Uncategorized

Dlaczego nie zamierzam debatować z krytykami Izraela

Sam Harris

Wielu czytelników i słuchaczy moich podcastów jest zaniepokojonych moim niezmiennym poparciem dla Izraela. Namawiają mnie teraz do debaty z kimkolwiek – naprawdę z kimkolwiek – spośród rosnącej rzeszy naukowców, oszustów i moralnych szaleńców, dla których ten nękany kraj stał się zawodową lub psychologiczną obsesją. Wydaje się, że społeczność Making Sense odziedziczyła tę obsesję, co w ostatnich dniach doprowadziło do kilku gorących wymian zdań. Wyjaśniałem swoje stanowisko w sprawie Izraela w kilku podcastach oraz podczas publicznych wystąpień, ale warto je tutaj podsumować.

Po pierwsze, moje ogólne podejście: nie interesuje mnie zgłębianie wszystkich sposobów, w jakie Izrael zawiódł – od skorumpowanego sojuszu premiera Netanjahu ze skrajną prawicą, przez liczne zbrodnie popełnione przez osadników na Zachodnim Brzegu, po śmierć niewinnych cywilów w kilku wojnach. Żadna z tych porażek, bez względu na to, jak poważna, nie zmieni mojego przekonania, że:

  1. Różnica etyczna między Izแลlem a jego wrogami pozostaje ogromna.
  2. Globalna obsesja na punkcie państwa żydowskiego, jakby było ono najgorszym złoczyńcą wśród narodów, jest godna pogardy i wynika z odwiecznych kłamstw oraz złudzeń.

A teraz prosta wskazówka: jak sugerowałem już w przynajmniej jednym wątku na forum, jeśli moja nieustępliwość w tych sprawach was zaskakuje, warto zrozumieć rzecz zasadniczą – z różnych powodów uważam, że wojujący islam jest dziesięć razy gorszy, niż wam się wydaje. Kiedy mówię o „dżihadystach” i ich odłamach – Hamasie, Hezbollahu, Al-Kaidzie, Państwie Islamskim, IRGC itp. – mam na myśli ludzi, których uważam za gorszych od nazistów (dżihadyści to w zasadzie naziści, którzy są święcie przekonani, że trafią do raju). Moje poglądy na temat konfliktu na Bliskim Wschodzie nie ulegną zasadniczej zmianie, dopóki moi krytycy nie przedstawią dowodów, że Izrael stał się tak samo zły jak jego wrogowie.

Możecie być jednak pewni, że jeśli Siły Obronne Izraela przekształcą się w kult śmierci, który wykorzystuje własną ludność cywilną jako żywe tarcze (a mimo to jakimś cudem pozostanie powszechnie popierany); jeśli zwykli Izraelczycy zaczną przedkładać męczeństwo nad wszelkie ziemskie priorytety, tworząc pokolenia fanatyków o błyszczących oczach i skłonnościach samobójczych; jeśli mieszkańcy Tel Awiwu będą tolerować branie palestyńskich niemowląt, starszych kobiet i innych cywilów jako zakładników, a następnie gromadzić się w tysiącach, domagając się ich krwi – jeśli, innymi słowy, Izraelczycy zaczną przypominać Palestyńczyków – wtedy nie będzie mi zależało na tym, kto wygra tę wojnę.

Póki co jednak między obiema stronami istnieje przepaść. Uważam, że powinniśmy skupić się na tym, jak potworne dla każdego wolnego społeczeństwa jest starcie z wrogami, którzy mogą szczerze twierdzić, że „kochają śmierć” bardziej, niż wszyscy inni kochają życie. A w takiej sytuacji Izrael znajduje się przez większą część ostatniego stulecia.

Problem na Bliskim Wschodzie nie polega i nigdy nie polegał na istnieniu państwa Izrael. Problemem jest dżihadizm, islamizm, islamski ekstremizm, islamofaszyzm, wojujący islam – czy jakkolwiek inaczej nazwać tę agresję i triumfalistyczne szaleństwo ludzi, którzy zbyt poważnie traktują najbardziej zgubne doktryny islamu.

Nie będę dyskutował o historii Bliskiego Wschodu, ponieważ nie ma to znaczenia dla rozwiązania obecnego konfliktu. Oczywiście wiele osób twierdzi, że musimy rozplątać i na nowo przemyśleć każdy wątek tej historii, sięgając co najmniej sto lat wstecz. Powód, dla którego jestem przekonany o bezcelowości takiego przedsięwzięcia, jest prosty: Palestyńczycy i Izraelczycy mają skrajnie rozbieżne wersje przeszłości i żadne badania ani debaty nie zdołają ich pogodzić.

