
Joshua Hoffman
Rosnąca presja wywierana na nich na świecie wykroczyła już daleko poza granice państwa żydowskiego.
Od 7 października daleko poza granicami samego Izraela dzieje się coś niebezpiecznego: bycie Izraelczykiem coraz częściej traktowane jest nie jako kwestia przynależności narodowej, lecz jako publiczne oskarżenie.
Na uniwersytetach, w branży rozrywkowej, na arenach sportowych, w restauracjach, podczas konferencji naukowych i w instytucjach kulturalnych Izraelczycy przebywający za granicą stali się obiektem nękania, zastraszania, bojkotów, kampanii doxingu, publicznego piętnowania, testów lojalności ideologicznej oraz gróźb. Nie z powodu czegoś, co osobiście zrobili, ale dlatego, że są Izraelczykami – a Żydzi z diaspory muszą zrozumieć, co się dzieje, zanim sytuacja ta stanie się normą.
Przez dziesięciolecia wielu Żydów spoza Izraela postrzegało państwo żydowskie jako dalekiego kuzyna – być może bliskiego emocjonalnie, być może skomplikowanego politycznie, ale wciąż geograficznie oddalonego od ich codziennego życia. 7 października i jego następstwa zburzyły tę iluzję. Atak Hamasu nie był skierowany wyłącznie przeciwko Izraelczykom na miejscu. Uruchomił on globalny mechanizm społecznego ostracyzmu skierowany nie przeciwko polityce Izraela czy izraelskiemu rządowi, ale przeciwko wszystkim Izraelczykom na całym świecie. Mowa tu o izraelskich sportowcach, muzykach, profesorach, kucharzach, artystach, filmowcach, kadrze kierowniczej, właścicielach firm, prelegentach, studentach i zwykłych cywilach. Stara fantazja, że istnieje wyraźna granica oddzielająca „antysyjonizm” od wrogości wobec prawdziwych Izraelczyków, rozpadła się na oczach opinii publicznej.
Warto przyjrzeć się temu, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach.
Deni Avdija, zawodnik drużyny Portland Trail Blazers z ligi NBA, stał się symbolem tego, jak obecnie traktowane są izraelskie osobistości na arenie międzynarodowej. Od 7 października nasiliły się skierowane przeciwko niemu przejawy antysemityzmu – zarówno w halach sportowych, jak i w internecie – a nawet jego przełomowe osiągnięcia uległy upolitycznieniu. Kiedy na początku tego roku Avdija został pierwszym izraelskim uczestnikiem Meczu Gwiazd NBA, uznany reżyser Spike Lee pojawił się na tym wydarzeniu w ubraniu o wyraźnie „propalestyńskim” charakterze, zamieniając święto sportu w kolejną okazję do manifestacji politycznych wymierzonych w izraelskiego sportowca. Podczas ostatnich rozgrywek play-off napięcie jeszcze bardziej wzrosło, gdy Avdija starł się ze Stephonem Castle’em z San Antonio podczas czwartego meczu pierwszej rundy – po tym, jak Castle rzekomo wygłosił antyizraelskie uwagi, co doprowadziło do przepychanek i podwójnych fauli technicznych. Avdija opisał później to zachowanie jako „obraźliwe”.
To, co rzuca się w oczy, to nie tylko krytyka polityki państwa, ale rosnące przekonanie, że izraelscy sportowcy powinni być traktowani przede wszystkim jako symbole polityczne, a dopiero potem jako ludzie. To wzorzec, który wykracza daleko poza koszykówkę. Izraelscy piłkarze w całej Europie wymagają wzmożonej ochrony. Izraelskie drużyny rywalizują w atmosferze gróźb i protestów. Kibice niosący izraelskie flagi bywają atakowani w miastach, które z dumą reklamują się jako „inkluzywne”. Przesłanie, które Izraelczycy coraz częściej otrzymują za granicą, jest proste: mogą Państwo uczestniczyć w życiu publicznym, ale tylko pod warunkiem, że przeproszą Państwo za samo swoje istnienie.
