
Beata Lewkowicz
Wczoraj uczestniczyłam w wydarzeniu zatytułowanym „Marek Edelman a kwestia palestyńska”, organizowanym przez Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi w ramach cyklu „Centrum Dobrej Rozmowy”.
To neutralnie informacyjne zdanie nie oddaje skali absurdu, braku profesjonalizmu oraz chaosu tego absolutnie skandalicznego wydarzenia. Rzadko używam słowa „skandal”, ale tym razem nie znajduję innego na nazwanie tego, czego byłam świadkiem. Wszystkie łagodniejsze słowa są w tym wypadku po prostu eufemizmami. Szczególnie absurdalnie brzmi w tym kontekście określenie „Centrum Dobrej Rozmowy”, bo wypadki na sali miały się do jakiejkolwiek dobrej czy choćby neutralnej rozmowy tak, jak orwellowskie Ministerstwo Prawdy do samej prawdy.
Zarówno Festiwal (niegdyś) Czterech Kultur (w tym przede wszystkim żydowskiej), teraz Wielu Kultur (przede wszystkim najwyraźniej arabskiej, a szczególnie palestyńskiej) jak i Centrum Dialogu miały być bezpieczną przestrzenią łódzkich Żydów i generalnie dla Żydów. Niestety stały się miejscem propalestyńskich sabatów.
Były okrzyki o „faszystowskim Izraelu”, oskarżenia o ludobójstwo – kilkakrotnie wygłoszone z niezmąconą pewnością przez panie prelegentki, wezwania do „rozwiązania kwestii Izraela” „wszelkimi metodami”, histeria, przerywanie wypowiedzi osób, którym udzielono głosu zarówno przez prelegentki i prowadzącą, zagłuszanie, próby zastraszenia przez podbieganie do proizraelskich dyskutantów osobników w kefijach i niemal z pianą na ustach – również przez uczestniczki panelu, w tym szczególnie aktywne były panie Anka Grupińska i Anna Dzierzgowska, oraz atmosfera całkowicie wykluczająca jakąkolwiek rzeczywistą debatę. W pewnym momencie ja i przedstawiciele łódzkiej Gminy Żydowskiej wyszliśmy z sali na znak protestu.
Przyznam, że przez tydzień wahałam się, czy tam pojechać, ale zwyciężyło poczucie obowiązku, Uległam też apelom ze strony gminy żydowskiej w Łodzi, dla której ta sytuacja jest niezwykle trudna i bolesna.
Nadal odczuwam niesmak.
Samo wydarzenie było niezwykle źle zorganizowane, prowadząca pani Bobako kompletnie nie kontrolowała rzeczywistości ani swoich gości (pewnie należałoby napisać gościń, skoro jedna z pań została nazwana profesorą).
Ten rodzaj emocjonalnego fanatyzmu, z którym przemawiały pani Monika Bobako, Anna Dzierzgowska i Hanka Grupińska panował zapewne w latach pięćdziesiątych na zebraniach ZMP.
Zupełnie niebywałe było to, że nadpobudliwe prelegentki zrywały się z miejsc, podbiegały do osób z widowni, biegały po scenie, starały się jak na meczu piłkarskim zagłuszać wypowiedzi osób, których poglądów nie podzielały.
Ale wróćmy do początku – po wstępnych deklaracjach, jak powinniśmy wszyscy ze sobą rozmawiać, jak ważna jest kultura rozmowy i nieużywanie mowy nienawiści, dość gładko panie przeszły do deklaracji o ludobójstwie Izraela.
