Uncategorized

Komfort to nie bezpieczeństwo

Nachum Kaplan

Historia Żydów pełna jest przykładów dobrze prosperujących społeczności, które wmawiały sobie, że sukces oznacza bezpieczeństwo – tuż przed tym, jak przekonały się, że jest dokładnie odwrotnie.

Wielu nowojorskich Żydów nie chce dostrzec kryzysu antysemityzmu, który ogarnia ich miasto i kraj. Chociaż wielu przyznaje, że problem istnieje, twierdzą oni, że przy prawie dwóch milionach Żydów Nowy Jork pozostaje „miastem żydowskim”, a wszelkie obawy są przesadzone.

Zadziwiające jest, że tak wiele osób uważa, iż skoro populacja żydowska znacznie przewyższa liczbę protestujących przeciwko Izraelowi, to Żydzi są bezpieczni. Taka analiza jest niebezpiecznym błędem.

Wśród wielu argumentów, którymi pocieszają się Żydzi w diasporze, regularnie pojawia się stwierdzenie: „Tutaj to nie może się wydarzyć”. Nigdy jednak nie jest do końca jasne, dlaczego uważają, że z Nowym Jorkiem będzie inaczej niż z Hiszpanią, Niemcami, Rosją, Polską czy Irakiem. Zmieniają się języki i architektura, podobnie jak dominujące ideologie, ale iluzja pozostaje ta sama.

Tak oto dzisiaj, gdy antysemityzm zalewa zachodnie instytucje, gdy tłumy skandują o intifadzie na Manhattanie i w Melbourne, gdy żydowscy studenci są osaczani na elitarnych kampusach, gdy synagogi po cichu wzmacniają zabezpieczenia, a politycy pouczają Żydów, jakiego powinni używać „tonu”, wciąż powtarza się ten sam argument: „W Nowym Jorku wszystko będzie dobrze. To przecież żydowskie miasto”.

Czy na pewno?

Warszawa była miastem żydowskim (Żydzi stanowili 30 procent mieszkańców), podobnie jak Bagdad (30 procent), Wilno (28 procent) i Budapeszt (24 procent). Prawie połowa mieszkańców Salonik była pochodzenia żydwskiego. Żydzi wierzyli niegdyś, że Berlin jest bezpieczny, ponieważ to oni pomogli zbudować nowoczesne Niemcy. Wierzyli w bezpieczeństwo Wiednia, bo to oni ukształtowali jego kulturę. Byli pewni swego losu w Bagdadzie, bo mieszkali tam od 2500 lat.

Nie oznacza to, że Nowy Jork wkrótce stanie się Warszawą z 1939 roku. Porównania historyczne są często nadużywane przez ludzi ulegających histerii. Ameryka to nie nazistowskie Niemcy, a historia nie powtarza się mechanicznie. Rzecz w tym, że Żydzi po raz kolejny mylą pozycję społeczną z realną ochroną.

A to nie jest to samo.

W rzeczywistości wysoka pozycja społeczna Żydów często rodzi zgubną naiwność psychologiczną. Żydzi zaczynają wierzyć, że widoczność oznacza trwałość, wpływ daje bezpieczeństwo, a integracja jest równoznaczna z akceptacją. I wtedy rzeczywistość uderza ich kijem baseballowym.

Przez dziesięciolecia nowojorscy Żydzi żyli w przekonaniu, że rozwiązali „kwestię żydowską”. Miasto miało żydowskich burmistrzów, żydowskich miliarderów, żydowskie dzielnice i osobistości medialne. Elitarne uniwersytety były pełne żydowskich studentów, a żydowska filantropia wrosła głęboko w tkankę metropolii.

Bajgiel stał się symbolem amerykańskiego śniadania. Język jidysz wszedł do mainstreamu. Chanuka pojawiła się w szkołach publicznych tuż obok choinek. Żydowscy komicy stali się nadwornymi błaznami Ameryki, a żydowscy terapeuci – jej świeckimi kapłanami. To zrodziło ogromną pewność siebie i cywilizacyjną arogancję. Amerykańscy Żydzi zaczęli zachowywać się tak, jakby antysemityzm został pogrzebany na zawsze.

Wtedy nadszedł 7 października

I nagle Żydzi odkryli coś przerażającego. Ludzi krzyczących „Globalizujcie intifadę” nie obchodziło, ile koszernych delikatesów działa na Brooklynie. Aktywista z Uniwersytetu Columbia nie stawał się mniej radykalny dlatego, że w centrum miasta otwierano restauracje z certyfikatem koszerności. Islamistom skandującym pod synagogami w najmniejszym stopniu nie przeszkadzała popularność Jerry’ego Seinfelda. Rewolucyjna lewica nie porzuciła swojej polityki tożsamościowej tylko dlatego, że Żydzi współtworzyli nowojorski rynek wydawniczy.

