
Andrew Fox
Wojna wyszła już poza fazę fantazji o szybkim upadku reżimu. Cel jest teraz węższy.
W tej chwili wojna w Iranie wkroczyła w swoją najniebezpieczniejszą fazę. Nie chodzi już o początkowy szok, pierwszą falę strat wśród dowódców ani wczesne spekulacje na temat tego, czy reżim po prostu się rozpadnie. Ta faza minęła. Państwo przetrwało początkowe ciosy. Jest poturbowane, bardziej zmilitaryzowane, bardziej odizolowane i prawdopodobnie bardziej kruche, ale nie upadło.
Niech nie mają Państwo złudzeń: reżim irański poniósł realne straty. Zginęli wysocy rangą liderzy i dowódcy, a baza przemysłowa Iranu w zakresie produkcji rakiet i obrony została poważnie osłabiona. Mimo to Teheran nadal dysponuje wystarczającą liczbą rakiet, dronów, małych łodzi i zdolności asymetrycznych, by wciąż atakować sąsiadów i zagrażać Zatoce Perskiej. Porażki taktyczne nie oznaczają jednak porażki strategicznej.
Iran został osłabiony, ale nie unieszkodliwiony. Jego zapasy rakiet uległy uszczupleniu, a zdolności produkcyjne wydają się jeszcze bardziej nadwyrężone. Z perspektywy strategicznej bieżące zapasy mogą się wyczerpać, ale to potencjał produkcyjny decyduje o tym, czy zagrożenie może się odrodzić. Nawet osłabiony Iran wciąż może wyrządzać szkody – zwłaszcza za pomocą dronów, rakiet krótkiego zasięgu, nękania na morzu, sabotażu oraz ataków na infrastrukturę energetyczną w całym regionie.
Skutki polityczne w samym Iranie są trudniejsze do odczytania, ponieważ środowisko informacyjne zostało celowo odcięte. Blokada internetu stanowi wyzwanie analityczne, nawet jeśli ulegli zachodni dziennikarze otrzymują dostęp do kraju, by propagować narrację reżimu na arenie międzynarodowej. Większość Irańczyków od tygodni nie ma dostępu do globalnej sieci, a organizacje monitorujące wolność prasy odnotowały cenzurę, utrudnienia i przemoc wobec dziennikarzy w trakcie wojny. Oznacza to, że widzimy Iran jedynie we fragmentach: poprzez materiały filmowe zatwierdzone przez państwo, sieci diaspory, zdjęcia satelitarne, przecieki i wybrane relacje.
Rezultatem jest znana iluzja wojenna. Ponieważ widzimy eksplozje, pogrzeby, zniszczone obiekty i sporadyczne protesty, wydaje nam się, że potrafimy rozpoznać układ sił wewnątrz reżimu. Nie potrafimy. Dostępne dowody wskazują na państwo, którego cywilna powłoka pozostaje nienaruszona, ale którego faktyczne centrum decyzyjne przesunęło się w stronę aparatu bezpieczeństwa. Nie powinno nas to dziwić. Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC) to nie tylko siła zbrojna. To instytucja polityczna, ideologiczna, wojskowa i gospodarcza, która przeniknęła do większości obszarów władzy państwowej. W kryzysie takim jak ten, tego rodzaju organizacja jest wręcz stworzona do przejmowania funkcji od słabszych ogniw państwa.
Pierwszym błędem było założenie, że dekapitacja reżimu załatwi sprawę politycznie. Zabicie przywódców może zakłócić system dowodzenia, ujawnić problemy z sukcesją i wywołać strach wśród elit. Nie prowadzi jednak automatycznie do upadku systemu. Usunięcie liderów rzadko przynosi jednoznaczne skutki polityczne, o ile nie towarzyszy temu szersza strategia wymierzona w instytucje, sieci represji i systemy powiązań, które podtrzymują dyktaturę. Wydaje się, że na początku wojny podjęto próbę wywołania kurdyjskiego powstania, jednak Kurdowie w kluczowym momencie odmówili udziału.