Pani Bobako obwieściła ten dogmat prawie na wstępie. Panie miały mówić nie tyle o tym, co Edelman powiedział o Palestyńczykach , ale co powiedział do Palestyńczyków – no nie dziwię się, bo Edelman niewiele mówił o Palestyńczykach, a jeżeli już, nie były to słowa zgodne narracją pro palestyńską, reprezentowaną przez panelistki. Marek Edelman, którego poglądy miały stanowić główną oś rozmowy, oczywiście okazał się być jedynie pretekstem oraz alibi, żeby to spotkanie mogło odbyć się w tym pięknym, komfortowym budynku jego imienia. W sumie wbrew pozorom niewiele miały do powiedzenia o samym Edelmanie, natomiast szeroko interpretowały to, co ich zdaniem Marek Edelman myślał na temat Palestyny oraz Izraela. Jedyną, która wykazała się jakimkolwiek zdrowym rozsądkiem, była czwarta panelistka, historyczka Martyna Rusiniak-Karwat. Próbowała mówić o Bundzie i Marku Edelmanie w kontekście jego ideowego dziedzictwa i poglądów, ale rychło została przez współpanelistki zakrzyczana i przywołana do porządku. A szkoda, bo tylko jej wypowiedzi były rzeczowe oraz interesujące. Ale przecież całe to wydarzenie nie miało być o Marku Edelmanie, on był jedynie pretekstem, a więc Bund czy jego dziedzictwo w sumie nikogo nie interesował tak naprawdę, bo chodziło o to, żeby wreszcie móc przejść do tak zwanej „sprawy palestyńskiej”. Prelegentki aż przebierały nóżkami, żeby móc dorwać się do jedynego tematu, który tak naprawdę je interesował – free Palestine, ludobójstwo, faszystowski Izrael.
Spotkanie zaczęło się w miarę spokojnie wspomnieniami o Edelmanie i tym, jak w ogóle wszedł on do publicznego obiegu świadomości w Polsce.
Panel miał mieć formę pytań ze strony prowadzącej do uczestniczek, ale format ten bardzo szybko uległ erozji, głównie dlatego, że panelistki najwyraźniej nudziły się odpowiadając na pytania nie związane z Palestyną. Nie były zainteresowane odpowiedziami na kwestie związane z faktami i historią. Pani Bobako zadała pani Karwat pytanie, dlaczego jej zdaniem Edelman nie wyjechał do Izraela, co samo w sobie było dość absurdalne, i dobrze to wyczuła zapytana, która uznała, że na tak postawione pytanie nie ma odpowiedzi, bo udzielić mógłby jej wyłącznie sam Edelman. Jak państwo sądzą, czy ta odpowiedź spodobała się jej towarzyszkom? Nie będę państwa trzymać w napięciu – pani Grupińska była wyraźnie zdegustowana swoją koleżanką. Tak to jest, kiedy zadajemy się z fanatycznymi rewolucjonistkami z poczuciem misji – nigdy nie będzie się dla nich wystarczająco rewolucyjnym. Byłoby mi żal pani Karwat, gdyby nie to, że wiedziała poniekąd, jako osoba dorosła i mająca dostęp do Internetu z kim będzie dzielić scenę.
Pani Grupińska stwierdziła, że sytuacja na Bliskim Wschodzie nie jest dla niej w żaden sposób skomplikowana, bo to wszystko jest bardzo proste.
Posłużyła się tutaj w wyjątkowo demagogiczny sposób słowami Edelmana, odnoszącymi się do komunistycznych władz polskich, bijących działaczy Solidarności i stwierdziła, że skoro w tej chwili bitymi są Palestyńczycy, to Edelman z pewnością byłby po ich stronie, ponieważ zawsze był po stronie bitych. Koniec. Nie ma się nad czym zastanawiać, sytuacja jest prosta i kropka. A żydowskość nie jest projektem narodowym ani tożsamością etniczną, a kategorią etyczną, czyli nakłada na każdego Żyda obowiązek utożsamiania się z „bitymi”, w tym wypadku z Palestyńczykami – inaczej Żyd nie jest porządnym człowiekiem najwyraźniej. Prawdziwy, dobry Żyd zdaniem panelistek to taki, który poświęci własne życie, poświęci własne państwo, poświęci własne bezpieczeństwo w imię samobójczej idei.
