjnych od czerwca 2024 roku. Nigdy wcześniej nie trafił jednak do prasy głównego nurtu, do tzw. „dziennikarstwa prestiżowego”. Aż do teraz.
Artykuł spotkał się ze słuszną i natychmiastową krytyką zaledwie kilka godzin po publikacji.
Organizacja HonestReporting przeanalizowała źródła i odkryła, że jeden ze świadków Kristofa publikował wpisy pochwalające ataki z 7 października. Izraelska Służba Więzienna uznała te zarzuty za całkowicie bezpodstawne. Analitycy wskazali, że Euro-Med publikował wcześniej również materiały oskarżające Izrael o kradzież organów, a jego założyciel figuruje na liście izraelskich władz jako agent Hamasu. Z kolei Eli Lake napisał obszerny artykuł w „The Free Press”, w którym poruszył m.in. kwestię fizycznej anatomii i niemożliwości, by pies zgwałcił człowieka.
Prowadzone są rzetelne działania obalające te teorie, ale wielu ludzi po prostu je zignoruje.
Nie chodzi tu nawet o to, czy zarzut dotyczący psów jest prawdziwy. (Nie jest – zainteresowany czytelnik może to zweryfikować w 20 minut). Chodzi o samą strukturę tego zjawiska. Widzimy tu dokładnie ten sam mechanizm, co w średniowieczu. Mamy na to definicję i poświęconą temu literaturę. Lektura tych historycznych analogii jest niekomfortowa nie dlatego, że mówi nam coś o przeszłości, ale dlatego, że bezlitośnie obnaża to, co dzieje się na naszych oczach.
To nie jest luźna metafora retoryczna, to opis mechanizmu operacyjnego.
Euro-Med jest pomysłodawcą zarzutu o psach – działa jak adwokat w sądzie, który mierząc się z problemem taktycznym, sięga po skuteczną broń propagandową. Problemem taktycznym jest polityczna delegitymizacja Izraela podczas wojny z Hamasem, rozpoczętej przez tę organizację terrorystyczną 7 października 2023 roku. Bronią retoryczną jest natomiast stworzenie opowieści o izraelskiej przemocy seksualnej, która ma zneutralizować i przykryć barbarzyńską, udokumentowaną i masową przemoc seksualną Hamasu wobec żydowskich kobiet i mężczyzn z 7 października – akty, które terroryści sami nagrywali, by chwalić się nimi przed światem.
Funkcja tego zabiegu jest dokładnie taka sama jak w przypadku biskupa Williama Turbe’a: wysunąć tak drastyczne kontroskarżenie, by pierwotny zarzut stracił swoją siłę. Jeśli uda się wmówić światu, że Izraelczycy systemowo gwałcą Palestyńczyków za pomocą psów, wówczas potworność czynów Hamasu z 7 października staje się tylko jednym z wielu elementów ponurej układanki. Symetria zostaje przywrócona, a moralna wyjątkowość zbrodni Hamasu – rozmyta. Klient biskupa wychodzi na wolność.
Podobnie jak Turbe, Euro-Med nie jest niszową organizacją produkującą prymitywne ulotki. Ma wykwalifikowany personel, oficjalnie wyglądające raporty i powołuje się na dokumenty ONZ. Dba o instytucjonalną powagę, dokładnie tak jak dwunastowieczny biskup. Turbe nie był przecież odpowiednikiem dzisiejszego użytkownika TikToka; był najwyższym autorytetem religijnym w dużym mieście handlowym, przemawiającym przed samym królem. Euro-Med zajmuje analogiczną, uznaną pozycję w ekosystemie aktywistów, tworząc raporty stworzone do tego, by je cytować.
A Nicholas Kristof to współczesny Tomasz z Monmouth.
Zajmuje się tą historią lata po tym, jak została ona spreparowana przez zainteresowane strony. Nie był w żadnym z tych więzień. Nie był świadkiem wydarzeń, które opisuje. Dysponuje jedynie zestawem oskarżeń, które Euro-Med i jego sojusznicy gromadzili od 2024 roku, kilkoma własnymi wywiadami oraz piórem dwukrotnego laureata Nagrody Pulitzera. Wie, jak ubrać sensacyjny, niesprawdzony materiał w tony chłodnego, obiektywnego świadectwa.
Robi dokładnie to, co robił Thomas z Monmouth. Bierze procesową, propagandową improwizację i nadaje jej formę rzetelnego reportażu. Podaje źródła, cytuje wypowiedzi. Umieszcza całość w moralnych ramach, stylizując się na odważnego dziennikarza wyjawiającego niewygodne prawdy. Pisze dla swoich rówieśników: ludzi wykształconych, specjalistów, z założenia „antyizraelskich” i „postępowych” – ludzi, którzy w poniedziałkowy poranek czytają „The New York Times” przy kawie i czują, że ich światopogląd jest bez skazy.
