Uncategorized

Sam Harris for President of the United States

Sam Harris

autor Daniel Clarke-Serret

Nowy Martin Luther King właśnie nadszedł

Sam Harris został poddany próbie i nie okazał się słaby. Jednym esejem, opublikowanym 6 czerwca 2026 roku, stał się liderem naszego ruchu – przywódcą zdroworozsądkowego Zachodu. Teraz nie wolno mu uchylić się przed kolejną odpowiedzialnością: musi wystartować w wyborach na Prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki.

W ostatnich latach bycie proizraelskim stało się zajęciem samotnym. Fanatyzm Hamasu rozlewa się po całym Zachodzie, niszcząc po drodze umysły młodych ludzi. Osoby skądinąd uchodzące za myślące maszerują dziś w ramię w ramię z antysemityzmem i wiwatują w solidarności z nienawiścią. „Palestyńskość” stała się przepustką do kariery i społecznego awansu.

Gdzie to wszystko pozostawiło zdroworozsądkową mniejszość? W najgłębszej rozpaczy i najciemniejszej z paranoi.

Solidarność z jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie stała się niszowym, wręcz marginalnym zajęciem. W tym samym czasie ludzie najbardziej niegodni i moralnie zbankrutowani w historii ludzkości są obsypywani brawami i spowijani w nimb współczucia. Nikt już nie pyta, dlaczego Palestyńczycy nie mają własnego państwa – a nie mają go na własne życzenie, z powodu przemocy i permanentnego odrzucania wszelkich propozycji pokojowych. Nikt nie pyta, dlaczego proces pokojowy legł w gruzach. Odpowiedź jest prosta: ponieważ żaden Izraelczyk, który troszczy się o swoje dzieci, nie byłby w stanie żyć obok tak niebezpiecznego, ludobójczego i skrajnie fanatycznego religijnie tworu.

Takie słowa nie są ani ekstremizmem, ani przejawem okrucieństwa – to stwierdzenie faktów w zimnym świetle historii. Jednak samo ich wypowiedzenie sprawia, że człowiek staje się współczesnym trędowatym. Wyrażenie takich poglądów automatycznie etykietuje cię jako człowieka „prawicy”.

Cała rzesza liberalnych Żydów została zmuszona do sprzymierzenia się z polityką Republikanów tylko po to, by zapewnić sobie choć odrobinę racjonalne stanowisko w kwestii Izraela. Postawiono nas w skrajnie niekomfortowej sytuacji. Musimy głosować na prezydenta, który kłamie, kłamie i bezczelnie kłamie dalej – posuwając się nawet do nieuznania uczciwego wyniku wyborów. I choć Donald Trump w tej konkretnej materii był niewątpliwie lepszy niż obecna wiceprezydent Kamala Harris, to jego chwiejność i brak stałych zasad stają się coraz bardziej oczywiste. W obliczu coraz bardziej izolacjonistycznej i antysemickiej skrajnej prawicy w USA, Izrael pod rządami Trumpa może zostać zdegradowany do roli protektoratu, niemającego innego wyjścia, jak tylko ślepo wykonywać jego polecenia.

Na tym ponurym tle jeden człowiek niezmiennie stoi twardo: liberał i przyjaciel demokracji, zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i na Bliskim Wschodzie. Tym człowiekiem jest Sam Harris. W każdym pytaniu przedkłada rozum nad uprzedzenia, a fakty nad plemienne lojalności. Poparł Izrael nie dlatego, że sam jest Żydem, ale dlatego, że Izrael to demokratyczne społeczeństwo walczące z niewyobrażalnym, dżihadystycznym złem. Wspiera Izrael dokładnie z tych samych powodów, dla których wcześniej bronił Duńczyków czy Francuzów w obliczu terroryzmu wymierzonego w wolność słowa i karykatury. Po prostu w dzisiejszym, przeżartym antysemityzmem klimacie, jakiekolwiek wsparcie dla Żydów stało się tematem tabu (verboten).

Sam Harris to człowiek zasad, który wyżej ceni debatę niż dogmaty, a dyskusję stawia ponad nienawistne marsze. Nie twierdzi, że posiadł absolutną prawdę w każdej sprawie. Uważa jedynie, że dysponuje zestawem argumentów, które zasługują na rzetelną, merytoryczną polemikę. A kiedy jego oponenci nie mają ani faktów, ani intelektualnego potencjału, by mu się przeciwstawić, Harris obnaża ich jako zwykłych szarlatanów.