Całość wywodu pani Grupińska podsumowała swoimi wspomnieniami z Izraela – kiedy to często widywała i po tym właśnie rozpoznawała – Palestyńczyków idących ze wzrokiem wbitym w chodnik. I tutaj nastapil kolejny akt niesamowitej demagogii – pani Grupiński wmieszała w to Hannę Krall, która opisywała, że w czasie okupacji Żydzi swoje czarne oczy ukrywali w ten sposób, że starali się nie patrzeć przechodniom w twarz, wbijając spojrzenie w trotuar, aby nie zostać rozpoznanymi, aby nie pokazywać swoich „żydowskich oczu pełnych strachu”. A pani Grupińska w Tel Avivie od razu odróżniała Palestyńczyków po tym właśnie, że „Żydzi byli butni i trzymali głowę wysoko”, a Palestyńczycy wyczerpani nieustającą niewolniczą pracą dla Izraelczyków przemykali się pod ścianami ze wzrokiem wbitym w chodnik. No i pani Grupińska stwierdziła, że ma oczywiście w pamięci reakcję Marka Edelmana na ten obraz, ale nie rozwinęła tematu, nie uściśliła, na czym ta reakcja miała polegać, co powiedział konkretnie, czy coś w ogóle powiedział – grunt, że mamy niepodważalne świadectwo pani Grupińskiej. Nie wiem, przed kim swoje czarne oczy ukrywają Palestyńczycy w Tel Avivie, bo z tego, co jest mi wiadomo – taki kolor oczu ma tam większość populacji.
Pani Dzierzgowska ubolewała nad tym, że w polskim programie historii nie jest wystarczająco podkreślane, iż Izrael był projektem kolonialnym. Również wygłosiła opinię, jak bardzo denerwuje ją mówienie o konflikcie bliskowschodnim „aż mózg jej staje”, bo przecież należy mówić o kolonializmie, a nie o jakimś tam konflikcie. Wyraziła również ubolewanie, że polskie społeczeństwo nie reaguje na „zagładę, która dzieje się w Gazie” i że zapewne jest to wynikiem niedostatecznej edukacji o Holocauście (sic!).
Pani Dzierzgowska również puszczała po sali książki palestyńskich autorów i propagandowe ulotki propalestyńskie, między innymi „Qeerowe głosy w walce o wolną Palestynę” (tak!) – do tego już nie będę się odnosić, bo nie ma na to tutaj czasu ani miejsca, ale piszę o tym gwoli ścisłości i notacji.
Gdy padło pytanie ze strony pani Bobako – dlaczego Edelman nie jest rozpoznawalny w Izraelu i dlaczego jest tam w najlepszym wypadku niepopularny, wśród panelistek zapanowało milczenie, żadna nie podjęła się odpowiedzi na to pytanie, za to pani Dzierzgowska oświadczyła, że ona wprawdzie nie odpowie, ale powie „coś obok”. No i powiedziała – że spór syjonistów z bundowcami został zakończony teraz, ponieważ to, czego, nie zrobili Niemcy, zrobiło państwo Izrael – mianowicie dobiło kulturę żydowską. Już nie ma czego zbierać. I jedyne co możemy teraz robić, to ratować życie Palestyny i Palestyńczyków, którzy jeszcze żyją. A dlaczego Edelman jest dla Izraela niewygodny? No bo przecież Izrael zawłaszczył oraz zinstrumentalizował Zagładę. I pani Dzierzgowska jako Żydówka jest pełna gniewu, że Izrael na grobach jej bliskich robi sobie „zbrodniczą politykę”.
A Marek Edelman „ psuł” tę narrację, w której ofiara staje się opresorem i nie miał ochoty w niej uczestniczyć. Na moje pytanie, czy ma na poparcie swoich tez o przekonaniu Marka Edelmana, że Izrael jest państwem opresyjnym jakieś konkretne cytaty nie otrzymałam odpowiedzi.
Pani Dzierzgowska stwierdziła w pewnym momencie, że nie zawaha się użyć „ każdego narzędzia”, aby walczyć z ludobójstwem Izraela – również Marka Edelmana. Tak, dobrze państwo zrozumieliście – Marek Edelman został porównany do narzędzia. To przynajmniej było szczere, bo przecież pamięcią o Edelmanie posłużono się czysto instrumentalnie.