Ma nawet swojego Theobalda (czyli „właściwego”, asymilowanego Żyda). Motyw uciekiniera – osoby z wewnątrz, która rzekomo przejrzała na oczy i teraz wyjawia prawdę – powraca w felietonie pod postacią byłych izraelskich urzędników czy dysydentów. Kristof traktuje ich obecność jako ostateczny certyfikat autentyczności. Podtekst jest identyczny jak u Thomasa z Monmouth: „To nie może być propaganda! Spójrzcie, nawet ich właśni ludzie to potwierdzają!”.
(Tutaj: Zrzut ekranu z artykułu…)
Głębsze pytanie nie brzmi, dla kogo ten artykuł został napisany – to jasne, profil czytelnika „The New York Timesa” jest powszechnie znany. Trudniejsze pytanie brzmi: czemu (i komu) ten tekst ma służyć.
Artykuł Kristofa nie jest reportażem w klasycznym sensie. To struktura legitymizująca. To moment, w którym plotka krążąca w radykalnych subkulturach otrzymuje glejt instytucjonalnej wiarygodności, niezbędny do tego, by zacząć powtarzać ją na salonach.
Przed poniedziałkiem ktoś, kto na przyjęciu powiedziałby: „Słyszałem, że Izraelczycy gwałcą psami palestyńskich więźniów”, zostałby uznany za radykała czerpiącego wiedzę z mrocznych zakątków internetu. Po poniedziałku ta sama osoba może wypowiedzieć to samo zdanie, powołując się na autorytet „The New York Timesa”. Same oskarżenia i dowody się nie zmieniły. Zmienił się jednak koszt społeczny wypowiedzenia tych słów. Kristof ten koszt drastycznie obniżył.
To samo uczynił Tomasz z Monmouth z wymysłem biskupa Turbe’a. Wziął coś, co biskup zaimprowizował na poczekaniu przed królem, i nadał temu formę książki, która mogła dotrzeć do ludzi niemających pojęcia o realiach tamtej sali sądowej.
Życie i męka Williama z Norwich nie przekonało sceptyków – oni pozostali nieufni. Jednak dzieło Thomasa dało ludziom, którzy chcieli uwierzyć, gotową, autoryzowaną wersję, którą mogli nieść dalej. Oskarżenie o mord rytualny rozprzestrzeniło się nie dlatego, że nawróciło niedowiarków, ale dlatego, że dało moralne alibi tym, którzy podświadomie czekali na taką opowieść.
I to o tej „chętnej” publiczności jest ten esej – bo to ta część historii, na którą najmniej lubimy patrzeć. Odbiorcami kłamstwa o psach nie są prymitywni antysemici z marginesu. Są nimi ludzie wykształceni, wpływowi, ostrożni: profesorowie, lekarze, redaktorzy, „postępowi” publicyści, rodzice rozmawiający pod szkołą – ludzie dumni ze swojego rzekomego krytycyzmu i wyczucia niuansów.
To bezpośredni spadkobiercy czytelników Thomasa z Monmouth – owej elitarnej sieci piśmiennych benedyktynów, która rozniosła jego tekst z Norwich do Gloucester, Bury i Lincoln. Każde kolejne pokolenie dodawało do tej historii lokalnego „męczennika” i nowe „dowody”, ani razu nie poddając w wątpliwość samej ramy narracyjnej, ponieważ stała się ona dogmatem, w który wierzyli ludzie szanowani i poważni.
Ta rama została właśnie zatwierdzona przez „The New York Times”. Koszt psychologiczny przyjęcia tego kłamstwa spadł do zera. Publiczność, która podświadomie czekała na pozwolenie, by w to uwierzyć, właśnie to pozwolenie otrzymała.
E.M. Rose, wybitna historyk średniowiecznej Anglii, szczegółowo opisała w swojej książce mechanizm, dzięki któremu oszczerstwo z Norwich rozniosło się po świecie po ukończeniu rękopisu przez Thomasa.
Nie stało się tak dlatego, że historia była spójna, ale dlatego, że była użyteczna. Każde miasto marzące o własnym ruchu pielgrzymkowym, każdy klasztor pragnący zysków z kultu męczennika, każdy dłużnik mający problem z żydowskim wierzycielem nagle odkrywali, że szablon stworzony przez Turbe’a i Thomasa można idealnie, przy minimalnych modyfikacjach, dopasować do lokalnych potrzeb. Narzędzie do uderzenia w Żydów było gotowe.
Gdy dochodzimy do sprawy Hugh z Lincoln w 1255 roku, nikt już nie sprawdza, czy wydarzenia w Norwich w ogóle miały miejsce. Oszczerstwo stało się dowodem samym w sobie. Fakt, że w innych miastach pojawiały się kolejne oskarżenia, uznawano za ostateczne potwierdzenie, że pierwotna sprawa była prawdziwa. Każdy nowy przypadek legitymizował poprzednie. Cała struktura stała się samonapędzającą się machiną.