O wiele ważniejsze jest zrozumienie – i myślę, że to naprawdę jedyna rzecz warta rozważenia – czego obecni mieszkańcy Izraela, terytoriów palestyńskich i otaczających ich państw arabskich chcą od życia tu i teraz. Nie tego, co deklarują, że chcą, ani tego, czego chce garstka rodzin królewskich, podczas gdy ich poddani pragną czegoś zupełnie innego. Czego naprawdę pragną osiągnąć Żydzi i muzułmanie w tym regionie? Za co są gotowi się poświęcić? Za co są gotowi umrzeć? I za co są gotowi pozwolić umrzeć swoim dzieciom?

Kiedy w ten sposób skupimy się na teraźniejszości, jeśli jesteśmy szczerzy, musimy przyznać, że po obu stronach tego konfliktu istnieją dwie skrajnie różne rzeczywistości: kulturowa, psychologiczna, etyczna i duchowa – pod każdym istotnym względem. Tak, Izrael też ma swoich fanatyków religijnych. Ale nie są to tacy sami fanatycy, jakich spotykamy w Hamasie czy Hezbollahu, i są oni znacznie mniej reprezentatywni dla ogółu społeczeństwa. Pomimo wszystkiego, co można zarzucić premierowi Netanjahu, izraelskiej skrajnej prawicy i osadnikom na Zachodnim Brzegu – a jest tam wiele powodów do potępienia – uważam, że poniższe stwierdzenie pozostaje niezaprzeczalną prawdą:

Gdyby Palestyńczycy złożyli broń, zapanowałby pokój. Mogłoby dojść do rozwiązania dwupaństwowego, mogłoby nawet dojść do rozwiązania jednofederacyjnego – to bez znaczenia. Gdyby Palestyńczycy po prostu przestali zabijać Żydów i przestali budować kulturę, która gloryfikuje bezsensowne morderstwa i męczeństwo jako najwyższe wartości, między rzeką Jordan a Morzem Śródziemnym mogłoby powstać zróżnicowane, tolerancyjne i prosperujące społeczeństwo. Mogło tak być już osiemdziesiąt lat temu. Gdyby jednak Izraelczycy złożyli broń, doszłoby do natychmiastowego ludobójstwa. Było to oczywiste 7 października 2023 roku. A dla każdego, kto rzetelnie śledził sytuację, było to prawdą każdego dnia od momentu powstania państwa Izrael.

Prawda jest taka, że nigdy nie wiedziałem, jak Izrael powinien był zareagować na wydarzenia z 7 października. Wiem tylko, że oni – podobnie jak każde inne wolne społeczeństwo – muszą ostatecznie pokonać wojujący islam. Strategia, jak to zrobić, jest oczywiście kwestią sporną. Ale nie to stanowi przedmiot sporu wśród krytyków Izraela, zwłaszcza tych z lewicy. Dla nich zamartwianie się wojującym islamem – nawet w Izraelu, nawet w następstwie najgorszej rzezi Żydów od czasów Holokaustu – to po prostu przejaw „islamofobii”. To dla nich kolejny „kolonializm” i „rasizm” (jakby ten ostatni zarzut miał jakikolwiek sens w kontekście Bliskiego Wschodu).

Jeśli chcesz zrozumieć mój pogląd na ten konflikt, zadaj sobie jedno pytanie, które wyjaśnia absolutnie wszystko w obecnej sytuacji: Co zrobiłaby każda ze stron, gdyby miała nieograniczoną władzę i mogła zrobić, co tylko zechce?

Choć wielu udaje, że jest inaczej, każdy zna odpowiedź na to pytanie z moralną pewnością.

Gdyby Hamas miał pełnię władzy, dopuściłby się totalnego ludobójstwa w Izraelu. Grupa ta potwierdzała swoje zaangażowanie w ten projekt przy niezliczonych okazjach, zarówno przed 7 października, jak i po nim. I choć prawdą jest, że nienawiść do Żydów w całym świecie muzułmańskim drastycznie przybrała na sile w wyniku trwającej od stulecia fascynacji propagandą nazistowską i teoriami spiskowymi, ta wrogość nie jest jedynie zjawiskiem współczesnym. Istnieje na przykład słynny hadis, który przewiduje, że koniec świata nie nadejdzie, dopóki same kamienie i drzewa nie zawołają: „O muzułmaninie, za mną ukrywa się Żyd, przyjdź i go zabij”. Nic dziwnego, że Hamas zacytował ten hadis w swojej karcie założycielskiej.