Drugim krytycznym błędem było zaniedbanie Cieśniny Ormuz. Cieśnina ta stanowi gospodarcze centrum tej wojny. Obecne zakłócenia to największy wstrząsem podażowy w historii światowego rynku ropy naftowej. Przepływ surowca i produktów ropopochodnych przez Cieśninę Ormuz spadł z około 20 milionów baryłek dziennie przed wojną do zaledwie śladowych ilości. Przypomnijmy, że przed konfliktem przez ten przesmyk trafiało prawie 20 procent światowych dostaw ropy, a cena ropy Brent wynosiła średnio 117 dolarów za baryłkę w kwietniu, po de facto zamknięciu cieśniny.
Nie było to nieprzewidywalne ryzyko. Należało je uwzględnić w planach od samego początku, a nie traktować jako problem do rozwiązania po nieudanych próbach zmiany reżimu. Analitycy od dziesięcioleci ostrzegali, że poważne działania Iranu mające na celu zablokowanie lub utrudnienie ruchu w Cieśninie Ormuz mogą wymagać długotrwałych operacji lotniczych i morskich USA. Z perspektywy zarówno przemysłu energetycznego, jak i wojska dochodzimy do tego samego wniosku: Cieśnina Ormuz nie ma prostego morskiego substytutu, a przedłużające się zakłócenia wywołały presję systemową daleko poza Zatoką Perską. To właśnie na tej presji bazuje reżim.
Więc gdzie obecnie się znajdujemy?
Wojna uległa zawężeniu. Maksymalistyczne zwycięstwo oznaczałoby upadek reżimu, rozbrojenie, otwarty dostęp dla mediów, przywrócenie korytarza energetycznego w Zatoce Perskiej oraz nowy porządek polityczny w Teheranie. Taki wynik nie mieści się już w obecnym harmonogramie działań. Pytanie nie brzmi, czy reżim zasługuje na przetrwanie – oczywiście, że nie. Pytanie brzmi, co jeszcze można osiągnąć, zanim koszty wojny przewyższą jej korzyści.
Na tym etapie zwycięstwo należy definiować w kategoriach kwestii jądrowej. Decydującym czynnikiem są irańskie zapasy wzbogaconego uranu. Ostatnia zweryfikowana przez MAEA baza danych wskazywała na 440,9 kg uranu wzbogaconego do poziomu 60% U-235. To ilość znacznie przekraczająca cele cywilne i niebezpiecznie bliska poziomu militarnego, co sprawia, że czas potrzebny do zbudowania bomby staje się politycznie nie do zaakceptowania. Co ważniejsze, MAEA stwierdziła, że obecnie nie jest w stanie zweryfikować wielkości, składu ani lokalizacji irańskich zapasów, ponieważ utracono do nich dostęp lub go odmówiono.
To jest sedno sprawy: nie kolejna symboliczna operacja zbrojna, nie kolejna runda eliminowania dowódców ani zbyt optymistyczna ocena protestów w warunkach blokady informacyjnej. Kluczową kwestią jest to, czy irańskie zapasy wysoko wzbogaconego uranu (HEU) można usunąć, rozcieńczyć, umieścić pod wiarygodną kontrolą lub w inny sposób uniemożliwić ich wykorzystanie do produkcji broni. Obietnica reżimu, że nie zbuduje bomby, ma marną wartość bez kontroli materiałowej, dostępu do inspekcji, rozliczenia wirówek oraz automatycznych konsekwencji w przypadku naruszeń.
Minimalny akceptowalny pakiet nuklearny powinien być zatem bardzo konkretny. Iran musiałby:
- wyeksportować lub rozcieńczyć swoje 60-procentowe zapasy pod nadzorem MAEA;
- zapewnić natychmiastowy dostęp do odpowiednich obiektów jądrowych;
- przedstawić pełną ewidencję wirówek i zakładów produkcyjnych;
- wstrzymać wzbogacanie powyżej uzgodnionego progu cywilnego;
- przywrócić stały monitoring;
- podjąć wiążące zobowiązanie do nieprzekształcania materiałów w broń.
