
Autor: Andrew Fox
Hezbollah dostosował się do sytuacji, zawieszenie broni przerodziło się w trwały konflikt o ograniczonej intensywności, a Izrael stoi w obliczu brutalnej rzeczywistości: zabezpieczenie północnej granicy może teraz wymagać okupacji niemożliwej do utrzymania na dłuższą metę.
Hezbollah – a właściwie Teheran – podjął kluczową decyzję 8 października 2023 roku. Zaledwie dzień po masakrze dokonanej przez Hamas w południowym Izraelu, organizacja otworzyła drugi front z terytorium Libanu. W ramach tzw. solidarności z Palestyńczykami rozpoczęła ostrzał artyleryjski oraz ataki za pomocą rakiet kierowanych na izraelskie pozycje. Ten gest szybko przerodził się w wyniszczającą wojnę graniczną: tysiące wystrzelonych pocisków, przymusowa ewakuacja przygranicznych miast i strategiczna rana, której Izrael nie mógł tolerować, ale też nie potrafił łatwo wyleczyć. Do września 2024 roku po obu stronach granicy wysiedlono dziesiątki tysięcy osób, a Tel Awiw formalnie uznał umożliwienie bezpiecznego powrotu mieszkańcom północy za jeden z głównych celów wojennego konfliktu.
Operacja „Północne Strzały” osiągnęła wszystko, co tylko można było wywalczyć czystą siłą militarną. Wypchnęła sekcje startowe Hezbollahu, jego tunele, węzły dowodzenia oraz pozycje przeciwpancerne z pasa przygranicznego aż za rzekę Litani. Udowodniła tym samym, że wojna na wyczerpanie w południowym Libanie będzie kosztować przeciwnika bardzo drogo. Żadne suwerenne państwo nie mogło przecież zaakceptować sytuacji, w której terrorystyczna milicja decyduje o tym, czy jego obywatele mogą bezpiecznie spać we własnych domach.
Problem leżał jednak znacznie głębiej. Struktura zawieszenia broni z listopada 2024 roku powielała znany schemat: rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1701, rozmieszczenie Libańskich Sił Zbrojnych (LAF), misja monitorująca UNIFIL oraz nadzór dyplomatyczny USA i Francji. Wszystko to miało zagwarantować wycofanie się Hezbollahu na północ i odwrót wojsk izraelskich. Plan ten opierał się na starym i naiwnym założeniu: że słabe państwo libańskie, nawet przy wsparciu zagranicznym, będzie w stanie wyegzekwować suwerenność wobec najlepiej uzbrojonej formacji polityczno-wojskowej w kraju. Porozumienie wymagało, by libańska armia rozbroiła Hezbollah pod okiem Waszyngtonu i Paryża, podczas gdy Amerykanie dyskretnie zagwarantowali Izraelowi prawo do samodzielnego likwidowania zagrożeń w razie niedopełnienia warunków umowy.
To jedno zastrzeżenie stało się zarzewiem obecnej wojny. Tam, gdzie libańska armia nie chce lub nie potrafi interweniować, uderzają Siły Obronne Izraela (IDF). Gdziekolwiek Hezbollah próbuje się odbudować, tam Izraelczycy natychmiast oczyszczają teren. Gdy w pobliżu celu znajdują się cywile, ogłaszane są rozkazy ewakuacji. Na papierze wygląda to na zwykłe egzekwowanie prawa. W praktyce jest to jednak permanentna kampania wojskowa bez widocznego horyzontu końcowego. W tym tygodniu Izrael rozszerzył obszar operacji, przeprowadzając ponad 270 nalotów i ogłaszając cały teren na południe od rzeki Zahrani – obejmujący około 2000 kilometrów kwadratowych – nową strefą walk. Od marca swoje domy musiało opuścić ponad 1,2 miliona Libańczyków.