Świat sztuki stał się równie wrogi. Izraelscy muzycy i artyści mierzą się z zakłóceniami koncertów, odwoływaniem występów i kampaniami zastraszania. Izraelski piosenkarz David D’Or został zaatakowany w Warszawie, gdy protestujący wtargnął na scenę z flagą palestyńską i oblał go czerwoną farbą w trakcie występu.
Konkurs Piosenki Eurowizji, niegdyś przedstawiany jako święto muzyki ponad polityką, stał się jednym z najbardziej jaskrawych przykładów tego zjawiska. Napięcia związane z udziałem Izraela dramatycznie nasiliły się w ciągu ostatnich dwóch lat i osiągnęły szczyt w tym roku, kiedy pięć krajów wycofało się lub odmówiło udziału w proteście przeciwko dopuszczeniu Izraela do konkursu. Doprowadziło to do największego kryzysu spowodowanego bojkotem politycznym w historii Eurowizji. Tegoroczny izraelski uczestnik, Noam Bettan, był śledzony przez demonstrantów w Wiedniu i otwarcie mówił o tym, że podczas prób towarzyszyły mu gwizdy. Dyrektor Eurowizji, Martin Green, publicznie przyznał, że konkurs przechodzi „trudny okres”.
Warto zastanowić się nad psychologiczną nienormalnością tej sytuacji: piosenkarz musi ćwiczyć występy w atmosferze nienawiści tylko dlatego, że reprezentuje państwo żydowskie. To nie jest zwykła krytyka polityczna – to zbiorowy lincz społeczny.
Izraelscy profesorowie i naukowcy doświadczają podobnego traktowania. Shai Davidai zyskał międzynarodowy rozgłos po konfrontacji z władzami Uniwersytetu Columbia w sprawie antyizraelskiego ekstremizmu na kampusie. Został później zawieszony w prawach wstępu na kampus w atmosferze ogromnych napięć związanych z rocznicą 7 października i antyizraelskimi demonstracjami. W szerszym ujęciu izraelscy naukowcy zgłaszają nasilające się od 7 października przypadki wykluczenia, nękania, odwoływania wykładów i ostracyzmu podczas międzynarodowych konferencji. Sam izraelski paszport staje się w ten sposób piętnem.
Szefowie kuchni i restauratorzy mierzą się z bojkotami i internetowym hejtem. Przed restauracjami należącymi do Izraelczyków gromadzą się protestujące tłumy. Od artystów i filmowców wymaga się publicznego potępienia Izraela jako warunku akceptacji zawodowej. Nawet milczenie już nie wystarcza. Od Izraelczyków oczekuje się wykonywania ideologicznych rytuałów pokuty, by mogli po prostu uczestniczyć w normalnym życiu społecznym.
Najbardziej niepokojący jest jednak wzrost zorganizowanych działań mających na celu ujawnianie danych osobowych (doxing). Zarówno w Australii, jak i w Kanadzie w sieci krążą listy identyfikujące Żydów i Izraelczyków – w tym przedsiębiorców, aktywistów i zwykłych członków społeczności – którym towarzyszą oskarżenia, kampanie zastraszania oraz wezwania do bojkotu. Szczególnie w Australii odnotowano liczne doniesienia o nasilającym się antysemityzmie, nękaniu i wykluczeniu.
Z perspektywy historycznej Żydzi powinni natychmiast dostrzec to niebezpieczeństwo: społeczeństwa stają się niebezpieczne na długo przed tym, zanim dojdzie do fizycznej przemocy. Proces ten zazwyczaj rozpoczyna się na płaszczyźnie społecznej: przez izolację, upokorzenie, ataki ekonomiczne, publiczne piętnowanie, delegitymizację moralną, wykluczenie zawodowe oraz normalizację zbiorowej odpowiedzialności.
Przerażające jest nie tylko to, że ekstremiści dopuszczają się takich zachowań, ale także to, jak wiele instytucji je toleruje. Uniwersytety przymykają na nie oczy. Organizacje kulturalne je racjonalizują. Media je łagodzą. Ruchy aktywistów je usprawiedliwiają. Środowiska zawodowe je normalizują. A Izraelczycy za granicą zostają z tym wszystkim sami. Właśnie dlatego Żydzi z diaspory muszą teraz – bardziej niż kiedykolwiek – wspierać Izraelczyków. Żaden Żyd nie powinien akceptować świata, w którym Izraelczycy są zbiorowo atakowani.