Zasymilowane społeczności żydowskie popełniają ten błąd bez przerwy: wydaje im się, że są tak głęboko wplecione w tkankę społeczną, iż naród nie może zwrócić się przeciwko nim. Tymczasem społeczeństwa nie występują przeciwko abstrakcjom – zwracają się przeciwko mniejszościom, które bez względu na odniesiony sukces, wciąż pozostają mniejszościami.

Żydzi z Bagdadu przekonali się o tym w najbrutalniejszy sposób. Przez wieki stanowili integralną część tamtejszego handlu, administracji i życia intelektualnego. Bagdad nie był dla nich po prostu domem; to oni pomogli go zdefiniować. Potem jednak nastąpiła radykalizacja nacjonalizmu. Wpływy islamistów i faszystów stopiły się w jedno, rozprzestrzeniły się teorie spiskowe, a Żydów zaczęto utożsamiać z zagranicznymi wrogami i wewnętrzną korupcją.

W 1941 roku doszło do Farhudu – krwawego pogromu pełnego morderstw, gwałtów, grabieży i upokorzeń. Ostatecznie niemal cała społeczność żydowska Iraku przestała istnieć. Stało się tak nie dlatego, że Żydzi żyli na marginesie, ale właśnie dlatego, że byli tak widoczni. To jedna z najmroczniejszych prawd historii: sukces nie eliminuje nienawiści, a niekiedy wręcz ją potęguje.

Ten sam schemat dotknął Węgry. Budapeszt tętnił niegdyś żydowskim życiem. Żydzi modernizowali gospodarkę, tworzyli dziennikarstwo, finansowali sztukę i budowali przemysł, przekształcając stolicę w jedną z najważniejszych metropolii Europy. Węgierscy Żydzi należeli do najbardziej zasymilowanych na kontynencie – wielu z dumą uważało się najpierw za Węgrów, a dopiero potem za Żydów.

Wystarczyła jednak zmiana klimatu politycznego. Nadeszły kryzysy gospodarcze, poczucie narodowego upokorzenia i radykalne ideologie. Nagle wieloletnią integrację Żydów zaczęto postrzegać nie jako wkład w rozwój kraju, lecz jako wrogą infiltrację.

Mechanizm kozła ofiarnego

To zawsze działa tak samo. Żydzi, którym wydaje się, że zostali ostatecznie zaakceptowani, budzą się pewnego ranka i odkrywają, że stali się symbolem. Nie konkretnymi ludźmi, lecz wygodną figurą retoryczną: uosobieniem kapitalizmu, komunizmu, globalizacji, kolonializmu, upadku moralnego, władzy elit, korupcji finansowej, „bieli” lub „nie-bieli” – w zależności od tego, czego akurat potrzebuje tłum.

Szczegóły się zmieniają, ale mechanizm pozostaje uderzająco spójny. Nowojorscy Żydzi powinni dobrze to przeanalizować, ponieważ współczesny antysemityzm błyskawicznie mutuje. Stara prawica nienawidziła Żydów jako obcych przybyszów z marginesu. Nowa lewica nienawidzi ich jako uprzywilejowanych ludzi z samego środka systemu. Ta druga forma nie jest ani trochę bezpieczniejsza – jest po prostu bardziej modna.

Dzisiejszy dyskurs elit coraz częściej przedstawia Żydów jako uprzywilejowanych ciemiężców, którzy manipulują instytucjami i mają nieproporcjonalne wpływy. Język ten jest niebezpieczny nie dlatego, że Żydzi powinni być wyjęci spod krytyki – krytyka każdego i wszystkiego jest normą w wolnym świecie. Jest niebezpieczny, ponieważ Żydów po raz kolejny sprowadza się z poziomu ludzi do poziomu uniwersalnego wyjaśnienia wszelkiego zła. To się nigdy dobrze nie kończy, a sytuacja staje się jeszcze groźniejsza, gdy sami Żydzi zaczynają brać w tym udział.

Część amerykańskich Żydów marnuje dziś mnóstwo energii na przekonywanie antyizraelskich aktywistów, że należą do kategorii „tych dobrych Żydów”. Inni twierdzą, że obawy przed antysemityzmem są przesadzone, bo dopuszczenie do siebie prawdy mogłoby zaszkodzić ich „postępowym” koalicjom. To także ma swoje historyczne precedensy. Powracającą tragedią w historii Żydów jest moment, w którym wielu z nich stawia akceptację społeczną wyżej niż własną godność kulturową – i robi to aż do chwili, gdy ta akceptacja bezpowrotnie znika.

I nie ma w tym przypadku. Ruchy rewolucyjne zawsze potrzebują wrogów-symboli. Żydzi są pod tym względem niezwykle poręczni, ponieważ mogą jednocześnie uosabiać biel, kapitalizm, kolonializm, globalizm, elitaryzm, nacjonalizm i zachodnią dominację. Wszystko naraz, w zależności od tego, jaki zarzut jest modny w danym tygodniu. Oto dlaczego tak absurdalne teorie spiskowe kwitną dziś nawet wśród ludzi z wyższym wykształceniem.

