
Autor: John Spencer
Palmer Luckey zyskał niedawno dużą popularność w sieci, twierdząc, że kolejną domeną działań wojennych stanie się podziemie. Ma rację, choć prawdopodobnie w nieco innym sensie, niż zrozumiała to większość odbiorców. Słysząc te słowa, większość ludzi od razu pomyślała o tradycyjnych tunelach, bunkrach czy systemach okopów. Luckey miał jednak na myśli coś znacznie większego: przyszłość, w której pole bitwy na powierzchni ziemi stanie się tak odsłonięte, tak nieustannie monitorowane i tak śmiertelnie niebezpieczne, że siły zbrojne będą zmuszone do prowadzenia manewrów pod jej skorupą. W jego ujęciu wnętrze Ziemi staje się przestrzenią walki w taki sam sposób, w jaki głębiny oceanów stały się nią po rozwinięciu technologii okrętów podwodnych.
Pomysł ten brzmi futurystycznie tylko do momentu, gdy przyjrzymy się współczesnym konfliktom. Na Ukrainie żołnierze coraz częściej ratują życie, schodząc pod ziemię. Linia frontu jest tam bez przerwy monitorowana przez drony światłowodowe, optykę termowizyjną, amunicję krążącą, satelity i artylerię precyzyjną. Jakikolwiek ruch na otwartej przestrzeni może wywołać uderzenie w ciągu zaledwie kilku minut. Siły rosyjskie i ukraińskie reagują na to, kopiąc głębsze systemy okopów, łącząc je sieciami tuneli, głęboko zakopując stanowiska dowodzenia i przenosząc tam kluczowe funkcje wojskowe, gdy tylko jest to możliwe.
Na niektórych odcinkach frontu Rosjanie zbudowali rozległe podziemne korytarze, które funkcjonują niemal jak chronione autostrady logistyczne. W wielu sektorach rosyjscy żołnierze próbowali czołgać się przez opuszczone gazociągi, aby ominąć strefy śmierci kontrolowane przez drony i przeniknąć na pozycje ukraińskie z nieoczekiwanych kierunków. Ukraina odpowiedziała na te wyzwania, przenosząc pod ziemię produkcję dronów, węzły dowodzenia oraz placówki medyczne, aby zapewnić im przetrwanie pod nieustannym ostrzałem. Znaczna część tej wojny już teraz przypomina konflikt podziemny o charakterze pozycyjnym, przerywany jedynie krótkimi zrywami na powierzchni.
Ten sam schemat widać również w innych częściach świata. Hamas zbudował pod Strefą Gazy jeden z najbardziej rozbudowanych podziemnych systemów wojskowych we współczesnej historii. Iran ukrywa swoje systemy rakietowe, centra dowodzenia i infrastrukturę jądrową głęboko pod ziemią, zakładając, że wszystko, co widoczne na powierzchni, zostanie ostatecznie zniszczone. Hezbollah spędził lata na budowie wzmocnionych sieci podziemnych w południowym Libanie, a Chiny od dziesięcioleci inwestują ogromne środki w tysiące kilometrów tego typu infrastruktury. Państwa ukrywają to, co cenią najbardziej, ponieważ współczesne pole bitwy bezwzględnie karze za brak kamuflażu i wystawienie się na widok wroga.
Od obrony do manewru
Wizja Luckeya wykracza jednak daleko poza budowę pasywnych tuneli obronnych czy żelbetowych bunkrów. Armie od dziesięcioleci chowały pod ziemią stanowiska dowodzenia, fabryki czy silosy rakietowe, ponieważ zwiększało to ich szanse na przetrwanie. Luckey mówi jednak o manewrach.
W okresie zimnej wojny zarówno Stany Zjednoczone, jak i Związek Radziecki badały takie koncepcje. Obawiano się wówczas, że broń jądrowa, ostrzał dalekiego zasięgu oraz rozwój technologii szpiegowskich uczynią powierzchnię ziemi zbyt podatną na ataki. Amerykańskie wysiłki skupiały się głównie na przetrwaniu, czego przykładem był podlodowy projekt Iceworm na Grenlandii. Radzieccy planiści poszli jednak o krok dalej, eksperymentując z koncepcją tzw. „Podziemnego Kreta” (Boiewoj Krot) – pojazdu tunelowego o napędzie atomowym, który miał przewiercać się przez lite skały za linię obrony wroga, by niszczyć infrastrukturę, prowadzić sabotaż lub podkładać ładunki wybuchowe.
