autor Adam Hummel

Prezydent Izraela Isaac Herzog i jego żona Michal pocieszają Rachel Goldberg-Polin na pogrzebie jej syna Hersha we wrześniu 2024 r. (fot. Maayan Toaf/Wikipedia)
Wstrząsające wspomnienia Rachel Goldberg-Polin o jej porwaniu i zamordowaniu syna Hersha ujawniają, co się dzieje, gdy żałoba nie mieści się już w strukturach, które miały ją powstrzymywać.
Pewnej nocy w tym tygodniu siedziałam do późna, czytając wydaną w zeszłym miesiącu książkę „When We See You Again” („Kiedy znów się zobaczymy”). Jej autorką jest Rachel Goldberg-Polin – matka Hersha Goldberga-Polina, jednego z izraelskich zakładników porwanych 7 października. To najbardziej tragicznie piękna książka, jaką kiedykolwiek przeczytałam.
Gdzieś w połowie tekstu Rachel pisze, że chce podzielić swój ból na części – schować jego fragment pod łóżkiem, w stosie papierów. Wspomina, jak w dzieciństwie, gdy wyjeżdżała na letni obóz, mama i rodzina pisali do niej tak wiele listów, że zaczęła rozdawać je dzieciom, które dostawały ich mniej, aby one również miały co czytać. Pisała o rozdzielaniu swojego bólu w ten sam sposób, w jaki dzieliła się listami na obozie – po to, by inni pomogli jej go nieść.
O to właśnie chodzi w tej książce. Rachel napisała ją, ponieważ nie była w stanie pomieścić całego cierpienia w jednym ciele. Ta książka jest owym ciężarem. Podnieść ją oznacza przyjąć to, czego ona nie mogła unieść sama.
Jak wszyscy wiemy, syn Rachel, Hersh, został uprowadzony z festiwalu Nova rano 7 października 2023 roku. W wyniku ataku stracił lewą rękę. Został zamordowany w niewoli Hamasu pod koniec sierpnia 2024 roku, w tunelu pod Rafah, wraz z pięcioma innymi zakładnikami, którzy stali się znani jako „Piękna Szóstka” (Hersh, Carmel Gat, Eden Yerushalmi, Ori Danino, Alexander Lobanov i Almog Sarusi).
Hersh miał 23 lata.
Przez wszystkie te dni Rachel nosiła na piersi pasek taśmy maskującej z wypisanym numerem. Każdego dnia liczba ta wzrastała o jeden. Było to odliczanie czasu, jaki upłynął od zniknięcia jej syna. Zaczęła to robić, aby ludzie przestali ją pytać, ile dni już minęło.
Narracja książki porusza się między różnymi okresami. Rachel nazywa pierwszy z nich „Przed”. W „Przed” mogła myśleć o zwykłych sprawach. Kochała swoje dzieci i męża Jona, ale w pracy, na siłowni czy w kolejce w sklepie zdarzały się chwile, kiedy po prostu wykonywała codzienne czynności.
Po 7 października – w okresie „Po” – ta zdolność zniknęła. Po okrutnych godzinach między 31 sierpnia a 1 września, kiedy odnaleziono ciało Hersha, ta zdolność nie tylko wyparowała, ale została doszczętnie zdruzgotana. Nie ma sekundy, w której ona i Jon nie myśleliby o synu. Rachel nadała temu stanowi nazwę: „choroba Hersha”.
W połowie książki opisuje, jak radzi sobie z każdym kolejnym dniem. Przeczytałam tę stronę chyba dziesięć razy. Nie rozumiem jej i nie sądzę, bym była w stanie to pojąć. Autorka porównuje się do linoskoczka: ramiona szeroko rozpostarte dla równowagi, wzrok utkwiony przed siebie – ani w dół, ani w górę – wyłączając z pola widzenia samochody, ludzi, hałas i blask słońca. Stara się przetrwać dzień – godzinę po godzinie, minutę po minucie, sekundę po sekundzie.
A potem dodaje:
„Chcę wierzyć, że cokolwiek będę musiała zrobić, opanuję umiejętność znalezienia rozwiązania. Ale muszę iść dalej, nawet jeśli będzie to tylko milimetr po milimetrze. Myślę, że samo utknięcie w melasie i brak ruchu doprowadzą mnie do uduszenia.”
Kiedy po raz pierwszy przeczytałam ten fragment, odebrałam go jako tekst o wytrwałości. Za drugim razem zauważyłem to, o czym milczy. Nie pisze, że ma nadzieję. Nie twierdzi, że przez to przejdzie. Nie mówi, że czas leczy rany, że wszystko będzie dobrze, ani że to wszystko ma jakikolwiek głębszy sens. Mówi jedynie, że bezruch ją udusi – więc idzie naprzód, nie tyle „ku czemuś”, co po prostu uciekając przed uduszeniem.
To nie jest „radzenie sobie” w potocznym sensie. Radzenie sobie zakłada istnienie przyszłego „ja”, które pogodziło się ze stratą i powróciło do życia. Rachel nie pisze jak ktoś, kto dąży do takiej przyszłości. Na to jest zbyt wcześnie. Pisze jak ktoś, kto odkrył, że sam ruch – niezależnie od tempa, nawet najmniejszego – jest jedyną rzeczą, jaka pozostaje ciału, gdy nie ma już nic innego.
