Uncategorized

Najwspanialsze przemówienie polityczne wszech czasów

To nie Churchill. To nie Herzog. To nie dr King. To…

„Dla Boga, dla ojczyzny i dla Yale!” – profesor Steven Smith

W dzisiejszych czasach idea patriotyzmu, przynajmniej wśród filozofów, zdaje się przeżywać trudne chwile. Nie oznacza to jednak, że patriotyzm jako zjawisko życia politycznego zanika. Wręcz przeciwnie. Wystarczy wyjechać 20 mil poza dowolny obszar miejski, by zobaczyć powiewające flagi, naklejki na zderzakach głoszące miłość do ojczyzny czy usłyszeć w radiu utwory country wzywające do wspierania żołnierzy. To wszystko to bez wątpienia oznaki amerykańskiego przywiązania do kraju.

Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej na uniwersytetach i w kręgach elit intelektualnych, gdzie patriotyzm zaczęto postrzegać jako zjawisko budzące moralne wątpliwości. Przyznanie się do zainteresowania tym tematem na uczelni z Ligi Bluszczowej bywa przyjmowane z podobną konsternacją, co fascynacja pornografią dziecięcą. Poruszając tę kwestię, niemal natychmiast usłyszy się słynną złośliwość Samuela Johnsona, że patriotyzm to „ostatnia ucieczka łajdaka”. Ktoś bardziej oczytany przywoła zapewne E.M. Forstera, który twierdził, że gdyby miał wybierać między zdradą przyjaciela a zdradą ojczyzny, miałby nadzieję na odwagę zdradzenia tej drugiej.

Forster, autor „Howards End”, przedstawia wybór między przyjaźnią a ojczyzną – między dobrem prywatnym a publicznym – jako decyzję tragiczną i szlachetną. Moim zdaniem postawił on nas jednak przed fałszywym dylematem. Lojalność jest nawykiem moralnym, podobnie jak zdrada jest wadą. Osoba praktykująca lojalność w jednej sferze, rzadziej zawodzi w innej.

Rozważmy przykład: kilka lat po oświadczeniu Forstera, trzech studentów Cambridge z lat 30. – Kim Philby, Donald Maclean i Guy Burgess – zdecydowało się zdradzić swój kraj. Przez lata działali jako radzieccy agenci, przekazując Moskwie kluczowe brytyjskie tajemnice, podczas gdy wspinali się po szczeblach kariery w wywiadzie. Gdy w latach 50. zostali zdemaskowani i uciekli do Moskwy, szybko zaczęli zdradzać się nawzajem. Lojalność, podobnie jak zdrada, nie jest autobusem, z którego można wysiąść na dowolnym przystanku. Ludzie zdradzający w jednej dziedzinie życia, z dużą pewnością zrobią to samo w pozostałych.

Większość problemów, w tym ten, warto badać przez pryzmat Arystotelesa. W „Etyce nikomachejskiej” nauczał on, że cnoty najlepiej rozumieć jako złoty środek między nadmiarem a niedostatkiem. Być może warto spojrzeć na patriotyzm właśnie w tym świetle. Jeśli jest on cnotą, musi leżeć pomiędzy dwiema sprzecznymi wadami.

Z jednej strony mamy nadmiar patriotyzmu – nacjonalistyczny zapał, uznający absolutne przywiązanie do własnego kraju za dobro bezwarunkowe. To postawa typu „mój kraj, bez względu na wszystko”, której najskrajniejszy wyraz dał Carl Schmitt w książce „Pojęcie polityczności”. Schmitt, czerpiąc z Hobbesa, postrzegał wojnę jako nieunikniony warunek życia politycznego. Uważał człowieka za zwierzę niebezpieczne, a grupy ludzkie za pozostające w permanentnym konflikcie. Według niego nieuniknionym faktem politycznym jest rozróżnienie na przyjaciela i wroga. Im bardziej antagonizm zbliża się do tego skrajnego podziału, tym bardziej staje się „polityczny”.

Dla Schmitta życie składa się z tych fundamentalnych opozycji: Ateny i Sparta, Harvard i Yale. Wszelkie apele humanitarne, odwołujące się do praw człowieka czy wolnego handlu, uważał za próby uniknięcia twardej konieczności solidarności grupowej.

Na drugim końcu kontinuum znajduje się wada niedostatku: transpolityczny kosmopolityzm, którego ojcem był Immanuel Kant. Kant podkreślał, że obowiązki moralne nie uznają granic państwowych, rasowych czy klasowych. Zgodnie z tym poglądem nie mamy większych zobowiązań wobec współobywateli niż wobec kogokolwiek innego na planecie. Obywatelstwo to według tej szkoły jedynie „arbitralny fakt” wynikający z loterii urodzenia, a więc pozbawiony szczególnego znaczenia moralnego. Kant wierzył w „królestwo celów”, gdzie każda jednostka zasługuje na szacunek wyłącznie ze względu na swoje człowieczeństwo.

Kant marzył o „wiecznym pokoju” i federacji republik rządzonych prawem międzynarodowym. Państwo narodowe było dla niego jedynie etapem rozwoju na drodze do republiki światowej. Ślady tego myślenia odnajdziemy w 14 punktach Woodrowa Wilsona czy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku.