Żydzi z diaspory nie mogą zrzucić tej odpowiedzialności na dyplomatów, kampanie public relations czy agencje bezpieczeństwa. To moment decydujący dla całej cywilizacji żydowskiej. To, co dzieje się dziś z Izraelczykami, rzadko ogranicza się wyłącznie do nich. Historia wielokrotnie pokazała, że wrogość wobec państwa żydowskiego często przeradza się w wrogość wobec Żydów, którzy nie chcą się od niego jednoznacznie zdystansować. Wymagania stawiane Żydom w diasporze po cichu ewoluują w kierunku coraz ostrzejszych potępień, coraz głośniejszych przeprosin i ciągłego udowadniania swojej moralnej wartości. A ostatecznie i tak okazuje się, że to za mało.
7 października obnażył coś, w co wielu Żydów desperacko chciało wierzyć, że już zniknęło: tempo, w jakim Żydzi mogą ponownie stać się społecznie zagrożeni w rzekomo oświeconych społeczeństwach. Izraelczycy stoją dziś na pierwszej linii tego frontu, co stawia Żydów z diaspory przed wyborem: traktować Izraelczyków jak wstydliwy problem, od którego należy się odciąć, czy jak rodzinę, przy której należy stanąć.
Nie chodzi już tylko o politykę. Chodzi o to, czy pozwolimy, by publiczna dehumanizacja Izraelczyków stała się stałym elementem zachodniego życia, oraz czy żydowska solidarność nadal coś znaczy, gdy staje się niewygodna.
Przez pokolenia Żydzi z diaspory wspierali Izrael przede wszystkim na odległość. Sadzili drzewa za pośrednictwem organizacji charytatywnych. Przekazywali pieniądze podczas wojen i kryzysów. Kupowali izraelskie obligacje. Odwiedzali Jerozolimę, pływali w Morzu Martwym, wysyłali dzieci na wycieczki w ramach programu Birthright, a w synagogach wywieszali biało-niebieskie flagi. Izrael był czymś, co wielu głęboko kochało, ale z bezpiecznego dystansu. Wsparcie oznaczało pomaganie Izraelczykom tam.
Ten model w obecnej sytuacji już nie wystarcza, ponieważ Izraelczycy nie znajdują się pod presją wyłącznie w swoim kraju. Są pod presją w Nowym Jorku, Londynie, Toronto, Sydney, Paryżu, Los Angeles oraz na kampusach i w instytucjach kulturalnych na całym Zachodzie.
Solidarność żydowska musi stać się lokalna, widoczna i wpleciona w codzienność. Wspieranie Izraelczyków oznacza dziś świadome zaangażowanie na rzecz ich społeczności, biznesu, kultury i twórczości – niezależnie od tego, gdzie się znajdują. Warto częściej jadać w izraelskich restauracjach, kupować izraelskie produkty w supermarketach, chodzić na pokazy tamtejszych filmów, kupować izraelskie książki, słuchać izraelskich muzyków, zapraszać prelegentów i promować artystów.
Nie chodzi tu o politykę performatywną; chodzi o to, by nie dopuścić do społecznej izolacji Izraelczyków na Zachodzie i w każdym innym miejscu na świecie.
Pod wieloma względami jest to powrót do historycznych korzeni: solidarności gospodarczej, wspólnotowej i kulturowej. Żydzi przetrwali przez wieki nie tylko dzięki wierze, ale także dlatego, że budowali sieci wzajemnego wsparcia wystarczająco silne, by przetrwać we wrogim otoczeniu. Izraelczycy za granicą potrzebują dziś dokładnie tego samego ekosystemu – nie abstrakcyjnej sympatii czy sporadycznych wyrazów współczucia po kolejnych kryzysach, ale prawdziwej obecności i realnej przyjaźni. Nawet jeśli wiąże się to z kosztami społecznymi.
Wspierać Izrael to wspierać Izraelczyków
Kategorie: Uncategorized

