
Anne Goldschmid
Czyli jak zacząć historię od ostatniej bomby i udawać, że nie było wcześniejszych 80-u lat.
Obserwując relacje z Polski coraz wyraźniej widzę, jak osobliwie wygląda część polskiej rozmowy o Izraelu. Tutaj, we Francji także jest nad wyraz emocjonalnie, także jest antysemityzm i środowiska, które nie rozliczają Izraela z konkretnych działań lecz z samego faktu, że istnieje. Ale równocześnie istnieją jeszcze dzienniki, gazety, analizy, rozmowy z ludźmi, którzy naprawdę coś wiedzą. Z ludźmi, którzy potrafią odróżnić Liban od Gazy, Hezbollah od Hamasu, Palestyńczyków od irańskiej osi wpływów, a historię od komentarza pisanego w trzy minuty pod wpływem obrazka z ruinami.
W polskiej rozmowie o świecie zbyt często widzę święty zapał bez elementarnych faktów i tę szczególną pewność sądu, która pojawia się tam, gdzie brakuje historycznej głębi. Można więc przez kilka dni roztrząsać występ reprezentanta Izraela w Eurowizji, nazwisko jurorki, minę piosenkarza, napompowane tytuły pod publikę i pytania brukowców kto i jak zagłosował na Izrael, jakby od tego zależały losy świata. Można sobie pompować sezonowe oburzenie, rozdmuchiwać każdą bzdurę, a jednocześnie nie umieć wytłumaczyć, czym jest Hezbollah, skąd wziął się w Libanie, dlaczego Libańczycy nie są proizraelscy, ale dlaczego Liban nie jest też po prostu Hezbollahem. I wtedy zostaje najprostszy gotowiec: „znowu winny jest Izrael”. Oto właśnie poziom wiedzy bzburzonych internautów.
Muszę uczciwie powiedzieć – tak, to naprawdę może wyglądać na wielką winę Izraela. Jeśli ktoś patrzy tylko wyłącznie na ostatni obraz, na zniszczone domy, na uciekających cywilów – to widzi Izrael jako agresora i Liban jako ofiarę. Ale to niepełny obraz. A w sprawach Bliskiego Wschodu ta niepełna prawda bywa czasem bardziej trująca niż kłamstwo.
Libańczycy nie są proizraelscy i trudno oczekiwać, żeby byli. Pamiętają o izraelskich nalotach, o okupacji południowego Libanu, o wojnie 1982 roku. Pamiętają bombardowany Bejrut zniszczenia i strach. Dla zwykłego człowieka historia nie zaczyna się od wojskowego komunikatu ani od analizy bezpieczeństwa, tylko się od tego, że ktoś każe mu uciekać z domu, że nad jego głową lecą samoloty i że dziecko nie pójdzie do szkoły, bo droga jest zamknięta, albo nagle cała wieś staje się mapą wojskową. Dlatego libańska niechęć do Izraela nie wzięła się znikąd i nie jest wyłącznie produktem propagandy. Ma wytłumaczenie we własnej pamięci i grobach. Ale to jest dopiero połowa prawdy.
Druga połowa jest taka, że Izrael nie wszedł do Libanu dlatego, że pewnego dnia postanowił zaatakować spokojne państwo żyjące sobie nad Morzem Śródziemnym w atmosferze kawy, cedrów i poezji. Ten obraz niewinnego Libanu jest piękny, ale fałszywy. Od lat 70-tych Liban, szczególnie jego południe, był używany jako baza do ataków na Izrael przez palestyńskie organizacje zbrojne, zwłaszcza po tym, jak OWP została wypchnięta z Jordanii po Czarnym Wrześniu. To jeszcze nie był Hamas. Hamas powstał dopiero później. Ale palestyńska wrogość wobec Izraela była już wtedy faktem politycznym, militarnym i terrorystycznym. Izrael nie walczył wtedy z Hamasem, tylko z OWP i innymi strukturami palestyńskimi, które przeniosły część swojej wojny na terytorium słabego, rozbitego Libanu.
Żeby to zrozumieć, trzeba wrócić do samego początku. Izrael ogłosił niepodległość 14 maja 1948 roku. Następnego dnia wojska arabskie zaatakowały terytorium dawnego Mandatu Palestyńskiego. Amerykański Office of the Historian opisuje, że wojna arabsko-izraelska 1948 roku wybuchła po inwazji pięciu państw arabskich bezpośrednio po ogłoszeniu niepodległości Izraela. Czyli już w pierwszym dniu istnienia państwo żydowskie nie zostało skonfrontowane z „krytyką izraelskiej polityki”, tylko z wojną o przetrwanie.