Na widowni siedział w otoczeniu agresywnych akolitów Omar Faris. Sądząc z kontekstu rozmowy został tam przez prowadzącą zaproszony jako ten, który ponoć dostarczył Markowi Edelmanowi odpowiedź Arafata na jego list skierowany do przywódców OWP w 2002 r. Z długiego i przyznam nieco niewyraźnego rantu pana Farisa wynikało, że list Edelmana był nie do przyjęcia przez Arafata, a dla Palestyńczyków generalnie obraźliwy, ponieważ Edelman nie wyklął Izraela, a to przecież faszystowskie państwo zabijające dzieci.
Bardzo znaczące było też to, jak Faris przedstawiał samego siebie. Podkreślał, że to on „przywiózł odpowiedź Arafata” na apel Edelmana. W praktyce wyglądało to momentami tak, jakby występował nie jako uczestnik dyskusji, tylko ktoś w rodzaju jedynego depozytariusza właściwej interpretacji słów oraz intencji Edelmana. Oczywiście interpretacji krytycznej, bo dla Farisa Edelman wcale nie był pro Palestyński – był po prostu naiwnym Żydem, który nie potrafił wznieść się ponad swoje pochodzenie i jednoznacznie potępić Izrael. I pan Faris zarówno wtedy, jak i teraz, kiedy Edelman nie może już mówić sam za siebie i się bronić – poucza go. Ustawia. Upomina. Prowadząca przysłuchiwała się temu z dobrotliwym uśmiechem, również kiedy Omar Faris krzyknął do kogoś z widowni „zamknij się” – do kogoś oczywiście, kto protestował przeciwko jego określeniu Izraela jako kraju faszystowskiego. Jednak najwyraźniej zdaniem pani Bobako to nie była obraźliwa mowa nienawiści. To była po prostu opinia, do której każdy Palestyńczyk ma prawo.
Proszę wybaczyć, jeżeli moja relacja sprawia
wrażenie chaotycznej, ale próbuję opisać coś, co w istocie właśnie było chaosem. Niestety nie mogliśmy wydarzenia sfilmować, ponieważ organizatorzy zabronili nam tego twierdząc, że sami zajmą się rejestracją. Piszę więc z pamięci.
A więc reasumując – po nieco przydługim panelu, w którym panie głównie opowiadały o swojej niechęci do Izraela i miłości do wyidealizowanego Edelmana, sugerując, że wspierałby on „sprawę palestyńską”, gdyby żył, w czasie którego jedyne merytoryczne wstawki pochodziły od pani Rusiniak-Karwat, której jednak często odbierano głos, bo przecież nie o historię czy fakty na tym spotkaniu chodziło – miała nastąpić część określana jako dyskusja.
Chaos, który się w tym momencie rozpętał, był jeszcze większy niż ten, który towarzyszył temu quasi panelowi.
O głos poprosił Dawid Garfunkel z łódzkiej gminy żydowskiej. Chciał odczytać krótki list, wystosowany przez panią Alę Elczewską, córkę pomysłodawczyni Parku Ocalałych, Haliny Elczewskiej, ocalałalej z Holokaustu więźniarki Auschwitz.
Kiedy panie panelistki zorientowały się, że list nie jest głosem propalestyńskim, a wyraża oburzenie zawłaszczaniem postaci Marka Edelmana i samego Centrum przez wydarzenia polityczne i artystyczne niezgodne z pierwotnym celem tego miejsca, natychmiast zaczęły go uciszać, zagłuszać, wręcz krzyczeć  jedna przez drugą w tle. Pani Grupińska, jak już wcześniej wspominałam, zerwała się z miejsca i podbiegła do Dawida – nie wiem, co zamierzała z nim zrobić – wyrzucić przez okno, wyprowadzić z sali, wyrwać mu mikrofon?! A że jest ona kobietą słusznej postury i o głowę wyższą od Dawida, ja osobiście przestraszybym się, będąc na jego miejscu. Pani Bobako uspokajająco poklepywała ją po plecach, co miało chyba zasugerować, żeby wróciła i usiadła, ale oczywiście nie odniosło to wielkiego skutku. W tej sytuacji Dawid wykazał się odwagą nie tylko cywilną, ale i fizyczną, bo pozostał na posterunku i list, zresztą naprawdę krótki, doczytał do końca. Furię panelistek wzbudziło następujące stwierdzenie z listu – że dla przywódców palestyńskich życie nie jest najważniejsze, bo ich polityczna ideologia oraz religia wskazują na wartość życia pośmiertnego, na nagrodę która czeka po śmierci, a rodziny poświęcają swoich synów i córki w zamachach terrorystycznych. To spowodowało, że panie Bobako, Grupińska i Dzierzgowska zaczęły agresywnie zakrzykiwać Dawida, próbując uniemożliwić mu odczytanie listu. Kiedy mu się to w końcu udało, głos zabrała przedstawicielka Centrum, twierdząc, że jest to – uwaga – mowa obrażająca religię muzułmańską, której one tolerować nie mogą. My oczywiście wszyscy musieliśmy tolerować stwierdzenia o ludobójczym i zbrodniczym Izraelu, i wszystkie te absurdy, które starałam się tutaj dość wiernie spisać. To zdaniem osób obecnie zarządzających Centrum i uczestniczek panelu zupełnie nie bylo mową nienawiści.
