
Melanie Phillips
Przywódcy żydowskiej diaspory powinni przestać się poddawać i zacząć walczyć.
W ciągu ostatnich kilku dni antysemityzm stał się w Wielkiej Brytanii tematem numer jeden. Była to reakcja na dwa wydarzenia. W zeszłym tygodniu dwóch Żydów zostało pchniętych nożem w oddzielnych atakach na ulicach londyńskiej dzielnicy Golders Green, zamieszkanej w większości przez społeczność żydowską. W tym samym tygodniu Partia Zielonych w atmosferze skandalu pogrążyła się w bagnie nienawiści do Żydów, co nastąpiło w gorącym okresie przed wyborami samorządowymi.
Ujawniono, że dziesiątki kandydatów Partii Zielonych – których rzekoma troska o środowisko ustąpiła miejsca skrajnie lewicowej, antyizraelskiej agendzie – dopuściło się przerażających przejawów nienawiści. Lider partii, Zack Polanski – sam będący Żydem – pytał retorycznie, czy brytyjscy Żydzi naprawdę są w niebezpieczeństwie, czy jedynie towarzyszy im „poczucie zagrożenia”. Po atakach w Golders Green wywołał oburzenie, krytykując policję za to, że funkcjonariusz kopnął napastnika, by go rozbroić.
Brytyjscy Żydzi znajdują się pod coraz agresywniejszym ostrzałem: od zniewag i zastraszania, przez dyskryminację i podpalenia instytucji, aż po przemoc uliczną i terroryzm, który doprowadził do śmierci dwóch osób w synagodze w święto Jom Kippur.
Ataki nożownika w Golders Green wywołały falę niepokoju. Premier Sir Keir Starmer oraz inni politycy Partii Pracy wygłosili serię frazesów o tym, że „w Wielkiej Brytanii nie ma miejsca na antysemityzm”. Media nagle zaczęły publikować relacje przerażonych Żydów, zmuszonych żyć w atmosferze strachu. Komentatorzy uderzyli w wysokie tony, ganiąc społeczeństwo, które zmusza swoich współobywateli do rozważania emigracji.
Jednak niektóre z tych samych głosów wcześniej z pasją atakowały państwo Izrael, powielając kłamstwa na temat działań Sił Obronnych Izraela w Strefie Gazy. Ta rozbieżność powinna być ostrzeżeniem – mimo publicznych lamentów, wciąż umyka nam sedno sprawy. Ataki na Żydów nadal traktuje się jako odrębną kategorię niż ataki na Izrael czy syjonizm. Zakłada się błędnie, że uderzanie w Żydów jest złe, bo dotyczy ludzi, ale uderzanie w Izrael jest dopuszczalne, bo to „tylko” polityka lub ideologia. To rozróżnienie jest fałszywe i samo w sobie podsyca nienawiść.
Dowiódł tego ten tydzień na Manhattanie. Przed synagogą Park East, gdzie odbywało się spotkanie promujące izraelskie nieruchomości, setki zamaskowanych demonstrantów skandowało: „Nie chcemy dwóch państw. Chcemy roku 1948!”. Na czele tłumu powiewającego flagami Hezbollahu stał odłam organizacji Al-Awda, powiązany z uznaną przez USA za terrorystyczną grupą Samidoun. Na szczęście policja zapobiegła powtórce z listopada, kiedy to demonstranci blokowali wejście do świątyni. Te incydenty zmusiły władze miasta do ustanowienia wokół miejsc kultu „stref buforowych” wolnych od protestów.
Burmistrz Zohran Mamdani bezlitośnie wykorzystuje wspomniane fałszywe rozróżnienie. Z jednej strony deklarował brak tolerancji dla nienawiści wobec nowojorskich Żydów, z drugiej – potępił wydarzenie w synagodze, twierdząc, że promuje ono sprzedaż ziemi na „okupowanym Zachodnim Brzegu”. Potępianie nienawiści przy jednoczesnym podżeganiu do niej poprzez manipulacje to typowa taktyka antyizraelskiej lewicy.