Większość Palestyńczyków o tym wie, a mimo to Hamas pozostaje popularny. Przez ponad dekadę Hamas sprzeniewierzał pomoc zagraniczną, która miała poprawić warunki życia w Strefie Gazy, i wykorzystywał ją do budowy największego schronu przeciwbombowego w historii naszego gatunku – setek kilometrów tuneli. A mimo to żadnemu palestyńskiemu cywilowi nie pozwolono schronić się tam podczas wojny. Dlaczego? Ponieważ Hamas cynicznie wykorzystuje tych mężczyzn, kobiety i dzieci jako ludzkie tarcze. A kiedy Izrael dzwonił i wysyłał miliony SMS-ów, wzywając cywilów do ewakuacji, głośniki w najbliższych meczetach nakazywały im pozostać na miejscu. Snajperzy Hamasu mordowali wielu z tych, którzy próbowali uciekać w bezpieczne rejony. Palestyńczycy wiedzą o tym wszystkim, a mimo to Hamas nadal cieszy się poparciem. Nawet po wszystkich zniszczeniach, jakie sprowadził na swój własny lud, pozostaje najpopularniejszą frakcją palestyńską, daleko w tyle zostawiając swojego rywala, Fatah. Właśnie dlatego na Bliskim Wschodzie nie ma pokoju.

Cierpienie w Strefie Gazy jest straszne i nigdy nie udawałem, że jest inaczej. Ale cierpienie w innych miejscach – to, o którym na co dzień nie myślicie – jest równie realne. Powinieneś zadać sobie pytanie, dlaczego tamto nie obchodzi cię w równym stopniu. Ta dysproporcja, zarówno emocjonalna, jak i polityczna, pokazuje, jak wygląda sromotnie przegrana wojna informacyjna.

Nie oglądamy ciał martwych dzieci w Jemenie, Syrii czy Sudanie, gdzie bilans ofiar jest znacznie gorszy niż w Strefie Gazy, za to każdy z nas stał się zakładnikiem pornografii nędzy i śmierci, która jest nieustannie produkowana przez zwolenników Hamasu. Możesz sądzić, że twoja szczególna troska o Izrael wynika z faktu, że my (Amerykanie) dostarczamy broń, której IDF używa do zabijania Palestyńczyków. Dostarczaliśmy jednak broń Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonym Emiratom Arabskim na wojnę w Jemenie, w której zginęło około 377 000 osób. Gdzie podziały się tamte protesty? Gdzie było to świętoszkowate oburzenie celebrytów z powodu ofiar w Jemenie? Dlaczego Zohran Mamdani nie grzmiał przeciwko temu złu podczas swojej kampanii na burmistrza Nowego Jorku? Jemen przez lata był największym kryzysem humanitarnym na świecie, bezpośrednio napędzanym przez amerykańską broń i wsparcie logistyczne, a jednak nigdy nie stał się fundamentalną obsesją moralną uniwersytetów, mediów, sieci aktywistów czy lewicowej polityki w taki sposób, jak Gaza.

Wskazywanie na to nie jest tanim chwytem retorycznym (tzw. whataboutismem). To obnażenie rażącej hipokryzji moralnej: świat po prostu nie przejmuje się, gdy muzułmanie zabijają innych muzułmanów – co zadziwiające, nie przejmuje się też zbytnio, gdy zabijają chrześcijan – ale dostaje białej gorączki, gdy robią to Żydzi. Zgromadzenie Ogólne ONZ i Rada Praw Człowieka przyjęły więcej rezolucji przeciwko Izraelowi niż przeciwko wszystkim innym krajom świata razem wziętym – w tym Korei Północnej, Iranowi, Rosji, Chinom, Syrii, Sudanowi i Jemenowi. A przecież kilka z tych krajów dopuściło się w tym czasie faktycznego ludobójstwa. To nie ma sensu. Ale w takim świecie żyjemy.