Co było dla mnie uderzające, to że nazwisko Elczewska nic nie mówiło panelistkom, które z oburzeniem krzyczały, że nie będą słuchać tekstów jakiejś pani. Bardzo to smutne.
Kiedy i mnie udało się zabrać głos, pani Grupińska napastliwie zapytała mnie, kim jestem – proszę zauważyć, każdy tam robił już, co chciał, prowadząca nad niczym nie panowała – a kiedy się przedstawiłam, usłyszałam zjadliwe „tak myślałam”. Z trudem udało mi się przebić z moim pytaniem przez zakrzykujące mnie panie Grupińską i Dzierzgowską, która wręcz próbowała nie dopuścić mnie do głosu. Przeczytałam cytaty z wypowiedzi Marka Edelmana świadczące o tym, że nie po drodze mu było zarówno z terroryzmem arabskim, którym się wręcz brzydził, jak i nie miał on złudzeń, że wojna przeciw miejskiej partyzantce zawsze przynosi mnóstwo ofiar, że on sam nigdy, przenigdy nie wydałby rozkazu, w którym poświęca się kobiety i dzieci, że cywilów się chroniło, a nie rzucało na żer.
Oczywiście nie otrzymałam żadnej odpowiedzi, bo te cytaty po prostu mówiły o Marku Edelmanie coś zupełnie innego, niż próbowały nam sprzedać panelistki, które ewidentnie chciały Edelmanowi przyprawić propalestyńską „gębę”, korzystając z faktu, że – co wygodne – już nie żyje. Na moje pytanie, czy sądzą, że człowiek, który tak takie rzeczy mówił wielokrotnie, zgodziłby się ze słowami, które padły na tej sali – o konieczności „rozwiązania sprawy Izraela raz na zawsze”? Czy człowiek, który przeżył Zagładę i stracił wszystkich, literalnie wszystkich, zgodziłby się na umniejszanie wyjątkowości Holocaustu poprzez porównywaniem go z wojną w Gazie, przez nazywanie tej wojny „zagładą Palestyńczyków”. Oczywiście nie otrzymałam odpowiedzi na to pytanie, co więcej, z trudem je dokończyłam, bo panie nie mogły wytrzymać po prostu tak formułowanych opinii.
Pani Bobako pouczyła mnie, że przecież nie mogą odpowiedzieć mi na to pytanie, bo nie wiedzą, co myślałby Edelman (co nie przeszkadzało im nie tyle przypuszczać, co wręcz być pewnymi tego, co myślałby o Palestyńczykach). Wtedy zapytałam – no właśnie, czyli po co całe to spotkanie, dlaczego w ogóle tu jesteśmy? Ale oczywiście logika nigdy nie była ważna, bo nie o Edelmana i jego rzeczywiste zdanie na jakikolwiek temat tu chodziło, ono tak naprawdę obchodziły prowadzącą i panelistki tyle, co zeszłoroczny śnieg.