Ewolucja wojny dronów
Tymczasem Hezbollah sprawnie adaptuje się do nowych warunków. Nie jest w stanie łatwo odtworzyć potężnego arsenału rakietowego, jakim dysponował przed operacją „Północne Strzały”, ale okazuje się, że wcale nie musi tego robić. Organizacja wyciągnęła cenne wnioski z doświadczeń wojny na Ukrainie. Zaczęła masowo stosować tanie drony FPV (z widokiem z pierwszej osoby) – w tym wersje sterowane przez światłowód, które są całkowicie odporne na systemy walki elektronicznej i zagłuszanie. Maszyny te lecą na bardzo niskiej wysokości i precyzyjnie uderzają w izraelskie pozycje.
W ostatnich tygodniach te ataki regularnie zbierają krwawe żniwo wśród izraelskich żołnierzy. W odpowiedzi Tel Awiw gorączkowo poszukuje szybkich, przemysłowych rozwiązań antydronowych i przyspiesza dostawy specjalnych siatek ochronnych z Europy. Wszystko wskazuje na to, że izraelskie dowództwo zostało kompletnie zaskoczone tą nagłą ewolucją taktyczną przeciwnika.
W Libanie czeka nas teraz niezwykle stroma krzywa uczenia się w dziedzinie bezzałogowców. To Ukraina stała się prawdziwym tyglem współczesnej wojny dronowej, przechodząc tam długą drogę od klasycznych bitew pancernych, przez impas pozycyjny, aż po obecną „równowagę dronów”. Teraz to doświadczenia Izraela w Libanie posłużą za nowy podręcznik dla armii na całym świecie. Obserwujemy rzadki proces: technologicznie potężna armia uczy się od zera, jak radzić sobie z asymetryczną wojną dronową prowadzoną przez teoretycznie słabszego przeciwnika.
Na szczęście dla Izraela, Hezbollah nie produkuje jeszcze tych maszyn na tak masową skalę, jak robią to Rosjanie czy Ukraińcy. Z pewnością będą jednak do tego dążyć. Dla zachodnich analityków wojskowych to bezcenna lekcja pokazująca, jak wygląda logistyka, zaopatrzenie i rozwój taktyczny nowoczesnej armii w starciu z zagrożeniem ze strony dronów FPV.
Patrząc na sytuację na ukraińskim froncie, ewolucja ta postępuje tak szybko, że stworzenie uniwersalnego i trwałego systemu defensywnego graniczy z cudem – zanim tarcza obronna zostanie wdrożona, technologia przeciwnika może już sprawić, że stanie się ona przestarzała. Doświadczenia IDF dowodzą jednego: kluczem do przetrwania są elastyczne zdolności przemysłowe. Potrzebne są zakłady zdolne do błyskawicznej produkcji, natychmiastowego modyfikowania projektów w odpowiedzi na posunięcia wroga i ponownego, masowego wdrażania ulepszonego sprzętu. To jest obecnie największe wyzwanie dla Izraela, a wnioski z tej kampanii ukształtują doktrynę wojenną całego świata zachodniego.
Ironia tej sytuacji jest uderzająca. Choć Ukraina od lat jest poligonem badawczym dla globalnej wojny dronów, relacje dyplomatyczne między Kijowem a Tel Awiwem systematycznie się pogarszają. Ostatnio oliwy do ognia dolały ukraińskie oskarżenia, jakoby Izrael kupował od Rosji zboże pochodzące z nielegalnych zbiorów na okupowanych terytoriach. Mimo że ukraińscy urzędnicy oferowali państwom z regionu Zatoki Perskiej swoją unikalną wiedzę i know-how w zakresie zwalczania taniej, irańskiej technologii bezzałogowej, Izrael nie zdecydował się dołączyć do tej współpracy. Choć Tel Awiw desperacko potrzebuje każdej lekcji na temat neutralizacji dronów, wielka polityka i interesy handlowe trzymają tego niezwykle przydatnego partnera na dystans.
