
Vanessa Berg
Marginalna grupa Izraelczyków jest mylnie traktowana jako reprezentacja całego narodu – to zniekształcenie mówi więcej o narracji niż o samym Izraelu.
Jednym z moich ulubionych mediów jest The Free Press, serwis założony przez wybitną dziennikarkę Bari Weiss. Pod wieloma względami przeciwstawia się on najgorszym nawykom współczesnego dziennikarstwa – myśleniu stadnemu, intelektualnemu lenistwu oraz odruchowi sprowadzania złożonych historii do moralnych karykatur.
Właśnie dlatego tak rozczarowujące było obserwowanie, jak redakcja uległa tym samym schematom, publikując esej zatytułowany „Izrael ma problem z ekstremizmem”. Jak na publikację szczycącą się jasnością i niezależnością sądu, artykuł ten opiera się w dużej mierze na znanej i głęboko mylącej narracji, która mówi więcej o dominującym dyskursie na temat państwa żydowskiego niż o samym Izraelu.
Twierdzenie, że „Izrael ma problem z ekstremizmem”, brzmi jak obserwacja empiryczna. Tak jednak nie jest. To wybór konkretnych ram interpretacyjnych – takich, które biorą zjawisko marginalne, wyolbrzymiają je i przedstawiają jako cechę definiującą całe społeczeństwo.
W każdym kraju są ekstremiści. Nie w tym rzecz. Chodzi o skalę, wpływ i reprezentatywność. Pod tym względem argumentacja o „izraelskim ekstremizmie” się załamuje.
To, co opisuje się jako „problem ekstremizmu” w Izraelu, jest w rzeczywistości działaniem niewielkiej, niestabilnej mniejszości w złożonym i trudnym do zarządzania środowisku. To rozróżnienie jest kluczowe. Gdy bowiem mniejszość mylnie uznaje się za cechę definiującą ogół, analiza ustępuje miejsca ideologii.
Nawet krytycy muszą przyznać się do faktów. Liczba osób stosujących przemoc na Zachodnim Brzegu nie idzie w tysiące ani nawet w setki. Według większości szacunków mowa o kilkuset osobach. Liczba incydentów – po odrzuceniu zawyżonych doniesień – wynosi kilkadziesiąt miesięcznie w regionie, w którym znajdują się setki społeczności i mieszkają miliony ludzi. Nie mamy więc do czynienia z kryzysem społecznym, lecz z problemem dla organów ścigania.
Opisywanie kraju liczącego prawie 10 milionów mieszkańców przez pryzmat działań kilkuset osób nie jest rzetelną analizą. Żadna inna demokracja nie byłaby definiowana w ten sposób. Żadne inne społeczeństwo uwikłane w długotrwały konflikt nie pozwoliłoby, by jego skrajne elementy stały się fundamentem jego tożsamości. A jednak w przypadku Izraela takie podejście stało się rutyną, którą rzadko kto kwestionuje.
W tym miejscu przeciwnicy zmieniają strategię: jeśli zjawisko to ma niewielki zasięg, dlaczego nie zostaje powstrzymane? Tutaj dokonuje się drugiego skoku logicznego: niedoskonałe egzekwowanie prawa interpretuje się jako ideowy współudział państwa.
Jednak państwa nie zawsze egzekwują prawo w sposób doskonały, zwłaszcza na terytoriach spornych. Niepowodzenie to może wynikać z ograniczeń politycznych, tarć biurokratycznych, innych priorytetów lub złożoności operacyjnej. Żadna z tych przyczyn nie oznacza oficjalnego poparcia. W rzeczywistości fakty wskazują na coś zupełnie przeciwnego: IDF likwidowało nielegalne izraelskie placówki, a siły bezpieczeństwa aresztowały żydowskich ekstremistów. Dochodziło do bezpośrednich, niekiedy brutalnych starć między radykałami a żołnierzami. Ekstremiści, którzy atakują wojsko i działają poza prawem, nie są przedstawicielami państwa. Z definicji działają przeciwko niemu.
Kolejne zniekształcenie polega na wyrywaniu tej kwestii z szerszego kontekstu. Izrael nie mierzy się z tym zjawiskiem w czasie pokoju, lecz w trakcie wojny na wielu frontach, gdzie uwaga narodu skupiona jest na egzystencjalnym bezpieczeństwie. Nie usprawiedliwia to bezprawia, ale wyjaśnia hierarchię priorytetów. Żadne społeczeństwo pod taką presją nie rozdziela zasobów w próżni. Najpierw zwalcza się najpilniejsze zagrożenia.
Być może najbardziej wymownym zabiegiem w tej narracji jest nadużywanie terminu „terroryzm”. Tak, niektóre z tych aktów są zaplanowane i mają podłoże polityczne. Tak, są wymierzone w cywilów. Jednak nazywanie fragmentarycznej przemocy niewielkiej grupy marginalnej „problemem terroryzmu” i stawianie go w jednej linii z zorganizowanymi kampaniami mordów nie jest precyzją – to eskalacja retoryczna.