W trakcie, gdy zadawałam pytanie zaczęli do mnie podbiegać agresywni panowie w kefijach i wznosić rytualne okrzyki o dzieciach w Gazie, zabijanych przez Izrael. Przed ich zapędami zapewne uratowały mnie głównie dwa rzędy krzeseł, które dzieliły mnie od nich. Bo z całą pewnością nie uczyniłby tego jeden, jedyny pan ochroniarz, ani tym bardziej prowadząca, która bezradnie pałętała się wśród tego chaosu. Po tym wszystkim uznałam, że moja dalsza obecność na sali jest nie tylko zbędna, ale że również zdecydowanie nie chcę w nim dłużej uczestniczyć, bo nie ma ono nic wspólnego z dialogiem ani też rozmową i wyszłam. Wraz ze mną salę opuściły dwie osoby z tamtejszej gminy żydowskiej.
Tam sobie literalnie wytarto podłogę i gębę Edelmanem. Omar Faris mógł sobie mówić, co chciał, bo przecież jest autorytetem dla pani Bobako, pani Grupińskiej i dla nauczycielki historii pani Dzierzgowskiej.

I proszę nie sądzić, że nie uważam dyskusji – realnej dyskusji i realnego dialogu za ważny i możliwy. Ale w tym celu Centrum powinno mieć odwagę zaprosić osoby o całkowicie odmiennych poglądach, nawet skrajnych, do zmierzenia się ze sobą w trakcie dyskusji i dać każdemu szansę wypowiedzenia się w naprawdę komfortowej i bezpiecznej atmosferze. Wyczulenie na rzekome obrażanie islamu powinno zdecydowanie iść w parze z równym uczuleniem na obrażanie Izraela oraz Izraelczyków. Ale na to najwyraźniej w centrum dialogu „dobrej rozmowy” i czegoś tam jeszcze panuje powszechne przyzwolenie. Palestyny nie tykamy, islam jest święty, ale w Izrael można walić jak w bęben. Wstydem dla Centrum powinno być stosowanie takich podwójnych standardów.
A jeszcze większym wstydem jest zrobienie z Centrum tuby dla bieżącej polityki i bezwstydnie jednostronnej agitacji, szczególnie pro palestyńskiej – w miejscu nie tylko poświęconym kulturze żydowskiej, nie tylko wspomagany przez Żydów z całego świata – również z Izraela, ale też mówiąc wprost dotowanym przez prywatnych darczyńców z Izraela. Wyciągacie te pieniądze z kieszeni ufających wam Żydów i przeznaczacie na opluwanie ich kraju.
I to jest dopiero kompromitacja Centrum.
Siedząc tam przypomniałam sobie określenie „wrogie przejęcie”.
Wrogie przejęcie to sytuacja, w której ktoś przejmuje kontrolę nad jakąś firmą, organizacją, instytucją albo nawet ideą wbrew woli dotychczasowych właścicieli, twórców czy środowiska z nią związanego. Pojęcie pochodzi z ekonomii. Klasyczne wrogie przejęcie firmy polega na tym, że ktoś wykupuje akcje i przejmuje kontrolę nad spółką mimo sprzeciwu jej zarządu.
Ale dziś bardzo często używa się tego metaforycznie. Na przykład – wrogie przejęcie instytucji, pamięci historycznej, symboli, ruchów społecznych lub pojęć.
Czyli instytucja albo postać historyczna zostaje zachowana zewnętrznie, nazwa nadal istnieje, symbol nadal istnieje, ale znaczenie zostaje stopniowo zmienione i podporządkowane nowej ideologii lub nowym celom politycznym, często bardzo odległym od pierwotnego sensu.
Można powiedzieć, że doszło do „wrogiego przejęcia” nie tylko samego Centrum Dialogu, ale i pamięci o Marku Edelmanie albo nawet szerzej – pamięci o żydowskiej historii Łodzi.
Centrum Dialogu im. Marka Edelmana w Łodzi zostało powołane decyzją Rady Miejskiej Łodzi w 2010 roku. Imię Marka Edelmana nadano mu dwa miesiące później, jeszcze za życia wielu osób bezpośrednio związanych z historią łódzkich Żydów i getta. Instytucja zaczęła działać w 2011 roku, a własny budynek otrzymała w 2014 roku.
