
Nadav Eyal
W kręgach władzy w Izraelu trwa spór o to, czy Mossad zbyt mocno parł do zmiany reżimu, czy też jego plany nigdy nie dostały zielonego światła na pełną realizację.
Podczas gdy świat czeka na odpowiedź, jak amerykańska blokada Cieśniny Ormuz wpłynie na utknięte w martwym punkcie negocjacje między Waszyngtonem a Teheranem, opinia publiczna zaczyna już rozliczać tę wojnę. Coraz więcej analiz wraca do pierwotnych oczekiwań – żywionych zarówno w Izraelu, jak i w Stanach Zjednoczonych – że konflikt ten doprowadzi do upadku irańskiego reżimu.
W kręgach izraelskich sił bezpieczeństwa rośnie głębokie zaniepokojenie narracją, która zyskuje popularność w Stanach Zjednoczonym. Jest ona prosta: Izrael – a dokładniej Benjamin Netanjahu i Mossad – przekonał Biały Dom do planu obalenia reżimu w Iranie, po czym sam go nie zrealizował. W amerykańskiej debacie publicznej coraz częściej wini się Izrael za wciągnięcie Ameryki w wojnę i nie wiadomo, jak Jerozolima poradzi sobie z tym zarzutem w dłuższej perspektywie. Od pierwszego dnia konfliktu było jasne, że Izrael ryzykuje swoją pozycję w oczach amerykańskiej opinii publicznej – przed czym ostrzegałem i o czym pisałem na samym początku tej wojny.
Z tej perspektywy izraelskie analizy i plany były jedynie pobożnymi życzeniami, a wręcz celowym wprowadzaniem w błąd. Wiele z tych opinii bazuje na głośnym, szczegółowym artykule Maggie Haberman i Jonathana Swana na temat prezentacji, jaką Netanjahu przedstawił Trumpowi w Białym Domu.
W ostatnich tygodniach rozmawiałem z wysokimi rangą przedstawicielami establishmentu obronnego, aby podsumować wydarzenia, które doprowadziły do wojny. Poza samymi obawami, usłyszałem od nich, jak szefowie izraelskich służb bezpieczeństwa postrzegają to, co rzeczywiście wydarzyło się – lub nie – w Iranie.
W dyskusjach przewija się kilka kluczowych wątków. Stanowią one próbę obrony dobrego imienia Mossadu przez moje źródła.
Plan Mossadu składał się z wielu etapów, z których zdecydowana większość nigdy nie została zatwierdzona ani przez Jerozolimę, ani przez Waszyngton. Te elementy, które Mossad faktycznie wdrożył – na przykład ataki na posterunki milicji Basidż w całym kraju, a zwłaszcza w Teheranie – zakończyły się sukcesem. (Według doniesień Izrael wysłał setki agentów w celu zlokalizowania pozycji Basidżu przed uderzeniem. Basidż to główna formacja paramilitarna Islamskiej Republiki Iranu, służąca do krwawego tłumienia wewnętrznych protestów).
Plan zakładał również – co szeroko opisywał „New York Times” – masowe zaangażowanie sił kurdyjskich do przeprowadzenia zakrojonej på szeroką skalę inwazji na Iran. Zostało det jednak udaremnione przez Turcję, która skutecznie wykorzystała swoje wpływy polityczne, by zablokować tę operację. Gdyby do tej inwazji doszło, Islamska Republika znalazłaby się w krytycznym położeniu, zmuszona do jednoczesnego tłumienia wewnętrznego powstania i odpierania zbrojnego ataku na swoich granicach.
Nawet sam początek wojny nie potoczył się po myśli izraelskiego aparatu bezpieczeństwa. Choć likwidacja Najwyższego Przywódcy i innych dygnitarzy została zatwierdzona, to pozostałe kluczowe operacje odrzucono. Wojskowi chcieli wywołać potężniejszy efekt „szoku i przerażenia”. Izrael stał na stanowisku, że w pierwszej salwie operacji należy całkowicie odciąć dostawy prądu w Teheranie (z wyjątkiem szpitali), pogrążając stolicę w absolutnej ciemności natychmiast po wybuchu wojny. Ta propozycja upadła.
Szereg innych operacji miał ruszyć dopiero po fazie masowych bombardowań, jednak do dziś nie dostały one zielonego światła. Ogłaszanie porażki tych planów, zanim w ogóle weszły w życie – lub gdy wdrożono jedynie ich ułamek – jest niesprawiedliwym wyrokiem dla Mossadu, który podczas tej wojny odniósł przecież imponujące sukcesy taktyczne.
Krótko mówiąc, moi rozmówcy twierdzą, że choć doniesienia o prezentacji w Białym Domu i rozmowach o zmianie reżimu są w większości prawdziwe, Izrael nigdy nie podpisał się pod sztywnym zobowiązaniem, że do obalenia ajatollahów dojdzie. Co najważniejsze: szczegóły taktyczne operacji zaproponowanych przez Izrael (a ostatecznie zablokowanych) nigdy nie ujrzały światła dziennego. W praktyce oficerowie mówią: „Gdybyśmy dostali pełną swobodę działania, o którą prosiliśmy, i wtedy ponieśli klęskę – wina leżałaby po naszej stronie. Ale pełny plan nigdy nie został zatrybowany, zatwierdzono jedynie jego strzępy”.
Wszystko to należy jednak traktować z dużym dystansem. Pierwsze przecieki wskazywały, że gdy tylko Izraelczycy wyłożyli na stół plan obalenia reżimu, amerykańscy urzędnicy – z sekretarzem stanu Marco Rubio na czele – skwitowali go krótko jako „bzdury”. Wysoki rangą izraelski urzędnik, głęboko zaangażowany w proces decyzyjny przed wojną i w trakcie jej trwania, przyznał mi, że sam nie kupuje linii obrony przedstawianej przez Mossad i armię.