Słowa i definicje mają znaczenie. Kiedy każda forma przemocy politycznej zostaje podniesiona do rangi terroryzmu, termin ten traci swoją wartość analityczną. Przestaje odróżniać zagrożenia systemowe od izolowanych incydentów. To, co obserwujemy, to niedopuszczalne zachowania przestępcze, a nie zorganizowana kampania terrorystyczna definiująca społeczeństwo.
Krytycy chętnie wskazują na obecność w rządzie kontrowersyjnych postaci, takich jak Itamar Ben-Gvir czy Bezalel Smotrich. Jednak i to nie potwierdza ich tezy. Demokracje rodzą postacie budzące polaryzację – to cecha systemów otwartych, a nie wada specyficzna dla Izraela. Ich obecność w koalicji nie świadczy o narodowym konsensusie, lecz o politycznym sporze. Ich poglądy są przedmiotem zaciekłej krytyki w samym Izraelu, w tym w kręgach służb bezpieczeństwa. Mylenie ich widoczności z dominacją ideologiczną świadczy o niezrozumieniu zasad demokracji.
Kluczowym błędem tej argumentacji jest samo założenie, że Judea i Samaria (Zachodni Brzeg) są terytorium „okupowanym”. Przyjęcie tego terminu to połowiczne przyznanie racji przeciwnikowi, gdyż niesie on ze sobą wbudowany wyrok moralny i prawny: jedna strona to obcy agresor, druga to prawowity suweren. Tymczasem jest to terytorium sporne. Przed 1967 rokiem obszary te były kontrolowane przez Jordanię, która anektowała je nielegalnie. Nie istniało tam wcześniej państwo palestyńskie. To nie jest klasyczna okupacja innego państwa, lecz spór terytorialny wynikający z nakładających się roszczeń narodowych.
To rozróżnienie nie jest semantyką; zmienia ono całą analizę. Jeśli terytorium jest „okupowane”, obecność Izraela jest z natury bezprawna. Jeśli jest sporne, izraelskie społeczności stają się częścią kontrowersyjnego, ale nie z definicji nielegalnego projektu narodowego. Rama „okupacji” ułatwia traktowanie działań marginalnej mniejszości jako logicznego przedłużenia „bezprawnego” systemu. W rzeczywistości ekstremiści są tylko radykalną podgrupą działającą w znacznie bardziej skomplikowanej rzeczywistości.
Nie chodzi o zaprzeczanie faktom: przemoc ze strony osadników istnieje, jest napędzana ekstremizmem i zasługuje na potępienie oraz reakcję prawną. Jednak błędne określenie natury problemu nie pomaga go rozwiązać – ono go zaciemnia.
To nie jest „problem ekstremizmu” w sensie systemowym. To ograniczone wyzwanie wymagające egzekwowania prawa, a nie retorycznej przesady. Upór w postrzeganiu Izraela przez pryzmat jego marginesów ujawnia coś głębszego: żadne inne społeczeństwo demokratyczne nie jest tak konsekwentnie definiowane przez swoje skrajności.
Izrael nie ma problemu z ekstremizmem. Jeśli chcemy o nim poważnie rozmawiać, zarezerwujmy ten termin dla ruchów, w których radykalizm jest znormalizowany i systemowy – a nie tam, gdzie jest marginalny i zwalczany przez państwo.
Jeśli szukają Państwo „problemu ekstremizmu”, proszę spojrzeć na społeczeństwo palestyńskie, które należy do najbardziej antysemickich i agresywnych na globie. Proszę spojrzeć na reżim irański, mordujący własnych obywateli. Proszę spojrzeć na radykalne skrzydło Partii Demokratycznej w USA, dążące do demontażu fundamentów własnego kraju. Spójrzcie na Francję, której elity umizgują się do islamistów, czy na Hiszpanię, gdzie premier tuszuje korupcję, wskazując palcem na Izrael jako „ostateczne zło”. Spójrzcie na Wielką Brytanię, gdzie policja przymyka oko na przestępstwa określonych grup, karząc jednocześnie Brytyjczyków za protesty przeciwko temu zjawisku. Spójrzcie wreszcie na ONZ – skostniałą, skorumpowaną biurokrację przesiąkniętą uprzedzeniami.
W Izraelu są ekstremiści i dysfunkcje polityczne, jak w każdej demokracji. Jednak próba uczynienia z nich narodowej patologii nie znajduje potwierdzenia w faktach. Im częściej powtarza się te kłamstwa, tym bardziej zaciera się rzeczywisty obraz Izraela.
Izrael nie ma problemu z ekstremizmem
Kategorie: Uncategorized

