
Autor: Jan Hartman
Ameryka nie może być już bardziej dosłowna. Wycofanie części żołnierzy z Europy, w tym również z Polski – i to w czasie, gdy zbierają się nad nami czarne chmury – oznacza jedno: gdy Rosja zaatakuje, Amerykanie nie poświęcą swoich ludzi w naszej obronie. Dadzą sprzęt, oprogramowanie, informacje, być może wezmą odpowiedzialność za jakieś strategicznie istotne dla siebie miejsca, ale na pewno nie wyślą wojska do walki o Łotwę czy przesmyk suwalski. Rosjanie wkrótce to sprawdzą. Uszczknięcie czegoś małego w „Pribałtykach”, by przetestować naszą determinację, jest tylko kwestią czasu. A że determinacja z naszej strony wprawdzie będzie, ale okaże się mniejsza niż mułowaty upór Rosji, nieliczącej się ze stratami w ludziach, to w końcu będziemy musieli dać za wygraną. Tak jak w sprawie Ukrainy, której Rosja nie odpuści, zanim nie osadzi w Kijowie jakiegoś wielkoruskiego księcia, carskiego wasala. A że wszystko to będzie „tymczasowe” i „nieuznawane”? To akurat ma najmniejsze znaczenie. Czy coś dzisiaj nie jest tymczasowe i niestałe?
Również Ameryka jest krajem niepewnym i niestabilnym, mającym złożone i niejednoznaczne stosunki z pozostałymi mocarstwami. Mniejsze państwa są dla niej jedynie pionkami na szachownicy. Gra nimi w starciu z Chinami, Rosją czy Indiami. W innych krajach mocarstwa mają swoich ludzi i swoje interesy – i jednych, i drugie będą wspierać, nie oglądając się na prawo czy choćby na godność suwerennych narodów i rządów. W Polsce mają kumpli, więc gdy jeden z nich ma kłopoty, po prostu biorą go pod swoje skrzydła. Zwykła rzecz.
A myśleliśmy już, że świat odszedł od swoich brutalnych zasad. Może i tak było przez jakiś czas, ale to się skończyło. Z idealistycznego wzmożenia, które ogarnęło Zachód po wojnie, a potem na nowo po roku 1968 i 1989, prawie nic już nie zostało. Mogą sobie biurokraci unijni, Macron albo Merz gadać, co chcą. Prawie nikt tego nie słucha, a większość Europejczyków nawet nie wie, kim są ci panowie. Epoka internetu, mediów społecznościowych i AI jest do bólu pragmatyczna, a do moralnych uniesień i innych wyższych ideałów opinia publiczna, stukająca bez przerwy w ekrany telefonów, odnosi się z irytacją, a najczęściej wcale. Można sobie czasem coś pohejtować (i raczej nie będzie to Putin), ale tak tylko – dla ożywienia własnego profilu. Zresztą, nie ma już czegoś takiego jak opinia publiczna. Są trendy, zasięgi, prywatny lans. Ale opinia? I to w dodatku publiczna?
Nie ma co zaklinać rzeczywistości i mielić ozorem. I tak wszyscy wiedzą, że tak, jak jest teraz, już nie będzie. Coś „dupnie”, ale co i jak – tego nie wiadomo. Jakaś wojna będzie, ale jaka? Nie mamy na nic wpływu – to pewne. Nawet premierzy i prezydenci nie mają poczucia, że cokolwiek od nich zależy. W demokracji polityk po prostu chodzi do pracy. Dziś jest premierem, jutro dziennikarzem, pojutrze emerytem. Nie ma okazji ani chęci, by być Atlasem biorącym świat na swoje barki. Świat musi poradzić sobie sam. A jako że nie ma żadnego „Pana Świata”, a jedynie kłębek poplątanych sił, zależności i procesów, nie wiemy, co się wydarzy i jak to wszystko będzie wyglądać.
Co najwyżej możemy mieć nadzieję, że w nadchodzącej wojnie nie będzie chodziło o zabicie milionów ludzi i pełną okupację jednych państw przez drugie. Owszem, Rosja zapewne wchłonie Białoruś i jakieś fragmenty krajów bałtyckich, a Chiny wreszcie sięgną po Tajwan, ale powiększanie terytoriów prawdopodobnie nie jest dziś głównym marzeniem despotów i narodów. „Mieć” nie oznacza już „panować nad ziemią”. Liczą się zasoby naturalne i informatyczne, wielkie korporacje i technologie, strategiczne obiekty oraz kluczowe punkty, takie jak porty, wysepki czy cieśniny w ważnych miejscach, a nie rubieże i zamieszkujące je ludy. Społeczeństwa, w tym Polacy, mogą raczej nie obawiać się powtórki z II wojny światowej. Czego więc tak naprawdę powinniśmy się bać?
Zaczynająca się właśnie wojna Rosji z Zachodem może być koszmarnie długa i uciążliwa. Jeśli terytorium Unii Europejskiej ma stać się igrzyskiem, na którym Rosja, USA i Chiny będą procesować się o zakres swoich wpływów, to czeka nas ponury czas „zmierzchu Zachodu”. Będziemy powoli tracić nasz klasyczny, klasowo-średni dobrobyt, zaufanie do instytucji, codzienną praworządność, rozmaite swobody osobiste i prawa obywatelskie. Demokracja zdegraduje się do poziomu jednej z gier marketingowych zarządzanych przez AI i służby, życie społeczne utraci wszelkie odniesienia ideowe i polityczną ambicję, a egzystencja pojedynczych ludzi i rodzin powróci do pierwotnego trybu prywatnej zapobiegliwości – by nie powiedzieć: ordynarnej walki o przetrwanie. Kończące się właśnie „piękne czasy” będą legendą, którą nasze dzieci będą opowiadać swoim wnukom. Starsi spośród nas mogą uważać się za szczęściarzy – wiedzieli, kiedy się urodzić! Ale młodzież? Wojna, globalne ocieplenie, masowe migracje. I bieda na starość. Mi dispiace.
Kategorie: Uncategorized