Moim zdaniem żadna z tych koncepcji nie oddaje w pełni natury polityki. Pogląd Schmitta, choć zakorzeniony w prawdzie o niebezpieczeństwach świata, zamienia sytuację ekstremalną (wojnę) w normę. Logika Schmitta prowadzi donikąd – jeśli istotą polityki jest konflikt przyjaciel/wróg, to dlaczego miałby on kończyć się na relacjach międzypaństwowych? Ta sama logika powinna prowadzić do nieustannej wojny domowej między rywalizującymi grupami wewnątrz kraju, co ostatecznie niszczy państwo.

Z kolei kantowski kosmopolityzm myli politykę z moralnością. Pragnienie zastąpienia suwerennego państwa forum międzynarodowym jest naiwne i antypolityczne. Kto wyegzekwuje normy sprawiedliwości w świecie bez „miecza”? Organizacje takie jak ONZ czy trybunał w Hadze wykazują się ogromną selektywnością i często są nieskuteczne. Ponadto kosmopolityzm odrywa ludzi od ich tradycji i lokalnych porządków, które nadają życiu sens. Kantowski „wieczny pokój” prowadzi nieuchronnie do rządu światowego, który sam filozof nazywał „bezdusznym despotyzmem”. Byłby to dom dla „ostatniego człowieka” Nietzschego – świat rozrywki i zabawy, pozbawiony moralnej powagi.

Nacjonalista ma rację w jednym: polityka zawsze dotyczy tego, co konkretne – narodów, tradycji, rodzin. To te przywiązania tworzą naszą tożsamość. Żądanie porzucenia ich na rzecz kosmopolitycznego punktu widzenia jest jak prośba o porzucenie języka ojczystego na rzecz esperanto. Wszystko, co wielkie, wyrasta z zakorzenienia.

Jednak kosmopolita również ma swoją rację. Czy jesteśmy niewolnikami przypadku urodzenia? Nasza godność opiera się na zdolności do wyboru, do krytycznego dystansu wobec otoczenia. Ta etyka pozwala nam spojrzeć na siebie oczami „bezstronnego obserwatora”.

Uważam, że te dwa porządki – etyka więzi i etyka uniwersalnego wyboru – łączą się w amerykańskim systemie politycznym. Stany Zjednoczone to pierwsze nowoczesne państwo oparte na filozofii. Nasza Deklaracja Niepodległości głosi uniwersalną prawdę: „wszyscy ludzie są stworzeni równi”. To zasada dobra dla każdego, zawsze i wszędzie. Jak pisał Tom Paine, amerykańska rewolucja opierała się na „teorii moralnej” praw człowieka.

Jednocześnie bycie obywatelem amerykańskim wymaga czegoś więcej niż wiary w abstrakcje. Wymaga zrozumienia historii politycznej – walki o wolność i imperium. Filozofia polityczna bada zasady, a historia bada, jak te zasady zastosowano w praktyce. Najwięksi historycy, jak Tukidydes czy Henry Adams, badali właśnie tę relację między ideałem a rzeczywistością.

Właściwego rozumienia polityki trzeba się jednak nauczyć. Niestety, rzadko można dziś znaleźć nauczycieli na wydziałach nauk politycznych. Współcześni profesorowie często uczą wszystkiego poza szacunkiem do tradycji, przedstawiając Amerykę jako źródło wszelkiego zła. Z kolei politologia została zredukowana do „teorii gier” i „racjonalnych podmiotów” maksymalizujących użyteczność. Redukując wybory do „preferencji”, nauka ta milczy w kwestiach fundamentalnych, stając się formą nihilizmu.

Gdzie zatem szukać edukacji? Karol Marks zadał kiedyś genialne pytanie: „Kto będzie kształcił nauczycieli?”. Moja odpowiedź jest prosta: czytajcie stare książki. W świecie, w którym brakuje żywych autorytetów, to one są najlepszymi przewodnikami. Sięgnijcie po „Prawa” Platona, „Rozprawy” Machiavellego, „O duchu praw” Monteskiusza i „Federalist Papers”. Studiujcie czyny wielkich mężów stanu: od Peryklesa i Churchilla, po Lincolna i Roosevelta.

Dopiero wtedy będziecie mogli powiedzieć, że dorastacie do godności studenta Yale, uwiecznionej na bramie Branford College napisem:

„Dla Boga, dla Ojczyzny i dla Yale!”

Najwspanialsze przemówienie polityczne wszech czasów

Kategorie: Uncategorized

1 odpowiedź »

  1. „trzech studentów Cambridge z lat 30. – Kim Philby, Donald Maclean i Guy Burgess – zdecydowało się zdradzić swój kraj. Przez lata działali jako radzieccy agenci, przekazując Moskwie kluczowe brytyjskie tajemnice”

    Mala poprawka, nie 3ch a 5u ( z tych znanych).,John Cairncross i Anthony Blunt tez .
    Tak jak ci trzej nigdy nie ukarani.

Zostaw odpowiedź Czekam na Twoje przemyślenia! Napisz w komentarzu.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.