Liban nie był najważniejszym frontem tej wojny, ale był częścią szerszego arabskiego sprzeciwu wobec powstania Izraela. I to jest ważne, bo późniejszej historii Libanu i Izraela nie można zaczynać od 1982 roku. To jest właśnie jedno z największych kłamstw dzisiejszego sporu: zaczynać opowieść w chwili, gdy Izrael odpowiada siłą, a wszystko wcześniejsze chować pod dywan. A przecież były:
– wojny arabskie przeciw Izraelowi,
– odmowa uznania żydowskiej suwerenności,
– militaryzacja palestyńskiego ruchu narodowego,
– ataki na izraelskich cywilów, – bazy zbrojne poza kontrolą normalnego państwa.
Dopiero potem były izraelskie inwazje, naloty i okupacja południowego Libanu.
Liban był przy tym państwem szczególnie kruchym, wielowyznaniowym, sekciarskim i rozbitym między wspólnoty, partie, klany, milicje i obcych patronów. Od 1975 roku pogrążał się w wojnie domowej. Tak więc państwo libańskie istniało na papierze, miało flagę, rząd i instytucje, ale jego suwerenność była dziurawa. Kiedy państwo nie kontroluje własnego terytorium, bardzo szybko ktoś inny zaczyna używać tego terytorium jak broni. W Libanie najpierw robili to Palestyńczycy z OWP i innych organizacji. Potem robił to Hezbollah. A za Hezbollahem coraz wyraźniej stał Iran.
W 1978 roku Izrael przeprowadził operację Litani w południowym Libanie. Bezpośrednim pretekstem była masakra izraelskich cywilów na drodze nadmorskiej, dokonana przez palestyńskich terrorystów, którzy przedostali się z Libanu. Izrael chciał odepchnąć OWP od granicy i stworzyć pas bezpieczeństwa. Można i trzeba powiedzieć, że to była izraelska inwazja. Ale nie wolno powiedzieć: to była inwazja bez kontekstu. Poprzedzały ją ataki prowadzone z terytorium Libanu. I właśnie ta różnica znika dziś najczęściej w europejskich dyskusjach. Zostaje tylko ostatnia scena, bez pierwszego aktu.
Rok 1982 stał się dla Libańczyków najgłębszą raną. Izrael rozpoczął wielką inwazję na Liban, po to, by zniszczyć infrastrukturę OWP, odsunąć palestyńskie siły od granicy i zakończyć ataki na północ Izraela. Wojska izraelskie doszły aż do Bejrutu. Z izraelskiej perspektywy to była wojna z organizacją, która uczyniła z Libanu zaplecze walki z państwem żydowskim. Z libańskiej perspektywy natomiast – to była wojna na ich ziemi, naloty, oblężenie, upokorzenie, śmierć cywilów oraz późniejsza długoletnia izraelska obecność na południu kraju. I tu nie da się uciec w wygodne slogany. Izrael miał realny problem bezpieczeństwa a Liban realnie zapłacił za tę odpowiedź krwią własnych obywateli.
Właśnie z tego kontekstu wyrósł Hezbollah. (Widzę jak polscy internauci się mylą co do podstawowych faktów, dlatego o tym piszę) A Hezbollah to nie są Palestyńczycy ani Hamas, OWP czy Fatah. Hezbollah jest libańską szyicką organizacją polityczno-wojskową, powstałą na początku lat osiemdziesiątych, w czasie libańskiej wojny domowej i po izraelskiej inwazji, oczywiście przy silnym wsparciu Iranu. Hezbollah to wspierana przez Iran szyicka milicja i partia polityczna, która w Libanie działa jak „państwo w państwie”; ruch ten wyłonił się podczas libańskiej wojny domowej po izraelskiej inwazji w 1982 roku.
Hezbollah wyrósł na kilku warstwach naraz. Na izraelskiej obecności w południowym Libanie, którą zamienił w mit „oporu”. Na poczuciu marginalizacji libańskich szyitów. Na wojnie domowej, która rozbiła państwo na sekciarskie kawałki. I na irańskich pieniądzach, broni, szkoleniu oraz ideologii po rewolucji islamskiej 1979 roku. To jest bardzo ważne: Hezbollah nie jest po prostu „głosem Libanu”. Jest produktem libańskiej słabości, szyickiej mobilizacji, izraelskiej okupacji południa i irańskiej strategii. Mówi językiem libańskiego oporu, ale oddycha płucami Teheranu.
Kiedy Izrael wycofał się z południowego Libanu w 2000 roku, Hezbollah nie rozbroił się i nie oddał państwu prawa do decydowania o wojnie i pokoju. Przeciwnie. Zachował arsenał, rozbudował struktury społeczne, polityczne, medialne i militarne. W normalnym państwie partia ma zawsze swój program, wyborców i polityków. Hezbollah ma to wszystko, ale ma też własną armię. A partia z własną armią nie jest już partią a państwem równoległym. I to państwo równoległe ma patrona w Teheranie.