Najważniejszy symbolicznie jest jednak Park Ocalałych, w którym Centrum stoi.
Park powstał jako miejsce pamięci o ocalałych z getta łódzkiego. Drzewa sadzili tam sami ocaleni z Zagłady. Każde drzewo symbolizowało konkretnego człowieka, który przeżył getto i wojnę.
Nazwa „Centrum Dialogu” miała bardzo konkretny sens. W oficjalnych materiałach instytucji podkreślano trzy hasła: „Pamiętać przeszłość. Rozumieć współczesność. Budować lepszą przyszłość.” W statucie Centrum bardzo wyraźnie zapisano, że ma ono popularyzować wielokulturowe dziedzictwo Łodzi „ze szczególnym uwzględnieniem kultury żydowskiej”.
Wśród ocalałych sadzących drzewa w Parku Ocalałych było bardzo wiele osób mieszkających po wojnie w Izraelu i posiadających izraelskie obywatelstwo. To wręcz był jeden z podstawowych elementów idei tego miejsca.
Park Ocalałych miał być symbolicznym mostem między żydowską Łodzią, diasporą i Izraelem jako miejscem, gdzie znalazła się ogromna część ocalałych.
To miejsce nie powstawało przeciw Izraelowi ani w opozycji do niego. Dla ogromnej części ocalałych Izrael był po prostu miejscem, w którym po Zagładzie mogli dalej żyć.
Dopełnieniem absurdu całego tego surrealistycznego wieczoru jest opublikowany po spotkaniu facebookowy wpis Omara Farisa – o „propagandzie zbrodniarza Netanjahu”, „okupacji”, „kolonizacji”. O Marku Edelmanie niewiele. I to właściwie najlepiej pokazuje, czym naprawdę było całe to wydarzenie. Nie spotkaniem o Edelmanie, tylko kolejną antyizraelską agitką, propalestyńskim wiecem, a nazwisko Edelmana zostało po prostu użyte jako moralna dekoracja.
Bardzo wymowne było to, co jak widać na zdjęciu – działo się już po zakończeniu spotkania. Prowadzące i uczestniczki panelu otaczały Farisa z wyraźnym entuzjazmem, fotografowały się z nim i traktowały go właściwie jak głównego bohatera wieczoru. Idola i autorytet moralny – nie Edelmana, a przynajmniej nie żywego Edelmana, bo ten nieżyjący został przez nie zawłaszczony i bezlitośnie wykorzystany do uzasadnienia własnych politycznych przekonań. Bardzo wiele mówiło to o rzeczywistej osi całego wydarzenia. Nigdy nie chodziło o Marka Edelmana. Chodziło tylko i wyłącznie o Palestynę. Edelman był potrzebny głównie po to, żeby nadać temu wszystkiemu odpowiedni moralny i historyczny dekor. No i był biletem wstępu do pięknej, komfortowej sali w centrum jego imienia.
Gorzka ironia tej sytuacji polega na tym, że Edelman pisał swój list jako człowiek apelujący o zatrzymanie mordowania cywilów. Tymczasem odpowiedź, którą przywiózł mu Faris od ówczesnego ambasadora Autonomii Palestyńskiej, już wtedy właściwie omijała sens tego apelu i wracała do politycznej narracji o niezmywalnej winie Izraela. Przypominam, że działo się to zaraz po odrzuceniu przez Arafata hojnej izraelskiej propozycji rozwiązania dwupaństwowego z Camp David.
A teraz, po ponad dwudziestu latach Faris jako gość honorowy siedzi w Centrum Dialogu imienia Marka Edelmana podczas spotkania, na którym Edelman znowu zostaje wykorzystany, zlekceważony i pośmiertnie pouczony.
Cóż za obrzydliwy chichot historii.
Marek Edelman a kwestia palestyńska
Kategorie: Uncategorized


Przez pewien czas Polska byla chlubnym wyjatkiem w antysemickiej Europie.
Obecnie upodobnila sie do reszty, mimo braku muzulmanow w takich ilosciach jak w innych krajach , gdzie juz teraz decyduja o negatywnym stosunku panstw do Izraela.
A na poprawe sytuacji sie nie zapowiada.