W Wielkiej Brytanii rząd Starmera rozważa zakazanie „marszów nienawiści”, które odbywają się niemal co tydzień od masakry dokonanej przez Hamas 7 października 2023 r. Z opóźnieniem zaczyna docierać do decydentów, że hasła nawołujące do mordowania Żydów przekładają się na realną przemoc. Mimo to Starmer wciąż nie łączy faktów: ta nienawiść jest wynikiem antysyjonizmu, który stał się wirusem atakującym tkankę zachodniej cywilizacji. Infekcję tę szerzą głównie islamiści, wykorzystując podatność „postępowych” elit i młodzieży.
Pytanie o to, czy antysyjonizm to antysemityzm, nie oddaje skali zjawiska. Antysyjonizm jest złem samym w sobie, bo służy do wybielania nienawiści. To werbalny pogrom oparty na oszczerstwach o „ludobójstwie” czy „zabijaniu niemowląt”, które wywodzą się wprost ze średniowiecznych uprzedzeń oraz propagandy radzieckiej i nazistowskiej. Przedstawiają one Izrael jako siłę demoniczną, którą należy unicestwić. Ta nienawiść obudziła w Zachodzie skryte pragnienie pozbycia się Żydów ze swojej przestrzeni.
Wielu uczestników tych marszów wierzy zapewne, że wspiera „uciskany lud palestyński”. W rzeczywistości jednak ich udział jest atakiem na Żydów, ponieważ kwestionuje prawo narodu żydowskiego do posiadania własnego państwa w ojczyźnie przodków. Marsze te – animowane przez Hamas, Bractwo Muzułmańskie i Iran – nie są wyrazem poparcia dla Palestyny, lecz demonstracją siły islamistów, którzy ogłaszają, że kontrolują dziś ulice Zachodu.
Dla islamistów 7 października był początkiem końca „tworu syjonistycznego” i krokiem do podboju Europy. Czują się zwycięzcami, bo nie napotykają oporu, a krytyka Zachodu uderza wyłącznie w Izrael. Hamas wręcz dziękował Starmerowi za uznanie „Państwa Palestyny”, co odebrano jako nagrodę za masakrę.
W USA Partia Demokratyczna brnie w antysyjonizm, co z kolei daje przyzwolenie niektórym środowiskom wokół Donalda Trumpa i Tuckera Carlsona na szerzenie teorii spiskowych o Żydach. Tymczasem Europa traci swoją tożsamość na rzecz islamizacji. Co gorsza, widać wyraźnie, że zagrożenie komunizmem nie zniknęło w 1989 roku. Przybrało formę wojny kulturowej, która skolonizowała zachodnią inteligencję i wykorzystała sprawę palestyńską jako konia trojańskiego do zniszczenia kompasu moralnego Zachodu.
Wszystko to ma swoje korzenie w przeszłości: w latach 60. KGB wraz z Jaserem Arafatem stworzyło fikcyjną „tożsamość palestyńską”, w 1975 r. przeforsowano w ONZ rezolucję uznającą syjonizm za rasizm, a w latach 80. Związek Radziecki promował kłamstwa o „ludobójstwie” dokonywanym przez Izrael.
W walce z tym zagrożeniem nie pomagają Żydzi z diaspory, którzy próbują się odcinać od Izraela, licząc na święty spokój. To tylko utwierdza wrogów w przekonaniu, że Izrael jest państwem pariasów. Zamiast tego diaspora powinna głośno mówić o faktach: o tym, że współczesna tożsamość palestyńska służy niszczeniu historii Żydów, że Izrael działa zgodnie z prawem i że antysemityzm wśród muzułmanów jest plagą, a nie marginesem.
Wielu milczy ze strachu lub dlatego, że sami ulegli tej toksycznej ideologii. Antysyjonizm to broń masowego rażenia skierowana przeciwko całemu Zachodowi. Czas, aby liderzy diaspory przestali przepraszać, wstali z kolan i zaczęli walczyć. Tylko wtedy zyskają prawdziwych sojuszników.
Kategorie: Uncategorized