Sam Harris reprezentuje całą resztę z nas – ludzi dotkniętych polityczną bezdomnością. Nigdy nie staniemy po stronie Lewicy, która stacza się w antysemicką gorączkę. Nigdy też nie staniemy po stronie Prawicy, która dusi się w oparach teorii spiskowych i izolacjonistycznej, rasowej nienawiści. Przestrzeń tuż na prawo od centrum wydaje się jedynym bezpiecznym miejscem, jakie nam pozostało. Jednak dla Żydów i obywateli o innych poglądach politycznych – włączając w to samego Sama Harrisa – ten brak realnego wyboru jest nie do zniesienia. Demokracja wymaga debaty. Debata wymaga odrzucenia plemienności. A to z kolei wymaga powrotu do prawdy, opartej na odrzuceniu dogmatycznych ideologii.

Pytanie nie brzmi, czy Sam ma rację w każdej kwestii. Nigdy tego nie oczekiwał. Jedyne, do czego dąży, to najlepsza możliwa polityka oparta na twardych dowodach. Ameryka zasługuje na swoją dominującą pozycję na świecie nie ze względu na swój rozmiar czy status dolara jako waluty rezerwowej. Jej przyszłość – zarówno na płaszczyźnie moralnej, jak i gospodarczej – opiera się na innowacji zakorzenionej w otwartym umyśle. Naród, który stracił zdolność do autorefleksji, nie zasługuje na miano lidera Wolnego Świata.

Mimo ogromnej przewagi nad swoimi autorytarnymi rywalami, XXI-wieczna Ameryka przeżywa głęboki kryzys moralny. George W. Bush nie nadawał się na prezydenta, Joe Biden tym bardziej. Trump zhańbił swój urząd, z kolei Obama był uosobieniem słabości. Żaden sojusznik – od Danii i Kanady, przez Izrael, aż po Zjednoczone Emiraty Arabskie – nie może im dziś ufać. Każda czerwona linia jest tam po to, by ją przekroczyć, a każda decyzja polityczna może zostać odwrócona z dnia na dzień.

Istnieje jednak inna droga: droga Sama Harrisa. Polega ona na jasnym rozróżnianiu krajów przyzwoitych od tych moralnie podłych. Na wspieraniu demokracji w starciu z dżihadem. Na pomaganiu sojusznikom, którzy mierzą się z wrogami dążącymi do ich eksterminacji. Na popieraniu dążeń państwowych tam, gdzie na to zasłużono, przy jednoczesnym odrzuceniu obecnego, zepsutego oblicza palestyńskiego społeczeństwa.

Sam nie wybierałby sojuszników na podstawie ich religii czy przynależności etnicznej. Gdyby Izrael, Dania czy Kanada stały się tak barbarzyńskie jak Palestyńczycy, odrzuciłby je w mgnieniu oka. Nie ma w nim ślepej, plemiennej lojalności wobec Żydów ani jakiejkolwiek innej grupy. A jednak nigdy nie stanie się „propalestyński”. Jak jakikolwiek liberał mógłby poprzeć kult śmierci?

Gdyby jednak Palestyńczycy przekształcili się w miłujące pokój, tolerancyjne religijnie społeczeństwo, Harris przyjąłby ich z otwartymi ramionami. Ponieważ ani on, ani ja, nie wspieramy żadnego kraju ze względu na więzy krwi czy ślepe przywiązanie. Wspieramy po prostu niedoskonałe dobro w walce z absolutnym złem.

Lewica – a coraz częściej także Prawica – stały się stronnikami terroryzmu i mordu. Opanowali nasze uniwersytety, zniszczyli instytucje i skastrowali media. Sam Harris to ostatnia nadzieja dla Ameryki. Jeśli odpowie na nasze wezwanie i wystartuje w wyborach prezydenckich – a co lepsze, jeśli je wygra – wtedy nawet najbardziej zatwardziały ateista z radością zakrzyknie: „Boże, błogosław Amerykę”.

Sam Harris for President of the United States

Kategorie: Uncategorized

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.