Żydowska żałoba opiera się na nakazie ruchu: Sziwa przez pierwsze siedem dni, następnie Szloszim (30-dniowy okres żałoby), a potem Jarcajt (doroczna rocznica śmierci). Najpierw siedzimy, potem wstajemy, aż w końcu wracamy do świata. Te struktury zakładają, że ciało domyka żałobę i wkracza w życie, niosąc smutek wewnątrz. Jednak to, co opisuje Rachel, nie mieści się w tych ramach. Ona znajduje się w strukturze, którą sama tworzy, bez religijnego schematu określającego jej czas trwania. Tu nie widać końca. Strata nie przestaje być stratą. Hersh nie staje się kimś z przeszłości. On jest – w każdej sekundzie – chłopcem, za którym ona tęskni: jej pierworodnym synem.
Moja babcia Fay skończyłaby w tym tygodniu 100 lat. Zmarła w 2019 roku w wieku 92 lat, po długim i bogatym życiu, otoczona dziećmi i wnukami. Była prababcią, a jej życie dopełniło się w sposób, który rodzina mogła objąć zrozumieniem. Hersh miał 23 lata. Te dwie liczby nie tworzą wspólnego zdania. Leżą obok siebie na stronie i odmawiają pojednania – 92 kontra 23. Długie życie pozwala opłakiwać zmarłego zgodnie z tradycją. Krótkie życie jest czymś, na co tradycja nie znajduje odpowiedzi.
W książce Rachel cytuje rabina Josepha Soloveitchika, wybitnego filozofa, który pisał dziesięć lat po Holokauście. Soloveitchik pytał, jaki obowiązek nakłada na człowieka cierpienie. Jego odpowiedź jest surowa:
„Cierpiący popełnia ciężki grzech, jeśli pozwala, by jego trudy poszły na marne i pozostały bez znaczenia lub celu… Z samego środka tego cierpienia cierpiący musi powstać uszlachetniony i oczyszczony.”
Rachel zestawia to z opinią rabina Jonathana Sacksa, który twierdził, że sprawdzianem dla społeczeństwa jest to, czy wychodzimy z cierpienia zgorzkniali, czy wzmocnieni oddaniem wysokim ideałom. To podejście jest znacznie cięższe niż współczesne ramy terapeutyczne. Soloveitchik nie obiecuje uzdrowienia. Mówi, że jesteśmy coś winni swojemu cierpieniu – wysiłek, by nie pozwoliło nam ono zmarnieć.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to przeczyć idei „milimetra”. Milimetr nie kojarzy się z „powstaniem” czy wzniosłością. Przesuwanie się o ten milimetr każdego dnia to po prostu próba nieudławienia się bólem. Ale proszę zwrócić uwagę na to, co zrobiła Rachel: jej książka stała się tym ciężarem, który nam przekazała. Jest czymś, co wyłoniło się z samego centrum tragedii. Niezależnie od tego, czy kiedykolwiek odniosłaby słowa Soloveitchika do siebie, wypełniła jego postulat. Nie pozwoliła, by jej cierpienie poszło na marne. Ukształtowała je w opowieść i powierzyła nam.
Być może ten milimetr i to moralne żądanie to ta sama rzecz widziana pod różnymi kątami. Soloveitchik definiuje dług wobec cierpienia, a milimetr to sposób, w jaki spłata tego długu wygląda od wewnątrz. Kiedy się to robi, nie czuje się uszlachetnienia. Czuje się po prostu trud chodzenia.
To prowadzi do pytania: co my robimy, czytając tę książkę? Często przyjmujemy wobec takich lektur postawę konsumpcyjną – wydobywamy smutek w poszukiwaniu głębokich prawd, wyciągamy lekcję, odkładamy książkę i czujemy, że „coś zrobiliśmy”, bo może uroniliśmy łzę. Ja z pewnością płakałem. To epilog Jona Polina doprowadził mnie do łez – fragment, w którym wspomina, że musi teraz siedzieć sam w synagodze, a głowa jego syna nie spoczywa już na jego ramieniu pod tallitem podczas błogosławieństwa kapłańskiego. Ale to wciąż konsumpcja, a nie współdzielenie ciężaru.
Rachel prosiła o noszenie.
Noszenie oznacza pozwolenie, by ta lektura zmieniła nasz dzień. By obraz milimetra powracał do nas w metrze czy w kolejce do kasy – w momentach, gdy kusi nas, by użalać się nad sobą z błahych powodów lub zrezygnować z wymagającej dyscypliny czynności. Nieść to znaczy zabrać ze sobą imię Hersha, wypowiedzieć je i pamiętać, że miał 23 lata. To pamiętać, że jego matka każdego dnia pokonuje swój milimetr jako matriarchini rodziny liczącej już nie pięć, a cztery osoby.
Ta książka nie uczy nas, jak przeżywać własną żałobę. Nie dotyczy naszych smutków. Uczy nas, jak wygląda chodzenie, gdy nic innego nie pozostało. Rachel podzieliła to, czego nie mogła unieść sama, i poprosiła nas o pomoc. Czytanie jej tekstu to sposób, w jaki ten ciężar do nas dociera. To sprawienie, by jej cierpienie nie poszło na marne. To sposób, w jaki Hersh – 23-latek zabrany z festiwalu Nova i zamordowany w tunelu pod Gazą – staje się imieniem, którego nigdy nie zapomnimy.
Najtragiczniejsza i najpiękniejsza książka, jaką kiedykolwiek przeczytałem
Kategorie: Uncategorized