W 2006 roku Hezbollah zaatakował izraelski patrol przy granicy, zabił izraelskich żołnierzy i porwał dwóch kolejnych. Izrael odpowiedział dużą kampanią wojskową w Libanie. Britannica opisuje początek wojny 2006 roku jako konsekwencję transgranicznego ataku Hezbollahu: ostrzału północnego Izraela, zabicia izraelskich żołnierzy i uprowadzenia dwóch z nich. I znowu mechanizm był ten sam: organizacja zbrojna działająca z Libanu uderza w Izrael, Izrael odpowiada na terytorium Libanu, a libańscy cywile płacą cenę wojny, której państwo libańskie niestety nie kontroluje.
Dlatego porównanie tutaj Libanu z Iranem jest zarówno ciekawe jak i bolesne. W Iranie część społeczeństwa może patrzeć na Izrael jako na siłę uderzającą w reżim, którego sama nienawidzi: ajatollahów, Strażników Rewolucji, aparat represji. Dla wielu Irańczyków pierwszym wrogiem nie jest Izrael, tylko własna Republika Islamska. W Libanie jest inaczej. Tam wielu ludzi też ma dość Hezbollahu, ale izraelska odpowiedź spada na libańską ziemię. Libańczyk może wiedzieć, że Hezbollah jest katastrofą dla jego państwa, a jednocześnie nie mieć żadnego powodu, by czuć wdzięczność wobec Izraela. Bo to jego wieś jest bombardowana, jego droga jest niszczona i to jego rodzina musi uciekać.
I właśnie dlatego trzeba mówić o libańskim społeczeństwie ostrożnie. Liban nie jest proizraelski. Ale Liban nie jest też Hezbollahem. To kraj podzielony sekciarsko, politycznie i emocjonalnie. Są szyici, sunnici, chrześcijanie, Druzowie, środowiska świeckie, ludzie związani z partiami i tacy, którzy chcą tylko żyć bez kolejnej wojny. Część społeczeństwa uważa Hezbollah za „opór”. Część widzi w nim irańską okupację od środka. Część boi się mówić. Część nienawidzi Izraela, ale nie chce umierać za Teheran. Liban nie mówi jednym głosem. I właśnie dlatego tak łatwo jest go zniszczyć.
Dzisiaj widzimy najnowszy rozdział tej samej powtarzającej się historii. Iran ma swoje narzędzia nacisku: program nuklearny, cieśninę Ormuz, sieć organizacji zależnych w regionie. W Libanie takim narzędziem jest Hezbollah. Mimo zawieszenia broni rozpoczętego w kwietniu i przedłużonego do czerwca, nadal trwają izraelskie uderzenia i ataki Hezbollahu; libańskie ministerstwo zdrowia podaje ponad 3000 zabitych, a ponad milion ludzi zostało przesiedlonych. Wczoraj, 18 maja 2026 roku, mimo przedłużenia rozejmu wojna Izraela z Hezbollahem trwa nadal, z izraelskimi nalotami w południowym Libanie i atakami Hezbollahu na siły izraelskie.
To właśnie trzeba wytłumaczyć tym, którzy mówią: „wszystkiemu winny jest Izrael”. Nie, wszystkiemu nie jest winny Izrael. Izrael jest państwem, które od pierwszego dnia swojego istnienia żyje w logice oblężenia i wie, że zaniechanie odpowiedzi bywa w tym regionie zaproszeniem do następnego ataku. Można krytykować konkretne decyzje izraelskich rządów, można pytać o skalę operacji wojskowych, można pamiętać, że dla Libańczyków wojna 1982 roku i okupacja południa są realną raną. Ale nie wolno z tej rany robić dowodu, że cała historia zaczęła się od izraelskiej bomby. Izrael jest częścią dramatu Libanu,ale nie jego początkiem.
Największe kłamstwo polega na tym, że zaczyna się opowieść zawsze od izraelskiej odpowiedzi. W gazetach natychmiast zdjęcia cywila uciekającego przed bombą. A wcześniej? A wcześniej? Lepiej byłoby dla gazet żeby tego „wcześniej” nie było, więc produkują niebyt: armii arabskich w 1948 roku, OWP w Libanie, ataków z południowego Libanu, wojny domowej. Nie ma też Hezbollahu, Iranu, rakiet, porwanych żołnierzy, całych dekad wrogości wobec Izraela, która zaczęła się długo przed Hamasem i trwa już właściwie przez kolejne pokolenia. Jest tylko Izrael, który „znowu atakuje”. I najważniejsze: w takiej postawie nie ma analizy, zamiast niej jest polityczna stenografia dla cudzej propagandy i nagłówka.