Stany Zjednoczone i ich partnerzy musieliby wówczas powiązać stopniowe znoszenie sankcji z weryfikowalnym przestrzeganiem warunków, a nie z samymi deklaracjami płynącymi z Teheranu.
W tym miejscu znajdują się obecnie negocjacje. Iran przedstawił za pośrednictwem Pakistanu propozycje, które obejmują zakończenie działań wojennych, odszkodowania, zniesienie blokady morskiej, wznowienie sprzedaży ropy oraz gwarancje bezpieczeństwa. Waszyngton nadal odrzuca te oferty, ponieważ nie rozwiązują one podstawowej kwestii jądrowej. USA nalegają, by irańskie zapasy HEU zostały wywiezione za granicę, a krajowe wzbogacanie uranu ściśle ograniczone.
Aby doszło do porozumienia, Iran będzie musiał ustąpić mocniej, niż by tego chciał. Teheran może jednak uznać, że lepiej znosić dalsze naloty i presję gospodarczą, niż okazać słabość i przyjąć upokarzające warunki. W takim scenariuszu Stany Zjednoczone również mogą być zmuszone do zaakceptowania zapisów, które nie w pełni im się podobają, aby skłonić Irańczyków do podpisu. Mogłoby to obejmować warunkowe złagodzenie sankcji, ograniczone sformułowania dotyczące cywilnego programu jądrowego oraz stopniowe ponowne otwarcie kanałów gospodarczych. Waszyngton nie może jednak zrezygnować z kwestii zasadniczych: wysoko wzbogaconego uranu, wirówek, inspektorów i Cieśniny Ormuz.
Ograniczenia po stronie USA
Stanowisko amerykańskie również ma swoje granice. Przerwa w walkach prawdopodobnie pozwoliła na pewne uzupełnienie i redystrybucję amunicji, ale nie rozwiązała większego problemu. W trakcie 39-dniowej kampanii Stany Zjednoczone zużyły ponad połowę swoich przedwojennych zapasów kilku kluczowych rodzajów amunicji. Odbudowa tych rezerw może zająć lata, biorąc pod uwagę ograniczenia w dostępności minerałów niezbędnych do produkcji broni. Obserwowaliśmy już opóźnienia w dostawach amerykańskiej broni do innych sojuszników, ponieważ wojna z Iranem pochłonęła kluczowe zasoby, co dodatkowo obciąża relacje partnerskie Waszyngtonu.
Nie oznacza to, że Stany Zjednoczone nie mogą wznowić bombardowań, ale Waszyngton będzie działał w sposób bardziej selektywny. Ataki lotnicze staną się raczej opcją rezerwową niż preferowanym rozwiązaniem. Biały Dom powróci do uderzeń na dużą skalę tylko wtedy, gdy Iran nie pozostawi mu wyboru – zwłaszcza jeśli Teheran podejmie bezpośrednie działania zmierzające do zbudowania bomby lub gwałtownie zaostrzy ataki na infrastrukturę energetyczną w Zatoce Perskiej. Administracja ma jednak silną motywację, by jak najszybciej przekuć sukcesy z pola bitwy w porozumienie dyplomatyczne.
Wzmacnia ją polityka wewnętrzna. Wysokie ceny benzyny stały się poważnym problemem dla Donalda Trumpa i Republikanów w Kongresie przed zbliżającymi się wyborami uzupełniającymi. Większość Amerykanów deklaruje, że mocno odczuła skutki szoku cenowego. Rynki finansowe wprawdzie się nie załamały, ale ceny ropy i akcji gwałtownie reagują na każdy sygnał eskalacji, a rezerwy strategiczne energii kurczą się.
Iran doskonale o tym wie. Jego największym atutem nie jest konwencjonalne zwycięstwo – nie jest w stanie pokonać Stanów Zjednoczonych militarnie. Jego siła leży w zdolności do „rozlewania” kosztów konfliktu na innych: poprzez blokowanie Cieśniny Ormuz, uderzenia w infrastrukturę naftową w Zatoce Perskiej, drony, pociski, miny, ataki sił proirańskich (proxy) oraz sianie niepewności. Każdy racjonalny planista wojskowy powinien był przewidzieć taki scenariusz: Iran, atakowany z powodu swojego programu jądrowego, odpowie odwetem wymierzonym w strategiczne cele energetyczne regionu.