Dziś znajdujemy się w identycznym punkcie zwrotnym. Oskarżenie o rytualne gwałty przy użyciu psów w Izraelu właśnie zyskało swoje pierwsze „prestiżowe” usankcjonowanie. Kolejne wersje tej opowieści już powstają w zaciszach gabinetów. Będą bardziej szczegółowe, lepiej podbudowane źródłowo i trudniejsze do obalenia punkt po punkcie. Pojawią się w innych mediach, w innych językach, w pracach naukowych, raportach organizacji humanitarnych, na sesjach ONZ i wystawach, ponieważ istnieje już cała potężna infrastruktura instytucjonalna gotowa do ich replikacji.
Każda nowa wersja będzie przedstawiana jako kolejny dowód, a ich skumulowana masa stanie się ostatecznym argumentem. Za pięć, dziesięć lub dwadzieścia lat nikt już nie będzie pamiętał czasów, kiedy rzekome gwałty z psami w izraelskich więzieniach nie były uznawane za „powszechnie znany fakt”.
To nie paranoja – to udokumentowany, historyczny algorytm. Ta książka została już raz napisana.
Kościół katolicki ostatecznie odrzucił kult Williama z Norwich i uznał go za oszczerstwo, ale zajęło to dokładnie 818 lat. Zweryfikowano dokumenty, uznano dowody za sfingowane, a kult po cichu usunięto z kalendarza liturgicznego. Zanim jednak do tego doszło, kłamstwo zapoczątkowane w Norwich doprowadziło do rzezi Żydów w Trydencie, Tyrnavii, Polnej, Kielcach i w tysiącu innych miejsc. Refleksja przyszła stulecia po tym, jak machina nienawiści zebrała swoje krwawe żniwo.
Być może za rok „The New York Times” opublikuje jakąś drobną, wstydliwą sprostowanie tekstu Kristofa – notkę redakcyjną na marginesie, artykuł polemiczny albo autor po prostu na jakiś czas zamilknie. Ale sprostowania nie mają znaczenia. Liczy się to, jakie szkody to oszczerstwo wyrządzi od teraz do momentu ewentualnego wycofania się z niego – oraz przez kolejne dekady, gdy nikt już nie będzie zadawał sobie trudu, by pamiętać, że na początku były to tylko wyssane z palca bzdury.
Biskup William Turbe doprowadził do uniewinnienia swojego klienta. Dług zniknął. Rodzina zamordowanego Eleazara została bez sprawiedliwości. Biskup wrócił do domu, zadowolony z dobrze wykonanej pracy, i zapewne nigdy więcej o tej sprawie nie pomyślał. Nie miał pojęcia, co zapoczątkował ani że jego cyniczny wybieg retoryczny będzie, 800 lat później, wciąż żywy i powielany w zaktualizowanej formie przez najbardziej prestiżowe media świata.
Kristof zapewne uważa, że po prostu napisał kolejny ważny tekst o prawach człowieka. W obliczu krytyki przyjmuje postawę obronną, głęboko przekonany o wiarygodności swoich źródeł i dumny z własnej moralnej wyższości. Przejdzie do kolejnych tematów, nieświadomy, że właśnie odegrał kluczową rolę w strukturze, którą historycy przyszłego stulecia bezbłędnie rozpoznają od pierwszego wejrzenia.
Na tym polega paradoks: ludzie, którzy biorą udział w tym procederze, niemal nigdy się do tego nie przyznają. Są święcie przekonani, że robią coś dokładnie przeciwnego – że mówią prawdę władzy, rozliczają potężnych i przerywają milczenie wokół okrucieństwa. Są po prostu współczesnymi wcieleniami Thomasa z Monmouth: młodszymi o kilkaset lat, piszącymi w innym języku, ale dla tej samej publiczności i z tym samym bezkrytycznym stosunkiem do spreparowanego materiału.
A ludzie, którzy ich czytają – ta chętna publiczność, dla której cała ta mistyfikacja została wzniesiona – pozostają w błogiej nieświadomości. Myślą, że wykazują się odwagą albo po prostu chcą być dobrze poinformowani. Są przekonani, że robią to, co do chrześcijan i ludzi wykształconych należy: idą za dowodami, bez względu na to, dokąd one prowadzą.
W rzeczywistości robią dokładnie to samo, co czytelnicy Thomasa z Monmouth w XII-wiecznym Norwich. Przyjmują spreparowaną wersję historii, wymyśloną z powodów czysto taktycznych przez cynicznych graczy. Zanoszą ją do swoich domów, rozmawiają o niej przy kolacji. Przekazują ją dzieciom. I pozwalają, by potworne kłamstwo stało się tym, w co wierzą „poważni ludzie”.
Za kolejne 800 lat, jeśli ktokolwiek będzie jeszcze prowadził kroniki naszej cywilizacji, historycy będą doskonale wiedzieć, jak nazwać ten moment: klasycznym oszczerstwem krwi.
Średniowieczny spisek przeciwko Żydom stał się właśnie dziennikarstwem prestiżowym.
Kategorie: Uncategorized