Oto jego słowa:
„Problem nie polega na tym, że wstrzymano rozkazy wykonania planów. Problem polega na tym, że Mossad zapowiadał cuda, które się nie wydarzyły. Obiecali gruszki na wierzbie, a słowa nie dotrzymali”.
To uderzająco mocne słowa – i padają one z ust izraelskiego decydenta. Sytuację komplikuje fakt, że AMAN (izraelski wywiad wojskowy) od samego początku podchodził do wizji szybkiej zmiany reżimu w Teheranie ze znacznie większym sceptycyzmem niż Mossad.
Pompowanie ogromnych zasobów w sztuczne wywoływanie irańskiej rewolucji to stosunkowo nowy kierunek w historii Mossadu. To w dużej mierze efekt strategicznego wyboru dokonanego przez obecnego szefa agencji, Davida Barneę, którego kadencja nieubłaganie dobiega końca.
(Fot. Szef Mossadu David Barnea / David Azagury, Ambasada USA w Jerozolimie)
Barnea od dawna uchodził za zaufanego człowieka Netanjahu, jednak według większości obserwatorów w ostatnim czasie między obydwoma panami doszło do wyraźnego schłodzenia relacji.
Porozumienie czy klincz?
Wewnątrz izraelskiego rządu poglądy na temat zbliżającego się układu z Iranem dzielą się na dwa ostro zwalczające się obozy.
Pierwsza grupa stoi na stanowisku, że do żadnego porozumienia z Iranem dojść nie może. Taka umowa oznaczałaby odmrożenie gigantycznych irańskich aktywów, zniesienie sankcji i zdjęcie pętli z szyi Islamskiej Republiki. Jeśli ten scenariusz się ziści, wojna, która miała ostatecznie zneutralizować irańskie zagrożenie, tylko je zmobilizuje – a w szczególności wzmocni Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC).
Obóz ten uważa, że reżim w Teheranie należy dusić ekonomicznie ochoczo i bez przerwy, aż skapituluje lub sam pęknie. To stanowisko podziela twardogłowa część aparatu bezpieczeństwa, na czele med Mossadem; rodzące się w bólach porozumienie postrzegają oni jako skrajnie niebezpieczny zwrot akcji.
Druga grupa podchodzi do sprawy spokojniej, kładąc nacisk na realną politykę. Przekonują oni, że u u podstaw tej wojny od zawsze leżał irański program nuklearny. Jeśli wzbogacony uran zostanie wywiezion z Iranu, a proces wzbogacania zamrożony na długie lata (USA żądają 20 lat, Iran zgadza się na 5 – skończy się pewnie gdzieś pośrodku), będzie to pełne zwycięstwo.
A co z programem rakietowym, finansowaniem Hezbollahu i innych sił kurierskich w regionie? Cóż, zwolennicy tego pragmatycznego podejścia odpowiadają krótko: trzeba brać to, co jest teraz na stole, póki okienko pogodowe jest otwarte.
Oczywiście może okazać się, że te wewnętrzne spory nie mają najmniejszego znaczenia. Obie strony, z całym szacunkiem dla ich racji, czekają na jedno: na ostateczny ruch Donalda Trumpa. To on rozdaje karty i to on podejmie ostateczną decyzję.
Ta fundamentalna prawda zdaje się jednak umykać niektórym jastrzębiom w izraelskim aparacie obronnym. Izrael mocno rekomendował kontynuowanie działań wojennych równolegle z prowadzonymi przez USA negocjacjami; Waszyngton tę radę odrzucił. Siły Obronne Izraela (Cahal) chciały metodycznie, obiekt po obiekcie, niszczyć irańską infrastrukturę energetyczną; usłyszały od Amerykanów stanowcze „nie”.
W ostatnich tygodniach odbyłem serię rozmów z wpływowymi postaciami z sektora obronnego. Mówili ostro, bez dyplomatycznego owijania w bawełnę. Jeden urzędnik przekonywał mnie, że cały sektor energetyczny Iranu powinien zostać zrównany z ziemią w mgnieniu oka – bez oglądania się na to, jak Teheran odpowie atakami na tankowce i instalacje gazowe i naftowe w Zatoce Perskiej.
„Oni po prostu zakochali się w kinetyce, w samym uderzaniu” – skomentował to trzeźwo jeden z cywilnych urzędników rządowych. „Są w stanie czystej euforii. Po raz pierwszy ruszyli na wojnę ramię w ramię z Ameryką i teraz próbują licytować ten izraelski rząd z prawej strony – wyobrażasz to sobie? Oskrzydlać z prawej strony ten konkretny gabinet!”.
Inne źródło w strukturach rządowych podsumowało to jeszcze dosadniej: „Dzięki Bogu, że administracja Trumpa dała Izraelowi po hamulcach w Libanie. Nie wierzymy, by armia miała jakikolwiek realny plan na ten region, który faktycznie mógłby zadziałać”.
W wypowiedziach izraelskich decydentów słychać dziś zupełnie inne, znacznie bardziej zniuansowane tony. Pomijając oczywistą próbę przerzucania się odpowiedzialnością, kluczowe pytanie brzmi: czy jesteśmy świadkami narodzin nowej izraelskiej doktryny strategicznej? Odpowiedź na to pytanie poznamy już wkrótce.
Co Mossad ma do powiedzenia w sprawie Iranu?
Kategorie: Uncategorized