Z tego powodu dalsza eskalacja działań reżimu przeciwko państwom Arabskim z regionu Zatoki pozostaje wysoce prawdopodobna, jeśli rozmowy zakończą się fiaskiem. Iran może nie być w stanie szybko odbudować swojej bazy rakietowej, ale nie potrzebuje pełnej zdolności operacyjnej, by windować ceny ropy, odstraszać ubezpieczycieli morskich, niszczyć wrażliwą infrastrukturę czy zmuszać okoliczne rządy do działania w trybie kryzysowym. Amerykańscy urzędnicy ostrzegają, że Teheran wciąż ma wystarczający potencjał, by uderzyć w sąsiadów – zwłaszcza w Zjednoczone Emiraty Arabskie – i zagrozić bezpieczeństwu żeglugi.
Strategia na przyszłość
Najlepszym rozwiązaniem w tej chwili jest scenariusz trudny, ale spójny: najpierw porozumienie jądrowe, a następnie zdecydowana, średnioterminowa kampania mająca na celu osłabienie reżimu od wewnątrz. Oznacza to zabezpieczenie zapasów wysoko wzbogaconego uranu i ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz przed dążeniem do szerszych celów geopolitycznych. Trzeba zaakceptować fakt, że reżim można militarnie osłabić teraz, a jego legitymację podważyć później. Nie wolno pozwolić, aby idealny wynik – czyli natychmiastowy upadek reżimu – zniweczył cel realny i osiągalny: zablokowanie Iranowi drogi do bomby atomowej w momencie, gdy jego dowództwo, baza rakietowa, gospodarka i poparcie społeczne zostały już mocno nadszarpnięte.
Po zawarciu porozumienia nuklearnego presja zewnętrzna powinna przenieść się na poziom społeczeństwa irańskiego. Nie chodzi tu o powtórkę z teatralnych wezwań Waszyngtonu do powstania, które zazwyczaj kończą się masową rzezią cywilów. Mowa o realnym, praktycznym wsparciu:
- zapewnieniu bezpiecznych kanałów komunikacji;
- dostarczeniu infrastruktury omijającej cenzurę;
- wspieraniu mediów na uchodźstwie;
- dokumentowaniu aktów represji;
- pomocy dla niezależnych związków zawodowych i społeczeństwa obywatelskiego;
- celowanych sankcjach uderzających w sieci gospodarcze IRGC;
- tworzeniu bezpiecznych ścieżek azylu dla uciekinierów i aktywistów;
- nieustannej presji na cenzorów, strażników więziennych i pośredników finansowych reżimu.
Celem średnioterminowym musi być zmuszenie reżimu do tego, by za samo swoje przetrwanie płacił ogromną cenę. Osłabione państwo kontrolowane przez IRGC powinno zderzyć się z lepiej zorganizowaną opozycją, bardziej skonsolidowanym społeczeństwem, odciętymi sieciami zaopatrzenia oraz bardzo wąską ścieżką powrotu do międzynarodowej normalności gospodarczej.
Nowe porozumienie jądrowe nie może stać się kołem ratunkowym dla dyktatury. Musi być twardą barierą uniemożliwiającą zdobycie broni masowego rażenia, dającą jednocześnie irańskiemu społeczeństwu czas i przestrzeń do systematycznego wykorzystywania słabości reżimu.
Miernik sukcesu jest jednoznaczny: zabezpieczenie wysoko wzbogaconego uranu (HEU), powrót inspektorów MAEA, pełna kontrola nad produkcją wirówek, ponowne otwarcie Cieśniny Ormuz, zatrzymanie eskalacji w Zatoce Perskiej oraz realne, a nie tylko hasłowe wsparcie dla irańskich dysydentów. Wszystko inne to tylko szum informacji.
Iran: co obecnie uznaje się za zwycięstwo?
Kategorie: Uncategorized