Wojskowi analitycy od dawna rozumieli, że postęp w systemach wykrywania i sile ognia uczyni otwarte pole bitwy skrajnie niebezpiecznym. Niektórzy wierzyli, że sama skorupa ziemska stanie się nowym teatrem działań, w którym logistyka, broń i siła żywa będą przemieszczać się niewidocznie – analogicznie do okrętów podwodnych manewrujących w toni wodnej. Luckey odniósł się do tego bezpośrednio, zauważając, że dawne supermocarstwa przewidywały moment, w którym „skorupa ziemska zamieni się w przestrzeń bojową”.
Porównanie do floty podwodnej to coś więcej niż metafora. Zanim pojawiły się okręty podwodne, wojny morskie toczyły się wyłącznie na powierzchni, a floty manewrowały całkowicie jawnie. Pojawienie się okrętów podwodnych fundamentalnie zmieniło układ sił, ponieważ pozwalało omijać obronę nawodną i przemieszczać się niezauważalnie pod potężniejszymi eskadrami wroga. Pancernik mógł bezapelacyjnie dominować na powierzchni, a mimo to pozostawał bezbronny wobec zagrożenia, którego nie widział i nie potrafił łatwo zatrzymać. Współczesna wojna lądowa stoi u progu identycznej transformacji.
Lekcja z historii
Przez wieki armie skupiały się na terenie, który mogły fizycznie dostrzec. Rzeki, góry, twierdze, miasta czy linie okopów kształtowały operacje wojskowe. Nawet dziś siły zbrojne marnują ogromne zasoby na przełamywanie pól minowych, forsowanie rowów przeciwczołgowych i zdobywanie umocnień na powierzchni – a współczesne pole bitwy tylko zwielokrotniło te trudności, bo drony transmitują każdy taki ruch w czasie rzeczywistym. Dzisiejsze linie okopów to nic innego jak prymitywna, instynktowna próba przeniesienia manewru pod ziemię w celu ograniczenia strat na powierzchni.
Historia wielokrotnie dowodziła militarnej wartości działań podziemnych. Jednym z najstarszych przykładów jest biblijny opis zdobycia Jerozolimy przez wojska króla Dawida, które przeniknęły do miasta przez podziemny kanał wodny. Podkopy oblężnicze były powszechne w starożytności i średniowieczu, umożliwiając bezpośrednie omijanie murów. Wojna minowa odegrała też gigantyczną rolę w walkach pozycyjnych I wojny światowej, gdzie obie strony drążyły tunele pod liniami wroga, by wysadzać okopy i chronić własnych żołnierzy przed zmasowanym ostrzałem artyleryjskim. Jednak przez większość dziejów podziemie służyło obronie, wycieńczaniu przeciwnika lub lokalnej dywersji – nie zaś szybkiemu manewrowi operacyjnemu.
Podczas wojny w Wietnamie Vietcong wykorzystywał rozległe sieci tuneli (np. Củ Chi), by przetrwać amerykańską nawałę ogniową i manewrować przeciwko technologicznie nadrzędnemu wrogowi. Hamas zaadaptował te zasady w Strefie Gazy na masową skalę. Korzyść operacyjna pozostaje od wieków niezmienna: ruch pod ziemią całkowicie eliminuje wykrycie i namierzenie przez klasyczne środki rażenia.
Dzięki nowym technologiom manewr podziemny może jednak wyjść z fazy statycznej obrony czy powolnego oblężenia i stać się narzędziem dynamicznego przełamania frontu. Armia, która posiądzie zdolność do błyskawicznego drążenia podziemnych korytarzy, stworzy szlaki tam, gdzie dotąd ich nie było. Linie obronne, strefy rażenia kontrolowane przez drony i pilnie strzeżone kordony opierają się na założeniu, że wróg musi poruszać się po powierzchni. Manewr podziemny całkowicie ten paradygmat burzy.
Nawet niedawne potyczki potwierdzają tę tendencję. Podczas operacji „Epic Fury” wrażliwość amerykańskich baz ekspedycyjnych i regionalnej infrastruktury na ataki rakietowe oraz uderzenia dronów dobitnie pokazała, jak ryzykowne jest pozostawanie na powierzchni. Państwa Zatoki Perskiej systematycznie zwiększają inwestycje w ufortyfikowane obiekty i podziemną infrastrukturę energetyczną, zdając sobie sprawę, że tradycyjne rafinerie, centra dowodzenia czy bazy lotnicze są zbyt łatwym celem. Im bardziej przejrzyste i niebezpieczne staje się pole bitwy, tym silniejszy jest pęd ku ucieczce pod ziemię.