Spośród 193 krajów świata dwie trzecie zostało stworzonych przez kartografów, którzy po prostu wytyczyli ich granice na mapie, nie zwracając większej uwagi na interesy plemienne czy etniczne zamieszkujących je ludzi. W rzeczywistości ponad połowa państw powstała po roku 1948, czyli po narodzinach Izraela. A jednak tylko w przypadku jednego z nich legalność istnienia jest nieustannie kwestionowana na arenie międzynarodowej. Istnieje tylko jedno państwo na Ziemi, które musi permanentnie walczyć o swoje prawo do bytu, nawet gdy samo przetrwanie jego obywateli jest zagrożone przez wrogów otwarcie dążących do ich eksterminacji.

Ta obsesja na punkcie Izraela oraz podwójne standardy, którym poddawani są jego mieszkańcy, stanowią dziś jądro mutującej plagi moralnej, którą powszechnie nazywamy antysemityzmem.

Przez większość życia wierzyłem, że ten groźny, krwawy antysemityzm mamy już na Zachodzie za sobą. Niestety, reakcja na wydarzenia z 7 października doszczętnie zniszczyła to założenie. Okrucieństwa popełnione przez Hamas ujawniły na całym świecie pokłady nienawiści do Żydów, które zaszokowały nawet tych z nas, którzy badaniem antysemityzmu zajmują się zawodowo. Co najważniejsze, nienawiść ta eksplodowała przed lądową inwazją Izraela na Gazę. Gdy wciąż identyfikowano zmasakrowane ciała młodych ludzi zamordowanych na festiwalu muzycznym Nova, studenci z Harvardu i profesorowie z Columbii – ramię w ramię z demonstrantami w Nowym Jorku, Londynie, Sydney i Toronto – hucznie świętowali sukces morderców.

Dlaczego antysemityzm ma znaczenie? Dla Żydów odpowiedź jest oczywista. Dlaczego jednak powinien obchodzić całą resztę? Ponieważ kiedy przyjrzymy się temu, czego tak naprawdę nienawidzą antysemici, okazuje się, że nienawidzą oni wszystkiego, co w ogóle umożliwia istnienie bogatych kulturowo, różnorodnych i otwartych społeczeństw. Prawdziwi antysemici niosą ze sobą coś znacznie więcej niż tylko niechęć do Żydów: niosą cenzurę, represje polityczne, myślenie spiskowe oraz politykę dehumanizacji i szukania kozłów ofiarnych. Potępianie antysemityzmu nie jest więc aktem uprzywilejowania jednej grupy. Jest obroną moralnej i instytucjonalnej architektury, na której opierają się wolne społeczeństwa.

Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę członków społeczności Making Sense na jeszcze jedną, ogólną kwestię. Wielu z was napisało do mnie, że straciło do mnie szacunek z powodu mojej postawy (lub że nadal cenicie moją pracę, ale w kwestii Izraela „przymykacie oko”). Odrzucam takie stawianie sprawy i wy również powinniście to zrobić. Nikt nie powinien być częścią tej społeczności tylko dlatego, że we wszystkim się ze mną zgadza. Nie prowadzę partii politycznej i nie ma tu żadnej linii partyjnej, której ja lub ktokolwiek inny musiałby się trzymać. Jeśli spadłem w waszych oczach z piedestału, bo powiedziałem coś, z czym się nie zgadzacie, to problemem był ten piedestał, a nie nasz brak zgody.

Oczywiście, jeśli uważacie, że was okłamuję lub że brakuje mi elementarnej uczciwości intelektualnej – powinniście odejść i nigdy się nie oglądać. Ale jeśli po prostu uważacie, że się mylę, nawet w tak fundamentalnej sprawie – a zwłaszcza w tak fundamentalnej sprawie – zachęcam was do dalszej dyskusji, przedstawiania lepszych dowodów i mocniejszych argumentów. W końcu właśnie po to istnieje prawdziwa, żywa społeczność intelektualna i moralna.

Dlaczego nie zamierzam debatować z krytykami Izraela

Kategorie: Uncategorized

3 odpowiedzi »

  1. Lepiej napisać nie można. Można jedynie dodać: Islam w każdej jego postaci to nieuleczalna choroba. Przenosi się ona z pokolenia na pokolenie. Już słyszę oskarżenie o rasizm. Jeżeli jednak to samo oskarżenie wypowiem w stosunku do nazizmu czy komuniszmu niktnie powie, że jestem rasistą w ocenie zbrodni dokonanych przez reżimy Hitlera czy Stalina.

  2. DO TEGO ARTYKUŁU NALEŻY DODAĆ JESZCZE JEDNĄ WAŻNĄ REGUŁĘ „NO JEWS – NO NEWS”

  3. Świetny artykuł, całkowicie się zgadzam z autorem.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.