Liban nie jest Gazą ani Iranem. Liban nie jest też jednym wielkim Hezbollahem. Jest krajem, który od dekad nie potrafi odzyskać pełnego prawa do decydowania o wojnie i pokoju. Bez monopolu na broń, a więc monopolu na pokój. Owszem, może mieć hymn, flagę, prezydenta, parlament i ambasadorów, ale jeśli jedna organizacja ma własną armię i patrona w Teheranie, to suwerenność staje się mniej niż częściowa. Hezbollah jest właśnie takim mechanizmem: libańskim w zakorzenieniu, szyickim w bazie społecznej, irańskim w strategicznej lojalności i antyizraelskim w ideologii.
Dlatego odpowiedź na pytanie, czy Izrael napadł na Liban, brzmi: tak, Izrael wchodził do Libanu, bombardował Liban i okupował południe Libanu. Ale odpowiedź na pytanie, czy Izrael zrobił to bez powodu, brzmi: nie. Z terytorium Libanu przez dekady działały organizacje zbrojne atakujące Izrael – najpierw palestyńskie, potem Hezbollah. I to jest właśnie ta różnica, której brakuje w polskiej prasie, bądź rozmowie. Można uznać libańską krzywdę, nie fałszując przyczyn wojny. I można rozumieć niechęć Libańczyków do Izraela, nie usprawiedliwiając Hezbollahu. Można również bronić prawa Izraela do obrony, nie udając, że libański cywil nie cierpi.
Liban jest dramatem ludzi, którzy mogą nie kochać Izraela i mają do tego własne historyczne powody. Ale coraz więcej z nich rozumie też, że Hezbollah nie jest ich zbawieniem. To rachunek wystawiony za słabe państwo, cudze wojny, Iran i własną historię. Izrael może być dla nich źródłem strachu, ale Hezbollah jest mechanizmem, który ten strach wciąż od nowa uruchamia. I dlatego libański dramat jest tak okrutny: człowiek może nienawidzić izraelskich nalotów, a jednocześnie wiedzieć, że bez Hezbollahu tych nalotów mogłoby nie być.
Patrząc z Francji na polskie dyskusje, coraz częściej mam wrażenie, że problemem nie jest już tylko antyizraelskie nastawienie. Problemem jest historyczna płycizna, która daje temu nastawieniu gotowe alibi. Kto nie zna historii, ten łatwo bierze ostatni obrazek za całą prawdę. Kto nie odróżnia OWP od Hezbollahu, Hezbollahu od Hamasu, Libanu od Gazy, Iranu od społeczeństwa irańskiego, ten będzie zawsze powtarzał najłatwiejsze zdanie: „Izrael znowu winny”. W ten sposób nie opisuje się rzeczywistości, a czyta się gotowiec.
Izrael pozostawił w historii Libanu bolesny ślad – przez wojny, operacje wojskowe i okupację południa. Libańczycy mają prawo o tym pamiętać. Ale pamięć nie może zastępować chronologii, bo ta historia nie zaczęła się od izraelskich czołgów a od odmowy uznania państwa żydowskiego, od ataków arabskich armii, od palestyńskiej militaryzacji libańskiego terytorium, od słabości Libanu, z której najpierw korzystała OWP, a później Hezbollah, i od irańskiej decyzji, by prowadzić własną wojnę cudzymi rękami i cudzym kosztem.
Dla wielu ludzi „wielką winą Izraela” nie jest ta czy inna operacja wojskowa, rząd, czy decyzja armii. Wielką winą Izraela jest to, że istnieje. A jeszcze dokładniej to, że mieszkają w nim Żydzi, którzy po dwóch tysiącach lat cudzej łaski, cudzych pogromów, cudzych granic i cudzych wyroków postanowili mieć własną armię, własne państwo i własne prawo do obrony.
I tego właśnie wielu mu nie wybacza. Świat potrafi oswajać cudzą przemoc, jeżeli jest dostatecznie odległa albo politycznie wygodna. Potrafi przechodzić do porządku dziennego nad wojnami, które nie burzą jego ulubionych wyobrażeń. Ale Izrael burzy wyobrażenie szczególne: o Żydzie jako kimś, kto może być opłakiwany, wspominany, muzealizowany, lecz nie powinien odpowiadać siłą. Żyd, który ma własne państwo, armię, granicę i prawo do obrony, staje się dla wielu nie do zniesienia. Dlatego za każdym razem, gdy Izrael uderza, z pola widzenia znikają wcześniejsze ataki, OWP, Hezbollah, Iran, rakiety, porwani żołnierze i cała historia państwa, które od pierwszego dnia musiało walczyć o przetrwanie.
Zostaje tylko jedno: Żydzi, którzy ośmielili się nie umrzeć po cichu. To jest właśnie ta ich „wielka wina Izraela”.
Wszystkie wpisy Ani TUTAJ
Kategorie: Uncategorized