Industrializacja podziemia
Kluczowa różnica polega dziś na możliwości industrializacji i autonomizacji tego procesu. Luckey nie ma na myśli saperów kopiących tunele łopatami. Mówi o autonomicznych systemach bezzałogowych, zdolnych do samodzielnego drążenia i poruszania się pod powierzchnią. Wyobraźmy sobie maszyny przemieszczające się pod miastami, granicami i liniami obronnymi, które transportują czujniki, ładunki wybuchowe, systemy łączności, moduły walki elektronicznej, zaopatrzenie, a docelowo również samych żołnierzy.
Wyzwania inżynieryjne są oczywiście gigantyczne. Pod ziemią nie działają systemy GPS ani klasyczna łączność satelitarna i radiowa. Fale elektromagnetyczne ulegają gwałtownemu tłumieniu w skałach, glebie i betonie. Większość systemów wojskowych – od nawigacji po robotykę – stworzono z myślą o powierzchni; w podziemiach stają się one bezużyteczne. Dochodzą do tego problemy ze zmienną gęstością gruntu, odprowadzaniem ciepła, ryzykiem zawałów, wodami gruntowymi, wentylacją i zasilaniem. Przede wszystkim zaś – samo drążenie jest wciąż niezwykle wolne w porównaniu z tempem marszu na powierzchni.
Jednak dokładnie te same argumenty wysuwano niegdyś przeciwko okrętom podwodnym, lotnictwu czy czołgom. Przełomowe technologie wojskowe zawsze wydają się niepraktyczne, dopóki konieczność operacyjna, rywalizacja mocarstw i realny konflikt nie przyspieszą innowacji znacznie bardziej, niż zakładały analizy z czasów pokoju.
Elon Musk dotknął tego problemu, zakładając The Boring Company. Musk argumentował, że współczesna technologia drążenia rozwija się w tempie ślimaka w stosunku do potrzeb wielkich projektów infrastrukturalnych i wielokrotnie podkreślał potrzebę radykalnego zwiększenia prędkości pracy maszyn TBM. Choć skupiał się na komercyjnym transporcie, implikacje wojskowe są uderzające. Jeśli prędkość drążenia drastycznie wzrośnie, a systemy autonomiczne wyeliminują ryzyko dla ludzi, charakterystyka konfliktów zbrojnych zmieni się bezpowrotnie.
Wyobraźmy sobie autonomiczne systemy wiertnicze zrzucane z powietrza lub wprowadzane wiele kilometrów przed linią obrony wroga – na terytorium państwa ościennego lub z morza. Zamiast krwawego szturmu na umocnienia pod okiem kamer z dronów, maszyny te po prostu podkopują się pod pozycjami przeciwnika. Są w stanie rozmieścić pod ziemią czujniki, ładunki wybuchowe czy węzły komunikacyjne, podczas gdy obrona wroga pozostaje skupiona na obserwowaniu nieba i horyzontu. Podczas gdy dziś żołnierze desperacko pełzają rurami gazowymi, by przeżyć, armie przyszłości będą dostarczać roboty, pojazdy i zaopatrzenie za pomocą wyspecjalizowanych maszyn podziemnych, tworząc zupełnie nowe, niewidoczne korytarze operacyjne.
Obecnie uwaga dowódców kieruje się głównie w górę – ku dronom. Skanują oni niebo, dachy, sygnatury elektromagnetyczne i dane satelitarne. Wojna na powierzchni staje się z roku na rok coraz bardziej transparentna i zabójcza. Manewr podziemny uderza w te schematy, wykorzystując jedyną przestrzeń, której wciąż nie da się stale i skutecznie monitorować z powietrza.
Podczas gdy na świecie trwa już zaciekły wyścig zbrojeń w domenie dronów, najwyższy czas na rozpoczęcie równoległego wyścigu pod ziemią. Państwo, które jako pierwsze dostrzeże ten trend i zainwestuje w technologię, inżynierię, autonomię, nawigację podziemną oraz odpowiednią doktrynę, zyska decydującą przewagę strategiczną – zanim inni w ogóle zorientują się, że pole bitwy ucieka im spod stóp.
Kolejny obszar działań wojennych znajduje się pod ziemią
Kategorie: Uncategorized