Żydzi są w tych narracjach jednocześnie zbyt bogaci i zbyt słabi, zbyt „biali” i niewystarczająco „biali”, są ciemiężcami i zarazem wiecznymi ofiarami. Te sprzeczności nikomu nie przeszkadzają, ponieważ antysemityzm nie opiera się na racjonalnej analizie politycznej – jest konstruktem czysto emocjonalnym. A Nowy Jork jest dziś pełen emocjonalnych radykałów.

Komfort to nie bezpieczeństwo

Ameryka posiada ogromne atuty, których historycznie brakowało Europie: silną tradycję konstytucyjną, zdecentralizowaną kulturę, szeroki pluralizm religijny oraz strukturę polityczną odporną na ideologiczną dominację jednej partii. Miliony Amerykanów szczerze brzydzą się antysemityzmem, a rzesze chrześcijan niezmiennie i głęboko wspierają Żydów oraz Izrael.

To bardzo ważne. Jednak dojrzałe cywilizacje przetrwają tylko wtedy, gdy porzucą iluzje, zamiast je karmić. A iluzją jest wiara, że specyficzny, żydowski charakter Nowego Jorku daje komukolwiek gwarancję bezpieczeństwa. Tak nie jest. Iluzją jest myślenie, że społeczeństwo, które tak wiele zyskało dzięki obecności Żydów, nie potrafi obrócić się przeciwko nim.

Główna lekcja nie polega wcale na tym, że Żydzi powinni jutro uciekać z Nowego Jorku z workami złota przy dźwiękach skrzypka na dachu. Ta lekcja ma charakter psychologiczny. Żydzi muszą przestać mylić komfort z trwałością.

Największym zagrożeniem dla społeczności żydowskiej często nie jest jawna nienawiść, lecz cywilizacyjne samozadowolenie. Ofiary samozadowolenia przestają się przygotowywać, rezygnują z kulturowej samoobrony, przestają dbać o wewnętrzną spójność i rzetelnie uczyć własnej historii. Przestają wierzyć, że ich wrogowie mówią poważnie.

Surrealistyczną cechą współczesnego życia amerykańskich Żydów jest to, jak wielu z nich wciąż traktuje wezwania do intifady jako rodzaj metaforycznego performansu. Historia uczy jednak, że radykałów zawsze należy traktować śmiertelnie poważnie.

Nowy Jork nie stanie się z dnia na dzień Bagdadem z 1941 roku, ale Bagdad z roku 1930 również nie spodziewał się swojego losu. Na tym polega cały sęk. Cywilizacje potrafią gnić znacznie szybciej, niż wydaje się ludziom – zwłaszcza ludziom wykształconym i wpływowym. Zasymilowana elita zawsze wierzy, że upadek jest niemożliwy, ponieważ myli stabilność instytucji ze stabilnością moralną społeczeństwa.

Tymczasem same instytucje potrafią zradykalizować się w mgnieniu oka. Zobaczmy, co stało się z uniwersytetami. Z częścią mediów. Z rynkiem sztuki i z dominującym nurtem aktywizmu. Zmienił się nawet język: o Żydach nie mówi się już jak o zagrożonej mniejszości, lecz jak o uzasadnionym celu rewolucyjnego gniewu. Przemoc zyskuje „kontekst”, nękanie zostaje usprawiedliwione, a strach ofiar kwituje się uśmiechem jako histerię.

To nie jest normalne. Żydzi, którzy udają, że wszystko jest w porządku, bo „Nowy Jork to żydowskie miasto”, karmią się jedną z najstarszych i najbardziej zgubnych fantazji w swojej historii – mitom o własnym wyjątkowości, wiarą w to, że tym razem uniwersalne reguły dziejowe ich nie dotyczą.

A one dotyczą każdego. Zawsze.

Przyszłość Żydów w Ameryce nie będzie zależeć od tego, jak wielu z nich mieszka na Manhattanie czy Brooklynie, ale od tego, czy odzyskają oni cywilizacyjną powagę. Czy wyciągną wnioski z historii? Czy dostrzegą ideologiczne zagrożenie, utrzymają wewnętrzną solidarność, zaczną bronić się bez kompleksów i zamiast kojących mitów przekażą swoim dzieciom prawdę o świecie?

I przede wszystkim: czy zrozumieją, że żadne miasto nie jest dane Żydom na zawsze tylko dlatego, że kiedyś pozwolono im w nim rozkwitnąć?

Historia Żydów pełna jest wspaniałych społeczności, które były pewne, że zapuściły korzenie zbyt głęboko, by dało się je wyrwać. Korzenie nie mają jednak żadnego znaczenia, jeśli gleba wokół nich staje się zatruta.

Pytanie nie brzmi więc, czy Nowy Jork wciąż jest miastem żydowskim. Pytanie brzmi, czy Żydzi wyciągnęli jakąkolwiek lekcję z ostatnich dwóch tysięcy lat.

Komfort to nie bezpieczeństwo

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.