Pułapka strategiczna
Przed Izraelem rysuje się niebezpieczna pułapka strategiczna. Wojsko może skutecznie odpierać kolejne ataki Hezbollahu, rozszerzać strefę buforową i bezlitośnie niszczyć podziemną infrastrukturę, tunele, magazyny czy całe wioski zamienione w bastiony terrorystów. Może dalej wysiedlać libańskich cywilów z terenów operacyjnych, ponosząc przy tym gigantyczne koszty polityczne i humanitarne. Jednak każda mila przesunięta na północ oznacza jedynie nową, dłuższą linię frontu, którą trzeba obsadzić. Każda oczyszczona z bojowników wioska staje się punktem, który trzeba utrzymać za wszelką cenę lub do którego trzeba będzie zaraz wracać. Kolejne uderzenia z powietrza jasno pokazują, że sama głębia taktyczna nie daje żadnego immunitetu przed zagrożeniem.
Ostateczny cel Izraela pozostaje prosty i zrozumiały: bezpieczna północna granica, na której obywatele mogą żyć bez lęku przed ostrzałem rakietowym czy rajdami komandosów Hezbollahu. Jednak środki prowadzące do tego celu są niezwykle skomplikowane. Bez silnego państwa libańskiego, które odzyska monopol na użycie siły, bez globalnych mocarstw gotowych realnie ukarać Teheran i Hezbollah, i bez strategicznego porozumienia, które zmieniłoby kalkulację geopolityczną Iranu – Izraelowi pozostaje jedynie militarny substytut rozwiązania politycznego. Taki substytut może chwilowo zmniejszyć ryzyko, ale nigdy go całkowicie nie wyeliminuje. W obecnych realiach prowadzi toprostą drogą do wojny bez końca.
Stworzenie stałej izraelskiej strefy bezpieczeństwa w głębi Libanu doszczętnie wyczerpałoby zasoby ludzkie i tak już skrajnie zmęczonej armii. Naraziłoby żołnierzy na nieustanne ataki dronów, miny-pułapki oraz zasadzki na szlakach zaopatrzeniowych. Masowe wysiedlenia Libańczyków ściągnęłyby na Tel Awiw potężną krytykę międzynarodową i stałyby się zarzewiem trwałej nienawiści na pokolenia. Przede wszystkim jednak dałoby to Hezbollahowi idealne warunki do prowadzenia tego, w czym czuje się najlepiej: wojny partyzanckiej przeciwko okupantowi. Izrael przeżył już dokładnie ten sam scenariusz w przeszłości i nie powinien łudzić się, że zmiana daty w kalendarzu w magiczny sposób odmieni brutalne prawa geografii i polityki.
Milczenie i hipokryzja świata
Zadaniem społeczności międzynarodowej powinno być zbudowanie realnego systemu egzekwowania prawa: zapewnienie funduszy, wymiana danych wywiadowczych, twarde środki przymusu, realne wzmocnienie libańskiej armii, ścisłe monitorowanie granic, sankcje oraz bezkompromisowe podejście do Iranu. Dziś jednak żadne z tych rozwiązań nie wydaje się realne do wdrożenia na wymaganą skalę.
Dopóki światowi liderzy wybierają najprostszą, bezkosztową ścieżkę polegającą na rutynowym potępianiu działań Izraela i dopóki nie podejmą realnych działań, by pomóc mu rozwiązać problem przekraczający jego możliwości – powinni milczeć. Skala tej hipokryzji jest porażająca: nie można oczekiwać od żadnego suwerennego kraju na świecie, że przejdzie do porządku dziennego nad permanentnym, niesprowokowanym ostrzałem rakietowym własnego terytorium. Zostawienie Izraela samemu sobie z problemem Hezbollahu sprawi, że ostatecznie ucierpią wszyscy.
Izrael pozostaje potęgą militarną w wymiarze taktycznym, ale strategicznie znalazł się w potrzasku. Jest w stanie dotkliwie karać Hezbollah, ale nie rozwiąże kryzysu libańskiego samą siłą oręża. To sytuacja tragiczna i niemożliwa do zniesienia dla państwa izraelskiego, jego żołnierzy, a także dla tysięcy niewinnych cywilów w Libanie. Powszechna na salonach dyplomatycznych krytyka działań Tel Awiwu, za którą nie idą żadne konstruktywne propozycje pomocy, pozostaje ponurą plamą na wizerunku współczesnego świata.
Izrael zmierza ku niekończącej się wojnie w Libanie
Kategorie: Uncategorized

